Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rose Glass. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rose Glass. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 listopada 2024

Love Lies Bleeding (2024) - Rose Glass

 

Jaki tutaj (ej, sztos nad sztosy) Ed Harris, że prawie z wrażenia zsunąłem się z kanapy, bez względu iż towarzystwo aktorskie całe jedzie na wysokim C i nie ma słabej roli kogokolwiek w Love Lies Bleeding. Trudno też doszukać się w hybrydowym stylu zaproponowanym przez Rose Glass słabszych punktów, mimo iż na finał parę scenarzystek lekko ponosi, lecz te umyślne „hulkowe” atrakcje nie trudno potraktować z metaforycznym przymrużeniem oka, kiedy reszta prądzi tak, iż czuć nieomal z ekranu zapach potu i krwi. Ogólnie anturaż to ejtisy potraktowane ekstremalnie - takie klimaty kalifornijskich nizin społecznych, pół patologii i zakamuflowanych kryminalistów (wyrzutków, poharatanych doświadczeniami, czy to mend pospolitych bądź ofiar mało beztroskiego dzieciństwa), paradoksalnie i naturalnie osadzonych w czasach rozkwitu amerykańskiej finansjery i kultu doskonałej rzeźby ciała (mniej aerobiku, bardziej kulturystyki). W tym klimacie zimnego draństwa, jak i zaburzeń emocjonalnych będących między innymi następstwem szprycowania dla efektu fizycznego imponującego uzyskania, także inne niegrzecznie uwodzicielskie podniety w rodzaju zabawy bronią. Zaczyna się może poniekąd lajtowo, ale kiedy się zaczyna na dobre, to robi się gęsto i kopie ostro. Rose Glass bardzo odważnie, raczej bezkompromisowo EMOCJONALNIE o czynnej pomocy sprawiedliwości czyli zemście, w gustownie przestylizowanej, grzesznie gorszącej przemocowej historii - nie powiem jednako że przesadnie wulgarnej lesbijskiej, ale namiętnie brawurowej historii miłosnej i zamaszyście traumatycznej rodzinnej. 

sobota, 6 lutego 2021

Saint Maud (2019) - Rose Glass

 

We wzbudzającym nieprzyjemne (brrr) lęki gatunku filmowym horrorem zwanym nie gustuję i z racji braku większej sympatii dla prób przerażania z ekranu zbyt często nie sięgam po propozycje takież. Robię to jedynie sporadycznie, tylko i wyłącznie wówczas gdy bardzo wiarygodne źródła akurat tytuł polecają, a w rekomendacji jasno daje się do zrozumienia, że nie wyłącznie o grozę dla grozy tylko w konkretnym filmie chodzi. Takąż Saint Maud protekcją w necie może się pochwalić i nie jest ona absolutnie na wyrost przez znamienitych autorów (z zasady krytycznie entuzjastycznych opinii) w tym przypadku wypowiadana. Kiedy trzeba Saint Maud w fotel z impetem wciska i kiedy należy usuwa widzowi twardy grunt spod stóp, a przez cały czas intryguje i napięcie wysokie utrzymuje. Wizualnie kapitalnie skleja gęsty mrok tła ze sterylnym charakterem fasady, inaczej też spaja nowoczesne podejście do gatunkowej materii z klasycznymi zabiegami posiadającymi rodowód szczególnie w dreszczowcach z lat siedemdziesiątych. Ponadto obraz to zagrany koncertowo, a rola tytułowa gdyby pewnie nie dość wciąż jeszcze niewystarczająco mainstreamowy charakter produkcji zespołu wytwórni A24  (a może schiza na ekranie nie ma fejmu i hajpu wśród członków Akademii?), to Morfydd Clark powinna być w czubie faworytów do Oscara. Zgoda moja co do powyższych superlatyw i cech charakterystycznych - zachwyt mój formą może mimo walorów wyeksponowania nie gigantyczny, lecz względem treści (przefiltrujcie ją przez system osobistych przekonań!) to już naprawdę wielki. Jedna tylko uwaga na koniec, że trudno mówić w tym przypadku sensu stricto o horrorze w hollywoodzkim rozumieniu stylistyki, bowiem bliżej tej złożonej wypowiedzi filmowej ekstremalnie mrocznego dramatu psychologicznego niż właśnie współczesnemu kinu grozy.

P.S. Dodam jeszcze (ostatecznie ostatni), że nie przeglądając zapisków to pamiętam iż we względnie nieodległym czasie takie dobre, bo niecodzienne dzieło grozą karmiące to oglądałem za sprawą głośnego The Lighthouse i dzięki Aronofsky’emu kiedy wpierw nakręcił sugestywny Black Swan, a ostatnio potwornie obłąkaną Mother!. To chyba jest znacząca rekomendacja. :)

Drukuj