Paplać w temacie Gish koneserskich, a tym samym sentymentalnie-nostalgicznych banialuków nie zamierzam, bo znajomość bardziej zażyła z efektami pracy studyjnej "dyniek" moja dopiero od niedawna i wciąż jeszcze ograniczona do czterech startowych krążków. Bez zbliżeń ze wszystkim po roku 98-ym nagranym, nie mam więc prawa do kompleksowej oceny Gish i tego co już na uszy większej dawce zarzuciłem (w kontekstach i na tle), zatem póki się nie odważę (a po rozczarowaniu Adore i biorąc pod uwagę opinię Lalu) szybko chyba to nie nastąpi - od bardziej współczesnych płyt zainteresowanych trzymać będę jeszcze w dystansie. Przyjmuję więc na dziś, iż pozostaje na dorobku poznawczym fanem tak dwójki, jak trójki w ograniczonym do tego co naj z dwu-płytowej kolumbryny, a do tej stawki dodaje bez zawahania Gish, gdyż mi po prostu JAKO przyjaźnie dla ucha melodyjnie nastrojona raz i dwa z drugiej strony dynamicznie spontanicznie grunge'owa PASUJE! Po prawdzie ta etykietka grunge'owa może być dwojako rozpoznawana i poddawana subiektywnej weryfikacji każdego kto czuje związek z nurtem, bo oto przecież jedynka TSP wbija się idealnie w czas kiedy takiemu graniu identyfikacyjnie także Alice in Chains czy Soundgarden z powodzeniem były przypisywane, a jednocześnie każdy kto głębiej drążyć wokół tematu zacznie, nie trudno będzie znaleźć na wiarygodność zasługujące, jak najsilniej powiązane z korzeniami i postaciami archetypicznymi opinie, iż żadna z wymienionych ekip nie może być i wówczas raczej nie była kojarzona ze stylistyką, jaką u zarania tworzyły zupełnie inne składy, a dopiero wraz z wybuchem popularności Nirvany pod estetykę wywodząca się wprost z brudnego, surowego garażowego grania zostały podpięte wszystkie te które największą karierę dzięki popukulturowemu fenomenowi paradoksalnie kontrukulturowego zjawiska zrobiły. Dlatego mówiąc nawet o formatywnym okresie i pierwszej fazie krzepnięcia stylistyki ekipy Corgana, trudno jednoznacznie ją określić jako grunge'ową, więc nie ma sensu przy jakimkolwiek stanowisku się upierać, a tylko uznać że temat jest nieco kontrowersyjny i postawić w tym miejscu kropeczkę. Gish natomiast jest z pewnością pobudowana na tradycji hard-rockowej, psychodelicznej i bluesowej, w klasycznym spojrzeniu w kierunku prekursorów stylu, umownie określając "woodstockowego", bo da radę usłyszeć tutaj te wszystkie zamaszyście inspirujące wpływy. Jakby napisać że to po prostu rock alternatywny w stosunku do z lat osiemdziesiątych natapirowanej klasyki, to też poniekąd prawda i trudno nie zgodzić się z przekonaniem, że w tej alternatywie jest zarazem spora dawka marzycielskiego pop-rocka oraz szczególnie na Gish słyszalna połowiczna (bo obok punkowej) inspiracja dla amerykańskiej najtisowej fali ekip spod znaku punk-rocka w stylu Green Day. Niezły przyznać należy misz masz sprężyn które ukierunkowały Gish plus dwa następne krążki i sprężyn jakie pomogły rozrosnąć się muzyce rockowej w kolejne gałęzie. Cieszę się, iż Lalu mnie na "dynieczki" namówiła.
niedziela, 29 marca 2026
The Smashing Pumpkins - Gish (1991)
sobota, 6 grudnia 2025
The Smashing Pumpkins - Adore (1998)
Do niedawna byłem kompletnie nie-kumatym, a dzisiaj odrobinę jedynie zorientowanym typem w temacie szerszej znajomości albumów ekipy Billy'ego Corgana. Moja orientacja ograniczała się przez kilka ostatnich dekad do uczestnictwa gościa w projekcie "solowym" Tony'ego Iommiego (świetny między innymi numer z właśnie Corganem) oraz naturalnie obijania się o uszy tych najbardziej dyń znanych numerów, ale ponad elementarne skojarzenia, to nic więcej nie wiedziałem i jeszcze kilka miesięcy temu wiedzieć nie bardzo chciałem. Nieco się w przeciągu niemalże roku zmieniło i po bliższym zapoznaniu z tymi mega popularnymi dyniowymi albumami ostatnio sadystycznie wałkowałem sobie Adore i już przed eksploracją będąc świadom, że to będzie inny rodzaj muzycznego doznania niż w przypadku Siamese Dream, to i tak czułem mocną dezorientację i w dużym stopniu także rodzaj przy-nudzenia, bowiem Adore płynie sobie płynie i nie to jest jego słabością, że brakuje grunge'owej siły, ale fakt dla mnie ostatecznie przygnębiający, że nowe wówczas (bliższe szerszemu audytorium) wyciszone brzmienie jest niemożliwie rozmyte (biedne) i numery w większości nie posiadają nic więcej poza bujanym (quasi wręcz akustycznym - bez względu na elektroniczny charakter) smuceniem. Zero pulsu ciekawszego, tak samo niewiele interesującego dzisiaj po latach podejścia do tematu, pomimo iż Adore zapewne miał w założeniu próbę odświeżenia pomysłu. Ten pomysł niestety odczuwam jako płaski i jestem głuchy na argumenty w jakich okolicznościach niesprzyjających Adore powstawało i z jakimi dramatycznymi konsekwencjami stan umysłów powodowany uzależnieniami się skończył. Mnie zwyczajnie ta estetyka podbijanej elektroniką jałowej ballady nie wkręca i powtórzę, że nie wiążę swojego oporu z rezygnacja dyniek z gitarowego brudu, tylko z pozbawieniem kręgosłupa numerów rytmiki angażującej, w znaczeniu rytmiki złożonej. Być może się mylę, błądzę jako laik i ślepiec teoretyczny, bo w kompozycjach z Adore istnieją fajne patenty, a ja jestem na nie nieczuły. W tej chwili słyszę przede wszystkim to samo na początku co na końcu i nieznośną miałkość biedy aranżacyjnej, jaką próbują zamaskować syntetycznymi detalami. One takim laniem wody, bez konkretów - oszukiwaniem, może dla części fanów grupy skutecznym, bądź wprost korespondującym z ich drogą ewolucji, tudzież de-ewolucji gustów. Mnie Adore drenuje z ochoty na wszystko i zamiast wprowadzać w stan rozwijającej refleksji, wciąga w otchłań znużenia.
wtorek, 8 kwietnia 2025
The Smashing Pumpkins - Mellon Collie And The Infinite Sadness (1995)
Odkrywczym stwierdzeniem nie będzie zauważenie, iż każda ciekawa nuta, bądź wszystko ponad granie nie wywołujące jakichkolwiek emocji (obojętne od startu do mety, ot to!) powinna trafić na odpowiedni czas u słuchającego, aby wybrzmieć właściwie - wyciskając z niego podczas odsłuchu jakieś soki z adrenaliny lub koktajl z endorfin i odciskając się tym samym w pamięci. Piszę tenże wstęp nie przypadkiem absolutnie w kontekście Mellon Collie And The Infinite Sadness, bowiem licząc tygodnie na palcach jednej dłoni wstecz, jeszcze gdy przelatywał przez głowę nie wywoływał jakichś istotnych odczuć wartych odnotowania, więc zarzuciłem wówczas pomysł aby się archiwizacyjnie nad nim pochylić. Ponadto powinienem z szacunku (pomyślałem!) dać mu chociaż nieco okrzepnąć, choć o przeprosinach na zasadzie dlaczego ja nigdy większego zainteresowania albumom klasycznym dyń rozpaćkanych uwagi nie poświęciłem? - na razie wciąż na sto procent nie ma mowy. Nie ma też jednako mowy bym nie napisał teraz, iż odczuwam przyjemność sporą gdy słuchawki wypełnia zawartość trzeciego długograja ekipy skrzeczącego Billy'ego, którego być może wokalna maniera przez lata odstraszała mnie od rozpoznań głębszych. Dzisiaj jednak czuję, iż jego specyficznie modulowane szepto-skrzeki na 3/4 gwizdka z przepony wyrzucane, zaczęły posiadać wartość emocjonalną coraz wyraźniejszą, zatem nie przeszkadza mi jego głos w całościowej charakterystyki indeksów z Mellon Collie And The Infinite Sadness analizowania. Wynika z analizy, że najbardziej to kręcą mnie te numery bardziej szarpane, gdzie uderzenie siarczyste mnie zaskakuje, bowiem single jakie chcąc czy nie chcąc od lat znałem nosiły znamiona raczej mniej dosadnych - z mainstreamem układnych. A tu jeb - Jellybelly, Zero, Bullet With Butterfly Wings (dlaczego z Corossion of Conformity mi się kojarzy?), An Ode To No One (kopniak niczego sobie, niczego), surowo szorstki, mimo że niespieszny Love czy Porcelina of the Vast Oceans rozbijają mi hartowaną nastawieniem szybę przez którą do tej pory rozumiałem twórczość dyniek. A tutaj przecież jeszcze drugi dysk o jeju i jak to tak! Jak? Do zasyśnięcia dodatkowy tuzin plus dwa i przetrawienia oraz zaraz po finale wniosek, że ja nie jestem trafionym osobnikiem do wychwalania albumów podwójnych i mam tą tendencję, iż jeśli twórcy sami się nie ograniczyli wybierając do sześćdziesięciu minut max tego co najlepsze, to ja wykażę się odwagą arogancji i sam ich trochę poprzycinam. Taki zabieg także w przypadku trójki Smashing Pumpkins przyniesie mi materiał jaki w formule zminimalizowanej nabiera siły oddziaływania paradoksalnie zmaksymalizowanej. Uzyskuję tym samym esencję fajnego gitarowego łojenia z kilkoma kawałkami jakie urozmaicają jednowymiarowość do jakiej album kompresuję - bez tych wszystkich lekko nużących form przyjaznych wszystkim którzy w alternatywie mało alternatywnej gustują.
P.S. Prawda moja jest tak wprost pisząc taka, że z drugiego dysku to może ze trzy, cztery, w porywach pięć pomysłów utworowych mnie pochwyciło. Być może wina po prostu przesycenia, przegrzania, tudzież nastawienia - przecież daje powyżej do zrozumienia, iż w kwestii krążków kolumbryn jestem z zasady na nie!
niedziela, 9 marca 2025
The Smashing Pumpkins - Siamese Dream (1993)
Luty 2025 (czyli w do najwyższej potęgi w cholerę czasu po premierze) ja obecnej schyłkowej zimy zostaję wpierw podpuszczony, a finalnie wkręcony, póki co (bo lekko się dla zasady he he opieram) w Smashing Pumpkins z Siamese Dream, a dzieje się to głównie na starcie za udziałem riffu otwierającego i kontynuowanego z Cherub Rock, bowiem od razu mam jedne skojarzenia, a one wędrują, a wręcz zasuwają w kierunku inspiracji z grunge'owego (jeszcze wówczas nie nazwanego, w powijakach będącego podwórka) obrabianego przez Soundgarden na Louder Than Love. Tak tak tak, szalikowcy DYŃ mogą robić miny, ale ja w tym riffowaniu słyszę i nie odsłyszę choćby mnie torturowano inspiracje cornellowsko-thayilowskie, spóźnione o kilka latek. Jednak wzbijając się na poziom uczciwości dla mnie niebotyczny (tak tak tak - jestem przywiązany do OGRODU i jestem niepokornie przekorny) docieram też do wnętrza głębszego SD, ale jeszcze nie za sprawą Quiet, a dopiero Today, który najszczerzej to wiąże moje wspomnienia o nucie SP z obecnym jej oglądem uporczywie przez korespondencyjną kumpelę wszczepianym i ja chcę jej powiedzieć, że ten mój maksymalnie subiektywny i uparty pogląd sprzed wielu laty skonstruowany, każe mi myśleć o SP w ujęciu takiego Today, jako lekko "zgrandżowanym" (uwaga!) "grindeju". Może to cios, a może uderzyłem w wypierane lekko i bez większego (he he) uszczerbku przyczyniłem się do wykrztuszenia przyznania mi racji, jednocześnie łagodząc ewentualne zgrzyty, profilaktycznie stwierdzając pod pręgierzem publicznej odpowiedzialności, że to lajtowe bujanie z Hummer kręci mnie tak samo jak większa surowizna Cherub Rock i rezonują ze mną te wszystkie nawiązujące do smarkatych przeżyć obrazki, jakie zdobią single z omawianego, a Disarm to mnie wręcz wzrusza i porusza chyba od zawsze, bowiem jak już dałem powyżej do zrozumienia DYNIE rozpaćkane dostawały swoją intensywną szansę w zamierzchłych czasach świetności eMtivi, a ja w piwnicy w tym czasie nie byłem cały czas trzymany. Jednakowoż uznaję, iż najlepsze z SD to łożenie jest według wzorca z dwóch startowych numerów i najKURWlepszego Geek U.S.A. za którego piski bym ozłacał bardziej chętnie niż za dobre, jednak lekko się rozmywające na przykład "majonezy", a na pewno smucące do lekkiego przynudzania "spejsboje". Szczęśliwie połowa stawki i jeszcze trzeci od finału megaśnie ciekawy Silverfuck, to fajni gitarowi mocarze, więc zamykające plumkania znoszę dużo łatwiej i postanawiam przejść do kolejnego krążka DYNIEK, o czym wkrótce, tak jak tu zawsze odpowiednio pokrótce używając formy myślowej chaotycznie-tradycyjnej opowiem. :)



