Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Martin McDonagh. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Martin McDonagh. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 stycznia 2023

The Banshees of Inisherin / Duchy Inisherin (2022) - Martin McDonagh

 

Irlandzcy mężczyźni, to od setek lat łażą do tych pubów i piją tego Guinnessa, bowiem to tradycja, jakoby rytuał świecki, podczas którego utwardzają szorstkie męskie przyjaźnie, gadając także, co może z lekka zaskakiwać na nie tylko typowo męskie tematy, bo niby oni poturbowani jak klify smagane wiatrem u wybrzeży ich wyspy ojczyzny, a jednak uduchowieni i myślący niby kategoriami praktycznymi, lecz przez pryzmat wrażliwości także. Nowy film człowieka przede wszystkim od obsypanych słusznie nagrodami Trzech billboardów za Ebbing, Missouri, to obraz na który niecierpliwie czekałem, bo McDonagh od zawsze popeliny nie wciska, a jego forma jak widać było wyraźnie, ostatnio jeszcze zwyżkowała. Zatem kurczowo trzymałem się przekonania, iż po hollywoodzkim dziele może śmiało nakręcić u siebie coś nawet jeszcze bardziej wybitnego, co ponownie w znakomitym warsztatowo i stylistycznie modelu łączyłoby smutek i rozrywkę - łzy śmiechu przebijające się przez łzy żalu i goryczy. Potrafi on bowiem jak niewielu tylko poza nim innych, wychwycić idealny balans pomiędzy dramatem, a mądrą komedią i nie przekroczyć granicy wzorcowo dawkowanej groteski. Duchy Inisherin przenoszą widza na małą wyspę u wybrzeży Irlandii, oferując idylliczne pejzaże i równie zjawiskowo uchwycone elementy architektury - znakomicie oświetlone, dzięki czemu na poziomie wizualnym Duchy to rzecz także wybitna. W miejsce powolnego zabijania czasu do śmierci, gdzie rytm życia wyznaczają powtarzalne codzienne wydarzenia i oczywiście zmiany w przyrodzie, a wielki świat historycznych przełomów będący w polu zasięgu wzroku jest jednak jakby w zupełnie innej rzeczywistości. Na poziomie alegorycznym Duchy są opowieścią o skonfliktowanej Zielonej Wyspie, z perspektywy małej społeczności i przemian w trudnej przyjaźni dwóch głównych bohaterów, o z pozoru może tylko tak różnych osobowościach, że ich wspólna koegzystencja praktycznie powinna być wykluczona. Z perspektywy natomiast poza alegorycznej są historią poczciwiny i myśliciela - niezbyt lotnego przyjaciela kogoś, kto posiada bogate życie wewnętrzne. :) Historią bardzo trudnej i fizycznie bolesnej przyjaźni dwóch upartych sukinkotów, bo pryncypiami dla nich honor i duma, szczególnie gdy przyrzekają publicznie - "bo niektórych rzeczy nie da się po prostu zapomnieć" i jak to dają do zrozumienia "to chyba dobrze". Dialogi są niestandardowe, bo i bohaterowie osobliwi, wspomniane poczucie humoru zaś z kategorii tego na początku może z lekka wzbudzającego konsternację, ale kiedy po chwili da się ponieść fali incydentów i specyfice klimatu, to wszystko gra i nie ma kręcenia nosem, nawet najdrobniejszego wiercenia w fotelu. Jest wtedy wzruszająco-poruszająca gra wraz z intelektualną pożywką, bowiem Duchy to nie tylko mnóstwo dobra w postaci ironicznego czarnego humoru, ale też co absolutnie nie zaskakuje, doskonała robota w sensie budowania kontekstu i rozczytywania psychologii człowieka w praktycznym ujęciu. Podsumowując, jak McDonagh ma pomysł i ma obsadę, to wszystko gra genialnie na wszystkich poziomach, gdyż człowiek ten potrafi z aktorów tak z pierwszego, jak i drugiego planu wydobyć maxa, a sam scenariusz ubogacić do poziomu wielopłaszczyznowego dzieła sztuki intelektualnej, w którym psychologiczne analizy sięgają akademickiego poziomu, a mimo skomplikowanej przyczynowości, są tak przejrzyste i łatwe do zrozumienia, że tylko kompletny troglodyta nie wychwyci z nich wartościowej puenty. Ja wychwyciłem i jestem z siebie dumny, a po zakończeniu seansu tak siedziałem i myślałem i było mi przykro, bo smutno, ale też w środku do siebie się jednak uśmiechałem czując satysfakcję, że o takich tragicznych w skutki jak etiologia konfliktu tematach, można gawędzić tak pięknie alegorycznie.

wtorek, 4 września 2018

In Bruges / Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj (2008) - Martin McDonagh




Kolejny odcinek cyklu jak kształtował się reżyserski styl Martina McDonagha - który oto eksplodował ostatnio na szeroką, bo oscarową skalę. Genialne Three Billboards Outside Ebbing, Missouri złapały kilka nominacji w wyścigu o najbardziej pożądana statuetkę w świecie filmowym i aktorskie laury w tymże dla McDormand i Rockwella. Poza tym Złoty Glob za najlepszy dramat i jeszcze wiele innych zasłużonych zaszczytów dla tego w moim osobistym tegorocznym rankingu lidera listy. Stąd też ja, do niedawna jeszcze ignorant w temacie twórczości McDonagha systematycznie nadrabiam wstydliwe zaległości i w tym momencie jestem świeżo po seansie In Bruges. Filmu w którym absurdalny, mocno czarny i przyciężkawy humor, z kilkoma scenami które autentyczny szczery rechot pobudzają (szczególnie te z Ralphem Fiennesem) łączy genialnie rozrywkowe wątki z głęboką refleksją, przemyślanym drugim dnem i filozoficznym zacięciem. Metaforami powiązanymi z motywem sądu ostatecznego, winy za grzechy i piekłem trwania w świadomości dokonanych niegodziwości. Obrazu z przewrotną akcją, sporą dawką zaskoczeń i to nie takich standardowych oklepanych na zasadzie szołmeńskich twistów, tylko posiadających istotne uzasadnienie merytoryczne. Dzieła które także spotkało się z uznaniem krytyki, będącego jednak pod względem rozbudowania skryptu może jeszcze nie na poziomie wielkich Billboardów, ale wyraźnie już wtedy dającego do zrozumienia, gdzie zmierza brytyjski reżyser i jak wiele może już wkrótce osiągnąć, gdy własny styl odpowiednio oszlifuje i znajdzie temat, który szeroką publiczność mu zapewni. In Bruges pełen jest zalet, od świetnej dramaturgii zaczynając, a na znakomitej puencie kończąc. Poza tym aktorsko jest bosko, bo Colin Farrell, Brendan Gleeson i przede wszystkim Ralph Fiennes koncertowo swoje role odegrali, a same postaci im w tym znacząco pomogły, bo nie zostały na poziomie scenariusza napisane sztampowo. Podział na dobro i zło nie jest oczywisty i czarno-biały, a szarości mają bardzo wyraźny i różny charakter. Dialogi są niezwykle charakterystyczne i mocno śmierdzące brytyjską (Guy Ritchie) i amerykańską gangsterką (Quentin Tarantino) ale w dawkach do zniesienia, bez taniego efekciarstwa żerującego na dokonaniach powyżej wymienionych. In Bruges to kino zaskakujące, a dla widza który niewiele wie o stylu reżyserskim kierownika tego kinowego zamieszania i bardziej sugeruje się polskim tytułem niż "riserczową" wiedzą, to już będzie istny szok. :)

P.S. Czy jest dostępna oficjalna informacja kto wymyślił ten spolszczony tytuł i po cholerę pozwolił sobie tak odlecieć oraz kto ze strony dystrybutora zatwierdził ten kretynizm? Nazwiska proszę!

czwartek, 9 sierpnia 2018

Seven Psychopaths / 7 psychopatów (2012) - Martin McDonagh




Dość opornie wchodziłem w ten klimat i już zakładałem, że w podsumowaniu napiszę, iż Siedmiu psychopatów, to nic szczególnego, ale i też żadne nieszczególne nic, kiedy tak od więcej niż połowy filmu zacząłem wkręcać się w tą pokręconą historię konsekwentnie, aż prawie po uszy wpadając w intrygującą narrację. Przyznaję iż Martin McDonagh sięgnął po ciekawy scenariusz, zarazem będący dość karkołomną próbą stworzenia kina za wszelką cenę oryginalnego. Zapewne wielu mądrzejszych ode mnie zauważyło w nim posiłkowanie się stylistyką Quentina Tarantino, bądź Guya Richie’go – równie wielu też zarzuci mu kombinowanie na siłę kosztem czytelnego przekazu. Jednak wyczuwając powyższe wpływy i tendencję do przesady, nie można odmówić mu posmaku czegoś wyjątkowo smakowitego, bo frapującego i z własnym autorskim sznytem. Bowiem z perspektywy ostatniego, jak najbardziej zasadnego sukcesu McDonagha za sprawą (szukam jednego i oddającego genialność produkcji przymiotnika…:)) FENOMENALNYCH Trzech billboardów za Ebbing Missouri, czuć już w Psychopatach ten ton narracyjny i zwłaszcza tą konstrukcję złożoną i cholernie inteligentnie zaaranżowaną historię, tylko w nieco innej, bo akurat groteskowej konwencji. Abstrakcyjny humor, czasem tak bezpośrednio podany, iż aż wulgarny, w filmie w którym miesza się wyobraźnia pisarza z prawdziwym życiem. Nawzajem się one inspirują w totalnym misz maszu, w fermencie permanentnym, z każdą kolejną sceną wyciskając z niego wartościowy sens i zazębiającą się całość z pozornego braku spójności. Fajny pomysł, kapitalna obsada i mimo dość dużego zagmatwania pokaźną ilością postaci i wątków, to narracyjnie przejrzyście na tyle, że nawet tak mało bystry, bo nie zawsze odpowiednio uważny widz jak ja daje radę wydarzenia z ekranu ogarnąć. Co jednak najbardziej dla mnie zaskakujące, to sam fakt, że takie nienaturalnie ześwirowane kino, gdzie sporo fanaberii reżyserskiej, masa absurdów i nonsensów oraz pierdyliard dialogowych popisów na zasadzie sztuki dla sztuki wkręciło mnie bardzo i odnalazłem w nim sens, składając z porozrzucanych klocków może i nawet właściwą puentę. :) Puentę, która zdaje się sprowadzać do za Gandhim cytatu jednej z postaci, iż „przez oko za oko, cały świat straciłby wzrok”. Niby banał, ale z jaką finezją opakowany. :)

wtorek, 9 stycznia 2018

Three Billboards Outside Ebbing, Missouri / Trzy billboardy za Ebbing, Missouri (2017) - Martin McDonagh




Do czego prowadzi nienawiść, a może bardziej do jakich tragicznie kuriozalnych zapętleń może prowadzić? Czy gniew wyrzucany w desperacji permanentnej, frustracji eksplodującej, złości niekontrolowanej jest jedynym, nieuniknionym rozwiązaniem? Wszystko co wystawiamy na widok publiczny, czym manifestujemy swoje stany psychiczne, to oszustwa, nawet nie mające na celu zwieść innych, ale skupione na nas samych, na nieumiejętności radzenia sobie z wewnętrznymi stanami bezsilności. Sami siebie, tak po prostu oszukujemy! Gniew kierowany na zewnątrz niszczy nas od środka – napędzany paliwem pochodzącym z pieprzonego zadręczania poczuciem winy, za słowa, za działania, za zaniechania, za błędy, za wszystko! Bo można było inaczej, więcej, rozsądniej, z miłością, wyrozumiałością i zaangażowaniem. Ale co by to dało, co właściwie zmieniło - taki kurwa los, takie irracjonalnie niezależne zrządzenie przyczynowo-skutkowe i taki z tego finalnie dramat, bez właściwie bezpośredniego na niego wpływu. Ale to boli, rani zagryzając, od wewnątrz zabijając. Tego z biegu nie przewalczysz, z tym nie wygrasz konwencjonalnymi metodami. To musisz zadusić, a zasadniczo rozdeptać ostatecznie poczuciem, że zrobiło się wszystko co możliwe, bez najmniejszych już wątpliwości. Bo winny powinien ponieść zasłużone surowe konsekwencje, zgnić przynajmniej w mamrze, jeśli nie można sprawić, by cierpiał męki takie jak ofiara, której przecież nic już nie pomoże. Trzeba więc pomóc sobie i najbliższym, sobie dać odkupienie moralne, spokój duszy, a im poczucie względnej sprawiedliwości! Taką walkę podejmuje matka, gdy córka ginie z rąk wciąż niezidentyfikowanego oprawcy. Uparta babka, z jajami większymi od wszystkich buhajów razem wziętych. Pyskata, drapieżna, inteligentna i cholernie zdeterminowana. Wynajmuje trzy zapomniane przez lata billboardy i umieszcza na nich komunikaty, które zmiany i przemiany przede wszystkim w ludziach dokonują. Cały przekrój ludzkich postaw wobec sytuacji przenikliwie zostaje ukazany, podziałów pośród społeczności lokalnej na różnych frontach i liniach przecięcia. Są ci którzy ze strachu milczą, ci którzy nie wtrącają się w cudze nieszczęścia. Tacy zza bezpiecznie obranych pozycji lokalnych stróżów prawa o zaniechania oskarżający lub otwarcie manifestujący swój gniew, jak i ci, którzy mając argumenty czysto ludzkie stają w obronie szeryfa, bądź robią to z różnych innych mniej lub bardziej racjonalnych powodów. Atmosfera gęstnieje wprost proporcjonalnie do czasu, do żadnych postępów w kluczowej sprawie i coraz większych komplikacji lawinowo narastających. Nic nie jest takie oczywiste jak można by zakładać, bo metoda solą w oku i cierniem w dupie, a konsekwencje jej stosowania gigantycznie obciążające już zdruzgotaną przecież psychikę. Nieporozumień w brud, efekty mizerne - koszty materialne i przede wszystkim zdrowotne ogromne. To walka z wiatrakami, czy może jednak kropla za kroplą kruszy skałę? A może efekt gigantyczny, ale w zmianie mentalności widoczny? Chociaż forma obrazu zaadaptowana przez reżysera jest niekoniecznie maksymalnie dramatyczna, bo przez rysy psychologiczne postaci świadomie o kontrolowaną w każdym najdrobniejszym calu farsę się ociera, to temat przewodni cholernie poważny – wydarzenia przygnębiająco dramatyczne, a przesłanie zaskakująco jednako optymistyczne. Żadnych dróg na skróty, wszystko w swoim naturalnym porządku, z wybornym wyczuciem i wrażliwością społeczną. Z błyskotliwie napisanym scenariuszem, płynną, balladową narracją i postaciami genialnie, raz miękką innym razem wyraźnie ekspresyjną kreską malowane, z pierwszym planem na trzy osoby rozpisanym. Wspomnianą i scharakteryzowaną już dzielną matką i dalej szeryfem odchodzącym z tego świata, robiącym rachunek sumienia przed przejściem na drugą stronę. Człowiekiem zagadką właściwie, bo o jego przeszłości nic zasadniczo nie wiemy,  który co najistotniejsze okazuje się aniołem, zza grobu zmieniającym serca bohaterów, dostrzegającym w ludziach dobro dzięki temu, że sam przed śmiercią odnalazł szczęście, w postaci  prawdziwej miłość, "z której bierze się spokój, a ze spokoju, rozsądek". Z ukochanym mamusinym wsiokiem - synusiem mamusi, przypominającej urodą fizyczną i osobowościową bardziej faceta, aniżeli kobietę. :) Mężczyzną narwanym i prostackim, wrażliwość w sobie zadeptującym, kompletnie nieszczęśliwym we własnej nieakceptowanej skórze i przez tą pogardę do własnego ja nienawidzący niemal wszystkich wokoło. Ale to tylko plan pierwszy, a za nim kolejne równie przenikliwie umieszczone w historii postacie, z ich istotną rolą, w całym kalejdoskopie wydarzeń i zachowań. Przepiękny to film, bo ponad te wszystkie na tony produkowane pierdy wartościowy, ale również od strony narracyjnej perfekcyjny, dzięki czemu historia główna i wszelkie równie ważne, ale ze względów formalnych poboczne wątki doskonale osadzone, w wąskiej przestrzeni i idealnie ze sobą od strony przesłania korespondujące. To film wielki, absolutnie nieprzeciętny, nieprzerysowany, nieprzeintelektualizowany, nierozhisteryzowany i niezaduszony emfazą. Taki, który swoje znaczące miejsce w historii kina z pewnością odnajdzie. Gromkie oklaski na stojąco!

P.S. Pewnie tysiące niuansów tutaj pominąłem. Z braku możliwości technicznych, czy warsztatowych część świadomie zignorowałem, by z tekstu ciężki kloc nie powstał. Nie podkreśliłem też wielu jeszcze zalet dzieła Martina McDonagha, gdyż najzwyczajniej bogactwo ich ogromne, treść tak intensywnie oddziałująca, że zapewne przez wiele dni będzie za mną chodziła krok w krok i podpowiadała kolejne drogi interpretacyjne i szczegóły do wychwycenia. Aby uzmysłowić wam jak wielki ślad on pozostawia, powiem tylko, że nie potrafię uwolnić się od tła muzycznego, a ono konsekwentnie osadza w mojej podświadomości kolejne obrazy. Wciąż i wciąż… 

Drukuj