Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joachim Trier. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joachim Trier. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 marca 2026

Affeksjonsverdi / Wartość sentymentalna (2025) - Joachim Trier

 

Wartości sentymentalnej gigantycznym sentymentem darzyć nie będę (Ona i Ja), choć pozostawiła wyraźny ślad w głowie i zajęła całkiem niezłą pozycję na szczeblach sezonowej filmowej drabiny. To po skandynawsku porządne, przemyślanie to co ukryte przed powierzchownym opiniowaniem, intensywnie w głębi drenujące, bardzo dobre po prostu, bowiem warsztatowo dopieszczone kino, ze świetnymi ekspresyjnymi początkowymi scenami (brawo Renate Reinsve!), które uderzają niepokojem i zaostrzają apetyt na więcej. Niestety później nieco łagodniejemy my widzowie, łagodnieją bohaterowie i łagodnieje do zapowiadanego między wierszami, więc mniej wstrząsającego finału, zatopiony w chłodnej recepcji wydźwięk opowiadanej historii. Ostry pazur ulega po drodze złamaniu, a szkoda, bo ze scenariusza można było dla wyrazistości wyssać więcej jadu, dla soczystości dostać się do najbardziej esencjonalnego miąższu. Joachim Trier posłużył się techniką filmu w filmie, aby głębiej wejść w losy ekranowej rodziny, aby lepiej pokazać złożoność postaci swoich bohaterów i dopełnić przedstawioną historię - co mu się rzeczywiście udało, ale utracił myślę koncentracje tym samym na dynamice narracji. Ukazał perfekcyjnie sterylnie złożoność, wielowarstwowość rodzinnych zawirowań, nieprzepracowanych traum, skrywanych emocji - zbudował stopniowo spójną, lecz mało na pozór ekscytującą relację, w powolnej wspomnieniowej, SENTYMENTALNEJ manierze. Co odróżniające od większości podobnych rodzinnych autopsji, odbijającym, rezonującym echa sprzed lat świadkiem zachodzących przemian, zmian, światła i mroku, uczynił nie tylko wielopokoleniowy dom w sensie quasi synonimu relacji, ale DOM jako osobną fizyczną materię spinającą losy jego domowników. Dom dobry, dom zły, dom życia, dom śmierci, dom podziałów, dom jedności. Powrót do niego dawno nie widzianego, funkcjonującego w obiegu społecznym jako autorytet zawodowy ojca (weteran Skarsgärd jak wino), staje się przyczynkiem wybuchu ukrywanych emocji, bolesnych traum, zarzewiem konfliktu, ale, co najważniejsze - nieoczekiwanie - opatrunkiem na otwarte rany, spoiwem łączącym rozdzielone oraz lekiem na egzystencjalny ból. Uwagę krytyki w kierunku nagród przykuwają rzecz jasna znakomite kreacje kobiece, jakie wzruszają i poruszają, ale też widza z podobnymi doświadczeniami są w stanie zmrozić poprzez proces utożsamiania i w swojej świadomości osobistych emocjonalnych artefaktów, być może niepotrzebnie (rozgrzebywanie jest niebezpieczne, gdy nie ma narzędzi do posklejania odkrytego - rozbitego) odkurzania. Siostrzana miłość to jedna z najpiękniej pokazanych wartości w filmie - oklaski dla Reinsve i Ibsdotter, ale też w osobnej fakturze specyfiki roli na komplementy zasługuje Fanning, będąca w kontekście świeżym powiewem zmian, ciepłym kolorem w skandynawskiej szarości, naturalnie przekonującą i szczerą w roli hollywoodzkiej gwiazd. WARTOŚĆ jest więc głównie wartościowa, ciszą próbująca stłumić krzyk, ale czasem nie warto zakrywać ust, by wydobyć jęk, a tego Trier unikał, być może bojąc się przeszarżować, gdy wydaje mi się odnośnikiem i inspiracją dla formy największe dzieła najbardziej uznanych klasyków kina pulsu podskórnego, potężnego niejednoznacznościami i metaforo-alegoriami. W sumie to na koniec, po zważeniu i rozważeniu detali, nie jestem aż tak pewny czy Wartości sentymentalnej nie będę w przyszłości jako systematycznie dojrzewającego owocu darzył gigantycznym sentymentem. A Ty Lalu?

P.S. Domniemam iż winę za mój akurat lekko zdystansowany od entuzjazmu odbiór dzieła Triera, ma fakt iż marketingowe zabiegi wywindowały poprzeczkę, a obejrzany tuż przed nim genialny Tajny Agent (Klebera Filho) podniósł jako bezpośrednia konkurencja tenże poprzeczkę jeszcze wyżej. Bywa! ;)

środa, 15 czerwca 2022

Verdens verste menneske / Najgorszy człowiek na świecie (2021) - Joachim Trier

 

Zerowe to dla mnie zaskoczenie, iż Joachim Trier nakręcił film cudo. Od lat konsekwentnie robił przecież rzeczy ważne i zdarzały mu się pośród nich te wręcz zachwycające, lecz mam wrażenie iż Najgorszy człowiek na świecie jest kulminacją i szczytem pierwszej fazy jego reżyserskiej pracy, bo o tym że będą kolejne i wciąż bardziej wybitne nie mam wątpliwości. Jego najnowszy obraz odbieram jako niezwykłą opowieść o niecodziennej paradoksalnie codzienności młodego, wkraczającego w czas poważnych decyzji życia. Płynięciu na jego fali i z wzburzonymi falami się konfrontowania. Poszukiwaniu, sprawdzaniu, doświadczaniu i przede wszystkim wszystkimi możliwymi zmysłami  przeżywaniu. Obserwowaniu innych, bardziej zaawansowanych w relacjach rodzinnym i być może nazbyt przytomnym uczeniu się na ich podstawie i na ich błędach, przez co fiksowaniu się na lękach wynikających z konsekwencji. Rodzeniu się i odchodzeniu miłosnej pasji - o płomiennej fazie związku partnerskiego, jego dojrzewaniu, gaśnięciu i jak się okaże nie całkowitym umieraniu. Niezdecydowaniu i zdecydowaniu zarazem, podejmowaniu decyzji właściwych teraz, a z perspektywy czasu być może błędnych. Opowieść z wyczuciem rytmu oprawioną w muzyczne popowe kawałki i przez to też pobrzmiewająca nieco konwencją Woody’ego Allena, ale tutaj dla odmiany nie ma zbyt wiele miejsca na allenowską beztroskę komedio-dramatyczną i sztampową formułę nawiązującą uparcie do wielu klasycznych estetyk z przeszłości. U Joachima Triera króluje nowoczesne łączenie konwencji, merytorycznie natomiast poważna wiwisekcja relacji i interakcji oraz psychologiczna analiza z pozycji głęboko zainteresowanego ludzkimi reakcjami i działaniami artysty. Człowieka dojrzałego, który bada obserwując i wyciąga wnioski nie podając ich na tacy w szablonowych formułkach, a wykorzystując układy i sytuacje do budowania genialnej wielopoziomowej narracji. U niego bohaterowie także rozmawiają, dyskutują w intelektualnej formule, ale nie ma w tym tej opatrzonej allenowskiej fiksacji na postaciach neurotykach, tylko skupienie na odkrywaniu źródeł falującego istnienia zaangażowanego w realizację potrzeb - ich wygaszaniu i kolejnych namiętności rozpalaniu. Ponadto dialogi (te do wewnątrz i te na zewnątrz), pasjonujące, dodatkowo pomysł na zawieszenie w czasie, grzybki halucynki i wejście na ten przecież prozaicznie rzeczywisty poziom skomplikowania uczuć, a dokładnie zilustrowanie go muzyką, obrazem i przekazanie słowem oraz perspektywą - ekscytujące. Swoje oczywiście dokładają również kapitalni aktorzy, naturalnie bez spiny odgrywający założone epizody, a już wybitna tutaj Renate Reinsve w roli głównej jest raz prawdziwa (jako Julie popełnia błędy ale jest refleksyjna, więc wszystko jej wybaczam :)), dwa sympatyczna nieprawdopodobnie, trzy czarująco ujmująca przez co widz wiąże się z nią emocjonalnie. Podejmująca kontrowersyjne wybory i konstatująca wreszcie iż nie można mieć wszystkiego. Rozdarta pomiędzy materialnym komfortem, a szaleństwem, bezpieczeństwem i intelektualnymi podnietami, a romantyzmem życia spontanicznego. Akceptująca finalnie nieuniknione skutki upływu czasu - zmiany i przemiany, które mają swoje kluczowe znaczenie. Powstało dzięki temu mnogiemu nagromadzeniu bodźców, opowiedziane w rozdziałach niekonwencjonalne i nieprzewidywalne, na swój sposób odważne studium bliskości, fascynacji i rozczarowania. Zabawne i poważne, bowiem witalne i melancholijne zarazem.

P.S. Na marginesie, ja też dorastałem w czasach w których nośnikiem kultury były rzeczy i mogłem wśród nich żyć i je kolekcjonować, dotykać, porównywać. To tak w kwestii najbardziej dołującego rozdziału jedenastego.

niedziela, 20 maja 2018

Thelma (2017) - Joachim Trier




Płynie swoim równym rytmem, nigdzie się nie spiesząc, powoli odsłaniając kolejne fragmenty skomplikowanej i przede wszystkim bardzo tajemniczej układanki. Wyjaśnień dosłownych nie ma się co spodziewać, brak jest oczywistości i banalnych mielizn, choć film absolutnie nie kipi energią i jest bardziej kameralny niż spektakularny. Sugestywne ujęcia hipnotyzują, będąc dopieszczone artyzmem i niepokojąc złowieszczym charakterem. Klimat w nim mroczny i puls metafizyczny intrygujący - siły tajemne, zjawiska paranormalne, niewyjaśnione moce, dar i religijny charyzmat. Zimne emocje i nieokiełznane pragnienia, sterylna architektura i surowa przyroda - przede wszystkim siła przekazu zawarta z gigantyczną intensywnością w sile alegorycznego, onirycznego obrazu.

wtorek, 4 października 2016

Louder Than Bombs / Głośniej od bomb (2015) - Joachim Trier




Przyznaję, że zebranie myśli gdy napisy końcowe przez ekran już przebiegają bardzo trudne. Tak wiele w kilkudziesięciu minutach projekcji się wydarzyło i nie mam w tym miejscu na myśli huraganowego ataku akcji, bardziej splot międzyludzkich relacji i wynikającej z niej wewnętrznej burzy uczuć. Praktycznie to łatwo się zagubić w tym bogactwie, poczuć nieco przytłoczonym ilością wątków i ich ciężkim kalibrem. Bo nie ma tutaj miejsca dla jakiegoś dystansu, jest maksymalnie poważnie i bardzo ambitnie. To nie powinno dziwić, biorąc pod uwagę osobę reżysera i temat samotności pośród rodziny i całego dalszego otoczenia. Kwestię roli angażującej emocjonalnie pracy, konieczności stawania oko w oko z najgorszymi ludzkimi instynktami, ale i zmaganiem się ze zwyczajnym życiem na różnych poziomach wieku - dorastaniem, dojrzewaniem, przekwitaniem. Tak więc to kino trudne, wymagające i absolutnie niekomercyjne, przez co pozostające w człowieku na dłużej. Angażujące i wartościowe.

Drukuj