Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mike Leigh. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mike Leigh. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 sierpnia 2025

Naked / Nadzy (1993) - Mike Leigh

 

Dwa uczucia mi towarzyszyły. Dwa odczucia odmienne - choć nie wprost skrajne. Jedno w trakcie, drugie po wybrzmieniu i zagospodarowaniu tego czego doświadczyłem. Obydwa uczucia względem Nagich złożone - nie łatwo opisywalne. Pierwsze nieprzyjemne, odpychające wręcz i tak samo powiązane z estetyką obrazu, jak i z charakterem środowiska oraz osobliwościami przyklejonymi do postaci. Drugie emocjonalnie bardziej stonowane, jakby związane z osadzaniem się koncepcji obrazu i treści we mnie i docenianiu pomysłu oraz realizacji, mimo że będac odrobinę złosliwym, to nie mam ochoty odszczekiwac pierowtnych mysli, że obejrzałem artystycznie nabrzmiały, a zarazem surowo-brutalny komediodramat, jaki w założeniu z groteską zapewne nie miał nic wspólnego, a wywoływał u mnie reakcję konsternacji z zagubionym usmieszkiem na gębie. Zwyczajnie wyszło rezyserowi szanowanemu i Szanownemu bardzo upiornie i na pół gwizdka wręcz amatorsko technicznie, a to może i zaleta jak i wada efektu. Najgorsze że nawet gdy dojrzałem do zauważenia tychże cech/walorów jakie krytyki uwagę na plus przykuły, to dotarło równolegle do mnie przekonanie, iż w tym dużo było aktorskiego nakręcenia, starania się wydobycia prawdy, dotarcia do problematyki rdzenia, lecz/ale zero przeżytych emocji (muzyka w wykorzystanej tonacji nie pomogła, ona jeszcze banalnie działania pogrążyła) co wyklucza ostatecznie szansę, bym postawił Nagich w okolicach, gdzie filmy dla mnie znaczące archiwizuję. Zdaję sobie sprawę, iż piszę o obrazie ze statusem wysokim i mam do rozpoznanie tematykę dołującą i ta autopsja upodlonych i upadlających, nadwrażliwych cynicznie nadaktywnych, różnego pochodzenia osobowościowego i dyspozycji psychicznych toksyków, w brutalnym świecie pozbawionym uwagi zawieszonych, to punkt spojrzenia wartościowy, tylko że jak zaangażowani artyści dwoją się i troją, może nawet popisują i nie dają rady odcisnąć większego niż teoretycznego, a praktycznie śladowego emocjonalnego na mnie piętna, to pozostaję naturalnie ostatecznie rozczarowany. Bez względu że detale pojedyncze podchwyciłem i zapamiętam przykładowo te poddane działaniu wilgoci plakaty wówczas jeszcze undergroundowego Therapy? sprzed zaistnieniu szerzej dzięki przebojowi Diane. No! No bo co, jak inaczej? A może jeszcze zmienię zdanie, bowiem coś mi tam pulsuje we łbie dając do zrozumienia, że może niekoniecznie się nie mylę. ;) Tak czy inaczej, mocno pomieszane mam odczucia, co też całkiem nieźle jednak dla Nagich na przyszłość wróży. Bo to nie jeden tytuł na pierwszy dłuższy rzut oka odrzucałem, by jak czas zrobi swoje, nie zmieniając o 180 stopni zdania, przepchnąć z marginesu w kierunku względnego kultu. 

czwartek, 12 listopada 2020

Secrets & Lies / Sekrety i kłamstwa (1996) - Mike Leigh

 

Tematem adopcja, tylko w dość zaskakującym komediodramatycznym świetle, które sugeruje niepopularną tezę/puentę, że czasem z nieszczęścia może wyniknąć spore szczęście. Aktorsko wybornie, reżysersko mistrzowsko i od strony scenariusza fenomenalnie, bo niezwykle przenikliwie. Po angielsku flegmatycznie, czyli bez większej ikry, ale mimo to na specyficzny sposób fascynująco. Jednak ostrzegam żeby trzymać się od Secrets & Lies z daleka, jeśli poziom wymagań choć odrobinę z powszechnie przyjętym zbieżny i odporność na pozorną nudę niska. Gdyż to jest obraz na przekór modom w tempie ospałym zrealizowany, traktujący z wnikliwą dojrzałością o samotności i nieoczekiwanych zwrotach w życiu, które potrafią wypełnić pustkę, inicjując przy okazji niebagatelną przemianę. Film z gruntu śmiertelnie poważny, lecz mimo to nie pozbawiony akcentów humorystycznych. Jego siłą mistrzowsko zaaranżowany naturalizm, w każdej scenie przemycona żywa prawda oraz zaakcentowany emocjonujący finał. A w międzyczasie mnóstwo życiowych paradoksów dla widza do uświadomienia. Kilka też okazji do pobudzenia, lecz więcej (przekornie uparcie powtórzę) do znużenia. Zatem podkreślam, że jednocześnie polecam i odradzam – a wy wybierzcie sobie sami prawdę, po obejrzeniu.

P.S. Brawurowo histeryczna rola Brendy Blethyn. Wręcz na pograniczu groteski, tak cholernie irytująca, jednak w pełni uzasadniona przez charakter odegranej postaci.

piątek, 6 grudnia 2019

Vera Drake (2004) - Mike Leigh




Wiecznie zagoniona, w permanentnym ruchu - intensywnie zapracowana, przede wszystkim jednak w tym biegu pokorna i życzliwa. Mimo uciążliwości po prostu szczęśliwa, choć życie jej nie rozpieszcza i do ciągłej roboty goni, to udane relacje rodzinne optymizm w nią codziennie wlewają. Czasy na ekranie trudne, kiedy pod dywan problem niechcianych ciąż urzędowo się zamiatało. Problem w zasadzie oficjalnie nieistniejący, przecież żadnych rozwiązań systemowych nie było, a farmakologia profilaktycznie na potrzeby jeszcze nie odpowiadała. A Vera Drake, ta pomoc domowa, ta opiekunka, przez otoczenie poza rodziną niezauważana, to jak się okazuje specjalistka od wywoływania poronień chałupniczymi metodami - w czasach w których zabiegi aborcyjne były bardzo surowo karanym przestępstwem. W swojej naiwności chciała pomagać, brak jej było naukowej świadomości, nie ma co też wybielać ryzykowała tym samym zdrowiem kobiet i została łatwo wykorzystana stając się ofiarą własnego analfabetyzmu, finalnie skazana kończąc w więzieniu. Wątpliwe etycznie i dyskusyjne z pewnością kwestie podnosi Mike Leigh. Kilka równoległych osobnych epizodycznych kobiecych historii opowiada i tą jedną właściwą, która niesie za sobą zasadnicze dla rozwoju wydarzeń dramatyczne konsekwencje. Mike Leigh jako jeden z niewielu reżyserów potrafi od lat kreślić obyczajowe życiowe historie ubierając je w kameralny dramatyzm i wysoce stężone emocje. Rozważać nie tylko kontrowersyjną i skomplikowaną etycznie problematykę, ale też umiejętnie z delikatnością wchodzić w skórę swych bohaterów i poddawać ich przeżycia rozważnej wiwisekcji. Mike Leigh kręci obrazy ponadto szczególnie dopracowane wizualnie, genialnie oddające klimat i atmosferę ukazanych czasów – czego książkowym przykładem jest właśnie poruszająca historia Very Drake.

piątek, 25 maja 2018

Another Year / Kolejny rok (2010) - Mike Leigh




Film w którym przede wszystkim się rozmawia, prowadzi dialog o rzeczach zwykłych, w dojrzałej i mocno nostalgicznej towarzyskiej atmosferze, jedząc kolację i popijając wino z przyjaciółmi. Ludźmi w wieku co najmniej dojrzałym, którzy mimo że większość życia mają już za sobą, to potrafią zachować optymistyczną postawę i cieszyć się tym, co przez lata zbudowali - przynajmniej takie jest małżeństwo Toma i Gerri. Szczęśliwe, bo troskliwe i wyrozumiałe, otaczające się bliskimi znajomymi, w szczególności tymi, którym życie jednak nie ułożyło się tak dobrze i nie było dla nich tak łaskawe. Ludźmi samotnymi, kamuflującymi niezaspokojoną potrzebę trwałego związku i poczucia szczęścia. Im pomagają jak mogą, skupiając się na sobie, nie tracąc jednak tym samym z oczu potrzeb otoczenia. Płynie sobie obraz Mike’a Leigh niespieszne, tak jak życie głównych bohaterów, sącząc powoli najważniejsze prawdy życiowe. Te, które o szczęściu decydują i sprawiają, że na starość można uniknąć totalnego zgorzknienia i dokuczliwej frustracji. Niby nic się nie dzieje i film nie zainteresuje pewnie typowego współczesnego widza, bo brak w nim nośnej dynamiki, żadnej sensacji czy kontrowersji w nim nie uświadczymy. Ale jako niezwykle mądra obyczajówka ma do zaoferowania zdecydowanie więcej od przeciętnego kina z pompą, ale bez serca duszy i ważkiego przesłania. Tutaj ono wartościowe, bo nie krzykliwe, tylko zwyczajne i bardzo praktyczne, szczególnie kiedy dla człowieka zaczyna liczyć się spokój i stabilizacja. Czas leci, znikają lata za nami, tak kolejny, kolejny, kolejny podobny rok za rokiem odpływa, znacząc swój ślad naturalnie przewidywalnymi wydarzeniami. Oby!

wtorek, 3 marca 2015

Mr. Turner / Pan Turner (2014) - Mike Leigh




Ekranizacje biografii to ten segment sztuki filmowej, który nad wyraz jest mi bliski. Obrazy opowiadające historie przez życie pisane, nie sztucznie dla spektakularnego wymiaru naciągane, tylko w pełni autentyczne, żywe realizmem i wiarygodnymi emocjami poruszające. Odkrywanie człowieczego losu poprzez obraz, muzykę i treść, to pasjonujące przeżycie, intensywnie pouczające i wymiernie wzbogacające, szczególnie kiedy postać pełna sprzeczności, a umiejętności reżysera wysokie. Mike Leigh je bezwzględnie posiada, a J.M.W. Turner jednowymiarowej osobowości pozbawiony, bo to człowiek psychologicznie skomplikowany, równie autorytarny i arogancki jak na niebanalny sposób wrażliwy. W zimnej, twardej skorupie ukryta istota wielkiego ducha - prawdziwy pełen pasji artysta zdolny w poszukiwaniu inspiracji posunąć się do realnego ryzyka i przełamywania moralnych barier. W tym miejscu słów kilka o kreacji Timothy Spalla, bo ona jednym z centralnych walorów produkcji. Każdy gest, niedźwiedzi pomruk wydobywany z ociężałej fizyczności, czy przeszywające niepokojące spojrzenia. są kompleksowo przemyślane, zachowując odpowiedni wiarygodny balans, dzięki czemu nie ma mowy o wrażeniu ocierającym się o groteskę. Płynąca z wolna z ekranu wizja reżysera, z pewnością wielu odbiorców zwyczajnie znudzi, jednocześnie nieliczni dostrzegą w niej celny zamysł i wartość artystyczną. Bowiem nie zaznając bezpośrednio dynamiki otrzymujemy czas na chłonięcie klimatu, rozkoszowanie się detalami scenografii, precyzji w odtworzeniu realiów epoki czy charakteru i sposobu życia ówczesnych mieszkańców Zjednoczonego Królestwa. To pod względem wizualnym najwyższej jakości dzieło, w którym charakterystyczne cechy twórczości Turnera z pietyzmem w formie filmowego obrazu odzwierciedlone. Wybornie uchwycona gra światła, barw przenikanie i faktur rozmycie - to o genialnym artyście i nietuzinkowym człowieku opowieść popełniona w pełni artystycznym duchu. Wymagająca cierpliwości i wrażliwości, w zamian oferująca coś więcej li tylko nieco bardziej ambitną rozrywkę.

Drukuj