To jest ten ówczesny Olimp amerykańskiego kina akcji, które w tej formule zagospodarowało sympatię widza. To jest to dzisiaj kuriozalne dzielenie ekranu na części (nie wiem czy to autorski pomysł Jewisona), ta ofensywna muzyka wypełniająca pomieszczenie i ten widok jankeskich metropolii z obszarami wylewającej się na podjazdy kasy i dzielnicami w totalnej ruinie. Szczególność jednak taka oprawa muzyczna posiada swoje zalety, a przede wszystkim czar minionej epoki, ale prócz tych cech urokliwie archaicznych, istnieją również wady, niedoróbki lub po prostu wypadki przy pracy, których kiedyś się nie kontrolowało lub świadomie przez sito przepuszczało. Atrakcyjna partnerka postaci tytułowej przykładowo w jednej z pierwszych scen wstaje w pełnym makijażu i najogólniej w montaż powpychanych dość siermiężnych urozmaicenia sporo. To normalne że kiedyś filmy będąc znacznie surowsze produkcyjnie, uciekały też znacząco od detalicznego realizmu - traktując być może zbyt wiele nazbyt umownie. Przede wszystkim podobne lekkie kryminałki, w takiej dyscyplinie prym wiodły, ale Afera nie jest w tym akurat przykładem najbardziej oczy wykłuwającym, bywało gorzej i rzadziej lepiej, więc historia bogacza z przekory złośliwie i by coś chyba udowodnić obrabiającego bank, należy do kategorii sentymentalnie dobrego starego kina, nie tylko przez wzgląd na reżyserską łapę i oko kogoś tak dla branży zasłużonego jak Norman Jewison. Oglądając Aferę można się pod nosem uśmiechnąć, na szczęście bez konsekwencji potykając się o powyżej wymienione. :)
wtorek, 17 października 2023
środa, 18 sierpnia 2021
In the Heat of the Night / W upalną noc (1967) - Norman Jewison
Uzupełnianie żelaznej klasyki sprzed lat to zawsze niezwykła przygoda. Podroż do miejsc z czasów ówczesnych, ukradkowe spojrzenia na przeszłość lub przyszłość z perspektywy sprzed lat i chwilowe doświadczanie kontaktu ze sztuką kinową produkowaną według starych wzorców, przepisów i obowiązujących wówczas trendów. To też nie zawsze jest łatwo na określoną estetykę się przestawić i nie dostrzegać bądź skutecznie ignorować te słabości technologiczne, które dzisiaj nie ma możliwości by w kompozycji filmowej mogły się pojawić. Najlepiej jednak jeśli film jest fachowo warsztatowo i z taką artystyczną wrażliwością nakręcony, że emanuje swoistą silną magią, która ma moc zahipnotyzowania widza pochodzącego z zupełnie innej epoki. Wtedy jego siła magnetyczna wyrównuje wspomniane powyżej niedostatki. Sporo zarówno obrazów z jednej jak i drugiej kategorii, ale większość to filmy tkwiące gdzieś pomiędzy, a W upalną noc to przykład właśnie takiej sytuacji. Jest w nim charakter surowy i hollywoodzka maniera z epoki. Potrafi on zarówno wciągnąć, jak i wzbudzić konsternację przez swoje stylistyczne słabości. Niemniej jednak najważniejsza jest sama opowieść, a obok niej sposób wyeksponowano jej za sprawą aktorskich kreacji i charyzmy reżyserskiej. Nie zawsze te scenariusze leciwe były błyskotliwe, częściej dość toporne i oczywiste. Bazujące bardziej na nakręcaniu interakcji pomiędzy postaciami niż przemycaniu do historii głębokich podtekstów czy społeczno-kulturowych kontekstów. Tutaj jednak w scenariuszu niezbyt odkrywczym, wybornie bo nieschematycznie ukazano relacje rasowe i tak samo jasno ogólne i szczególne ich konotacje. Powstał tym samym (jak koneserzy piszą) pionierski kryminał społeczny, podnoszący do wyższej rangi kino klasy B. Tyle i aż tyle, a i tak świetnie się je wolnym przed południem oglądało.


