Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wes Anderson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wes Anderson. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 marca 2026

The Royal Tenenbaums / Genialny klan (2001) - Wes Anderson

 

Wes współczesny, świadomie powielający szablonową, ulewającą się niestety już estetykę, mnie się opatrzył ostatecznie i znudził w zeszłym roku, gdy powróciłem z seansu Fenickiego układu, ale to nie znaczy że zaprzestałem poszukiwań archeologicznych w przeszłości - czekając z nadzieją na ciekawsze, przerywające monotonię rozwiązania w przyszłości. Myszkując więc pośród archiwaliów, tym bardziej uświadamiałem sobie, że w jego przypadku to karygodnie nie mam wszystkiego starszego sprawdzonego. Wiele jeszcze do odkrycia pozostało, zatem spontanicznie korzystając przykładowo z obecnej Netflixa oferty, gdzie Tenenbaumową sagę wyczaiłem, zabrałem się w towarzystwie do do-odkrywania którędy i jak do obecnego statusu Wes docierał. Depresyjny na pierwszy rzut oka tutaj Anderson, wizualnie jest sobą, mimo że to jeszcze nie ten moment przełomowy z zachłannym wykorzystywaniem planów z makiet tekturowych i atrakcyjnych szoł podkręcających animacji, ale pod względem nastroju to ponuractwo - barwnie na swój sposób nonszalanckie, ale jednak trudno nie mieć wrażenia że pomimo licznych walorów rewolucjonizujących na chwilę ze swadą oblicze kina obyczajowego, to jednak poprzez sarkające marudzenie i stykówkę ponad mimo wszystko treść, kino bez właściwych emocji. Problem mój z Wesem nie tylko uwydatnia się widocznie w krytykowaniu kopiowania kopi kolejnymi kopiami, ale braku takich wibracji, które zza z premedytacją teatralnie przeforsowywanej jednowyrazowej (jakby powstrzymującej skutecznie wybuch śmiechu) maniery mogłyby od czasu do czasu się wyrwać. Ja szanuję to przegięte groteskowo aktorstwo całej plejady znakomitości, jakie u Wesa wchodzą na często zupełnie dla nich dotychczas nieznane, niewykorzystywane poziomy (patrz fenomenalna Gwynteh) czy z innej mańki świadomego wyciskania rozpoznawalnych twarzy z kojarzonych z nimi gestów (patrz niby zaskakujący, ale zarazem on w stu procentach Gene, bądź nie zaskakujący, a oni, czyli Bill i Ben). Ten schłodzony MANIERYZM tak samo wyjaskrawia ironię z jaką patrzy na świat reżyser, jak i pozbawia spojrzenia zupełnie autentyczności, sprowadzając je do ambitnie kapitalnego, ale jednak performansu wybitnie szołmeńskiego. Mam wówczas odczucia ambiwalentne, gdzie zderza się błyskotliwość formy z oczekiwaniem na emocji udział i poczucie finalnie rozczarowania, że byłem świadkiem spektaklu przemyślanego z dnem niezaprzeczalnie wartościowym (relacje rodzinne pod szczegółową, aczkolwiek satyryczną lupą) i myślę iż widz gustujący w przesłaniach metaforycznych intelektualnie bardziej tradycyjnych czy wizualnie surowych, realistycznych może odpaść. Tym bardziej dla niego kino Wesa Andersona będzie trudne do pełnej akceptacji, bez względu czy opowiadać ma historię z kategorii bliskiej czy dalekiej zwykłemu życiu - zdystansowanej na pełnej lub o obliczu nieco bardziej zachowawczym. Tak czy inaczej Genialny klan jako osobny nieco, a na pewno nie wystrzelony totalnie na najwyższe poziomy estetycznej ekstrawagancji rozdział w filmografii Wesa, podbity jak należy dostrzec z lekka zarzuconą od niechcenia makabrą (proszę zwrócić uwagę, he he, na bezpośredniość sceny z krwią z podciętych przedramion) opowiada przewrotnie ciepło o rodzinnej i nie tylko miłości - relacjach zagmatwanych, poddawanych sprawdzianowi, lecz pomimo prób trwałych. Nie tylko stylistyka na pierwszym planie, ale i kawał z pozoru wyłacznie tekturowego mięcha w treści - smutnego ale i optymistycznego swoją drogą.

P.S. Widzę iż na Netflixie wisi ze staroci jeszcze Pociąg do Darjeeling, a że Lalu twierdzi iż warto - to lukam. Nie teraz przecież, za moment, może dłuższy, ale lukam. :)

poniedziałek, 23 czerwca 2025

The Phoenician Scheme / Fenicki układ (2025) - Wes Anderson

 


Nazwiska nazwiska i nazwiska, a ponoć same nazwiska nie grają. U Wesa grają na pełnej ale jak grają wyznacza im wyłącznie Anderson (nie ma zbyt wiele w Benicio poniekąd Benicia i w Benedykcie Benedykta), więc grają oni i nie tylko oni naturalnie dopasowując się, tak jak kultem otaczany szef im zagra, więc w stylu Jego wyłącznie. To rodzaj zarzutu, bo pod potrzebą zanotowania w emploi większej roli bądź epizodu u kreatywnego oryginała, kryje się więcej z automatyzmu, niż prawdziwej aktorskiej sztuki. Numer jeden scenografia i dialogi, potem z premedytacją przestylizowana świadomie historia, jaka bez tej oryginalnej andersonowej formy straciłaby mnóstwo na atrakcyjności - stałaby się rozrywkowo paradoksalnie pretensjonalna. Historia w rzeczy samej lekko podkręcona symboliczną wymową. Interpretująca i przemycająca, ale jeśli w towarzystwie zamiast o jej obliczu rozmawia się i deliberując analizuje czy Wes zjada już swój ogon, to chyba niezbyt dobrze o niej świadczy. Gość kreuje uroczo ale czy w tym sterylnie, wyrachowanie wystylizowanym świecie narracyjnym i obrazowym są jakiekolwiek emocje? Jest wdzięk-ferment-absurd, jest styl-ironia-performance, jest też symetria-kadr-pastel oraz już intensywne oblizywanie wspomnianego ogona, bowiem bez względu jak Anderson historię skomplikuje i podrasuje, to maniera powszednieje i blaknie coraz bardziej.

P.S. Kręcę powyżej nosem, ale za Billa Murray w roli Boga, sporo akurat mogę wybaczyć. :)

poniedziałek, 28 sierpnia 2023

Asteroid City (2023) - Wes Anderson

 

Takie déjà vu biorę zasadniczo w ciemno, ale nie daję gwarancji że w przyszłości mi się nie uleje i  przynudzony nie powiem pas, czekając na chociaż odrobinę świeżości w formule, którą bardzo cenię, ale… no wiadomo w czym rzecz i że nie tylko ja te wątpliwości mam w ostatnim czasie obserwując karierę Wesa. Póki przesyt jednak nie nastąpił, to z podekscytowaniem retorycznie się pytam - skąd ten skubaniec bierze te pomysły i jakim cudem ma taką wyobraźnię, że ja wymiękam - wysiadam czy jak to się mówi. Jak fantastycznie ten skubaniec potrafi swoją wizję przenieść na ekran, to ja to co powyżej raz jeszcze. :) Jak styl tego skubańca jest hipnotyzujący dla wrażliwych na pastelową estetykę oczu, to jest jego wygrana i taki handicap że nawet jeśli coś by scenariuszowo sknocił, to w zasadzie całość nie ległaby w gruzach doszczętnie. Wreszcie jak bardzo skutecznie spinają się aktorzy dla tego skubańca i wchodzą na najwyższe, pięknie groteskowe poziomy warsztatu swojego, to ja dla niego mam tyle szacunku jak stąd do Hollywood i z powrotem, jak nie przymierzając nawet i może więcej. Bez kitu - jak się nie zachwycać jeśli już wprowadzenie rozbija bank i jest jak kajdany z pluszowym futerkiem przykuwającym uwagę do ekranu z ochami i achami rozentuzjazmowania wydobywającymi się z piersi człowieka nieodpornego absolutnie na ten andersonowy szlif? Numer jeden absolutnie zachwycające sceny okiennych rozmów Scarlett i Jasona, a dalej wszelkie efekty, znaczy na ten przykład ufoka animacje cud miód megaśne i plastycznie oczywiście wszystko właśnie gra ja ta lala, ale jejku tym razem o czym to jest i czy jest w tym oprócz abstrakcyjnego odjechania z kluczeniem pośród mnóstwa aspektów jakaś większa spójna przede wszystkim głębia, to ja nie wiem - ja podejrzewam iż jest, dostrzegając egzystencjonalne przesłanie z prywatą w postaci "dramatopisarskiego" kontekstu warsztatowego, ale tak żeby w miarę łatwo było ją rozczytać, hmmm. Mam wrażenie iż zdecydowanie już forma treść zdominowała, a na pewno wymiar scenariuszowy został podporządkowany wizji ilustracyjnej i nie wiem czy jest to w porządku, nawet jeśli obejrzałem i przeanalizowałem kolejny raz z nieukrywaną dla intelektualnej strony mojej emocjonalnej wrażliwości przyjemnością. Mam też jednako i uwagi, akurat może nie o charakterze wprost krytycznym, a mianowicie że na marginesie najsampierw Hanks gra Billa Murray'a grającego postać ze scenariusza naturalnie i że tak podsumowująco rzeknąłwszy, wszystko dzieje się tu automatycznie, zbytnio mechanicznie i że nie ma żadnych kulminacji w sensie faz rozwinięcia i rozwinięcia sfinalizowania, więc i tempo maksymalnie nie rajcuje. 

P.S. Wciąż nie rozumiem w stu procentach tej sztuki, ale Wesie opowiadaj ją mi ponownie, a i kolejne dalej, bo mimo i pomimo żeś więźniem estetyki, to świetnie Ci wciąż idzie. :)

piątek, 31 marca 2023

Rushmore (1998) - Wes Anderson

 

Z jaką estetyczną przyjemnością ogląda się filmy Wesa Andersona, nikomu kto wrażliwy na jego gust wizualny tłumaczyć nie muszę i nie zamierzam, bowiem po prostu teoretyczne strzępienie sobie języka jest bez sensu – należy sprawdzić, pokochać lub trzymać się od takiej maniery z daleka. Kropka! Dlaczego tak młody wówczas reżyser, tak szybko osiągnął rozpoznawalność i przychylność, mimo że to co stworzył nijak raczej nie można było wcisnąć w szufladki, także osobom znającym i doceniającym również merytorycznie jego filmy tłumaczyć nie potrzeba. Bo po co truizmy wypisywać i powielać wszystkie znane koneserom oczywistości, mimo że zatrzęsienie detali bardzo wdzięczne jest do analizy. Natomiast jeśli ktoś nie zna, wystarczy na zachętę dać do zrozumienia, że to kino mega oryginalne, lecz nie zawsze równolegle maksymalnie interesujące, choć jak historie Anderson opowiada, to nawet jej (w porównaniu z przyjętymi standardami) ekstremalna dziwaczność, nie jest w stanie kompletnie pozbawić skupionej na niej i na wręcz erudycyjnym przesłaniu uwagi. Ja tak mam - nie wiem czy inni tak mają. Rozwijając jednak wątek, mocno kojarzę natenczas seans ze Stevem Zissou i pamiętam że się niby zachwyciłem, jednocześnie czując irytacje - taki to innymi słowy bezczelny twórca mną manipulował, który może sobie pozwolić. Kiedy jednak widz kompletnie nieczuły na styl Andersona, to nic za nic, żadne rozlegle argumentujące tezę deliberacje dlaczego on wielkim reżyserem jest, nie urobią i tylko strata czasu na przekonywanie nieprzekonywalnych. Prawda? Dlatego (do sedna wio), ja sam siebie czasami muszę dyscyplinować, kiedy wciąż jeszcze poznaje dorobek twórczy człowieka, ale akurat Rushmore bez wątpliwości i kontrowersji wciągam zauważając, że takiej fajowej satyry, która nie wzbudza permanentnych salw śmiechu, a bawi fantastycznie, to ja chyba zbyt wiele w swoim życiu nie oglądałem i tylko dziwię się, a wręcz żałuję, że jak wciąż jeszcze kształtował się mój gust, to na Wesa nie wpadłem i dopiero jako nazbyt dojrzały i nazbyt utwierdzony w smaku widz go poznałem. Bowiem czuję, iż brakuje mi potencjału wypielęgnowanej i rozwijanej wyobraźni, aby w pełni dać się wciągać w jego inscenizacyjne cudeńka, z fundamentalną, przerysowaną pięknie teatralna manierą. Staram się, ale mam chyba lekką blokadę, co nie przeszkadza piać z zachwytu, a co nie jest paradoksem, tylko być może zimnym wyrachowaniem, jakiego mimo wszystko nie można zrównać z przekonaniem zawartym w zdaniu - Wes Anderson genialny jest, masz tak Mariusz myśleć, bo tak się w towarzystwie myśli i basta! Wes jest bezapelacyjnie wyjątkowy i zazdroszczę mu elokwencji jeszcze bardziej niż Woody’emu, bo tak pisać dialogi (brawa też naturalnie dla ich współtwórcy w osobie Owena Wilsona), zawierać w nich tyle nerdziego wdzięku, geekowej pasji, bystrych spostrzeżeń i ogólnie wiedzy, a jednocześnie traktować je wciąż w sposób zdystansowany, kontestując jednocześnie z lekka intelektualizm na pokaz - to ja przyklękam z wrażenia. Anderson być może głosami postaci mówi jak nadęty erudyta, ale sposobem mówienia obnażając groteskową absurdalność tejże maniery, jednocześnie prostacko nie wyśmiewa, tym bardziej nie obraża, tylko poddaje refleksji jej kluczowe przywary. Natomiast o czym jest i dlaczego konkretnie podoba mi się Rushmore (przydałoby się konkretnie zaznaczyć), w więcej niż powyżej zakomunikowałem w lakonicznej formule w dwóch tylko zwięzłych zdaniach dam do zrozumienia, że o przyjaźni, miłości - zdradzie i zazdrości oraz nasamprzód lojalności. Osobiście (autobiograficzny rdzeń), wielowątkowo i błyskotliwie – z puentą, albo tylko happy endem w bonusie.

P.S. Bill Murray z miną Billa Murray’a jest po prostu fan-ta-sty-czny, czym odwdzięcza się smarkaczowi Andersonowi za szansę pobudzenie wówczas własnej mocno uśpionej kariery. Szacun!

wtorek, 25 stycznia 2022

The French Dispatch / Kurier Francuski z Liberty, Kansas Evening Sun (2021) - Wes Anderson

 

Od strony estetycznej, jest to zawsze mistrzostwo świata. Jak już Wes Anderson sobie coś w głowie umyśli, to nie ma mowy, by zaprzęgnięci do roboty scenografowie, tej wizji z jego fantazji w dekoracje filmowe nie zamienili. To jest mega i kropka. To jest cudo i kropka. To jest och i ach i nie wiem normalnie co jeszcze! Oczywiście Anderson w tym cudzie jaki wyczynia jest tylko pozornie oryginalny wizualnie, bowiem garściami czerpie inspiracje od znakomitości sprzed lat (przedstawicieli bezwzględnie starego lub względnie starego kina). Jednak robi to z takim stylizacyjnym wdziękiem i z takim rozmachem, że trzeba się nisko mu pokłonić i wyrazy szczerego uznania przesyłać. Kurier Francuski w moim ograniczonym wciąż spostrzeganiu jego filmografii jest w istotnym stopniu powieleniem pastelowej krainy i sukcesu Grand Budapest Hotel. Zarówno właśnie w sensie formy plastycznej jak i sposobu narracji, co nie jest absolutnie powodem do narzekań, bo pójść w kontynuacje czegoś tak fajnego, to nic innego jak obrać drogę bardzo satysfakcjonującą dla zakochanego w jego wizji widza. Pytanie jednak czy w przyszłości coś zmieni czy tylko pomysł będzie doszlifowywał? Póki co pieści mój wzrok to zamiłowanie do makiet, cudnej kolorystyki, faktury oraz kadru, ale także dostarczają mi ambrozyjskich wrażeń obecne możliwości finansowe sponsorowane przez pewnych sukcesu komercyjnego producentów, dające Andersonowi przywilej zatrudniania topowych nazwisk do towarzystwa nazwiskom od początku jego kariery wiernie mu towarzyszących (które w międzyczasie nota bene dzięki niemu często w kult także poobrastały). A czymże ogólnie jest The French Dispatch? Jest po primo hołdem dla wszystkich stojących za wartością kultowego New Yorkera. Jest też ponad to pierwsze natłokiem fantastycznie zaaranżowanej treści, rozbijającej jednako nieco uwagę pomiędzy ilustracyjne detale, a bogate merytorycznie fabularne historie. Jest napisanym lekkostrawnym quasi poetyckim językiem, przekrojowym błyskotliwym i intensywnym zbiorem kilku felietonów, nawiązujących do dogorywającej już tradycji zdobnego w artyzm dziennikarskiego kunsztu. Jest fenomenalnym widowiskiem bez granic formy, w postaci gatunkowej mozaiki - intelektualnym i artystycznym majstersztykiem wykreowanym przez człowieka pozbawionego jakichkolwiek granic wyobraźni. Jest tym wszystkim czego po Wesie Andersonie można było się spodziewać i zapowiedzią wszystkiego tego co w przyszłości jego twórczość przyniesie. W twitterowym ujęciu - finezyjną, wykwintną rzeczą - rzecz jasna. Przepraszam, sztuką chciałem powiedzieć. :)

wtorek, 26 października 2021

The Life Aquatic with Steve Zissou / Podwodne życie ze Stevem Zissou (2004) - Wes Anderson

 

W wymiarze czysto estetycznym, filmy Wesa Andersona to super liga wysokiego stężenia wyobraźni plastycznej oraz mega ciekawej operatorki. Natomiast wymiar treści, to mocno odjechana abstrakcyjna szarża, która równie intensywnie hipnotyzuje jak budzi moje mieszane odczucia, iż to często (gęsto :)) jednak przerost formy nad treścią jest, a uznany przez krytykę scenarzysto-reżyser, posiłkując się bezpretensjonalnością paradoksalnie grzęźnie w mieliźnie pretensjonalności. Zatem jak patrzę przykładowo na groteskowe przygody Zissou, to myślę sobie że fajne to dla oczu jest, ale niestety ciężko się przegryźć przez warstwę teatralnej niepowagi, docierając do właściwej warstwy błyskotliwej intelektualnej powagi (zakładam że coś takiego zostało ukryte). Często ekstremalnej karykaturalności, obtoczonej w grubej warstwie pysznej wizualnie panierki. Ładne to i myślę iż przekorne to także. Te makiety są fenomenalne, scenografia bajeczna, detaliczna precyzja godna podziwu, a rękodzieło zjawiskowe. Poza tym, to chyba też zabawne i erudycyjnie rozpasane. Ale czy ja jestem i jeżeli nie jestem, to czy kiedykolwiek będę właściwym adresatem takiego rodzaju ambitnej komiczności w kinie? Zastanawiam się i zapewne poznając (bo dopiero poznaje) twórczość Wesa Andersona, będę się za każdym razem poddawał wewnętrznej diagnostyce, kiedy starsze jego produkcje zasysnę. Póki co Podwodne życie ze Stevem Zissou mnie rozczarowało, gdyż zwyczajnie miałem problem aby zrozumieć, co takiego konkretnego historią kogoś tak uderzająco przypominającego słynnego Jacques'a Cousteau chciał Anderson mi powiedzieć. Może ktoś mi rozjaśni, bo fabuła akurat nie dała rady. 

P.S. No tak, może i Bill Murray prywatnie to równy gość i fascynująca osobowość, ale aktorsko to tylko sprawny, ale jednowymiarowy komik, który akurat w rolach u Wesa Andersona mimicznie sprawdza się równie dobrze jak u Harolda Ramisa - choć to przecież dwa różne bieguny komediowej stylistyki.

sobota, 4 sierpnia 2018

Isle of Dogs / Wyspa psów (2018) - Wes Anderson




Filmy fabularne i animacje Wesa Andersona zawsze są nasycone wizualnym przepychem oraz masą alegorycznych odniesień i niezwykle zasadnych pytań o charakterze społecznym. Polityka i ideologia ubrana w nich zostaje w pełną treści formułę narracyjną i imponującą przepychem feerię barw, a postaci są stworzone z precyzją według przemyślanego analitycznego modelu. Dialogi na długo zapadają w pamięć, częstokroć przechodząc do kanonu popkultury, a cierpkie i celne poczucie humoru ma rzecz jasna za zadanie nie tylko wywoływać salwy śmiechu, ale przede wszystkim podkreslić i docenić wartość intelektualnej żonglerki przenikliwym słowem (prawie jak u Woody Allena). :) W tych produkcjach znajdziemy sporo do wychwycenia intrygujących nawiązań do klasyki kina, ale i równie wiele własnej, wypracowanej już stylistycznej oryginalności. Jest w nich miejsce dla karykaturalnych przerysowań, dla potrzeb specyficznej gry z widzem kamuflujących błyskotliwe obserwacje oraz bystrego wnioskowania sugerującego i ostrzegającego. Wyrafinowana konstrukcja myślowa wyrażana jest za pomocą narracyjnej lawy i jednocześnie pozornych banałów, przekornie wykorzystując kontrasty w doskonałej kompozycji kojarzącej się ze skomplikowaną mozaiką, zbudowaną z rzemieślniczą pracowitością dbającą o warsztat plus jakość i artystyczną wyobraźnią dbającą o finezję plus detale. Całokształt po to by dostarczać znakomitej pożywki dla umysłu i wzroku, a wszystko to, co napisałem powyżej równie dobrze pasuje do tych tytułów z dorobku Andersona, które już zdążyłem poznać, jak i do samej Wyspy psów. :) Technicznie ponadto w tym konkretnym przypadku imponująco, przy pomocy rozbudowanej o liczne fajerwerki techniki poklatkowej, plastycznie nie tylko spektakularnie, ale i ze stylem i smakiem. Ja przynajmniej jestem pod ogromnym wrażeniem nie kryjąc podziwu dla faktu, iż z ożywionych lalek, korzystając ze współczesnych rozwiązań animacyjnych można aż tyle od strony mimicznej uzyskać. Dla mnie mimo że estetyka Wesa Andersona chwilami nieco zbyt mocno abstrakcyjna, przesytem napełniona po korek, to i tak prawdziwe mistrzostwo!

P.S. Jeżeli powyższym tekstem kogokolwiek rozczarowałem, bo akurat interpretacyjną stronę pieskiej historii o pieskim życiu w psim świecie pominąłem, to informuję, że z premedytacją przyjąłem taką pozbawioną kontekstu analitycznego formułę. Po pierwsze, gdyż możliwości snucia domysłów liczne, a przeto do spisania w krótkiej formie trudne i po drugie gdyż tekstów o charakterze rozbijającym Wyspę psów na atomy w sieci zatrzęsienie i po cholerę mam się w takich okolicznościach produkować powielając prawdopodobnie wątki w nich już na wszelkie sposoby przez filtr kontekstów i sugestii przepuszczone. A może nabrałem wody w usta, bo akurat nie bardzo rozkminiam co, jak, po co i dlaczego i wstyd się podpierać obcymi analizami, bo ktoś spostrzegawczy jeszcze odkryje i zarzuci mi, iż posunąłem się do quasi plagiatu, aby tylko w towarzystwie zabłysnąć. ;)

środa, 25 czerwca 2014

Grand Budapest Hotel (2014) - Wes Anderson




Będzie w kilku zdaniach o Grand Budapest Hotel, tyle że nie tak wprost – pozwolę sobie na nieco szerszą perspektywę. Nie jestem oddanym fanem takiej odjechanej wizualnie konwencji, ona cieszy wzrok, jednak pod atrakcyjnym anturażem ciężko jakiś wybitnie wartościowy czy ciekawy przekaz odnaleźć. On pewnie w zamyśle istnieje, jednak przesłonięty mimo wszystko skutecznie obrazem zostaje. Taki problem mam z filmami Wesa Andersona, Tima Burtona jak i częścią dorobku braci Coen – tego na kształt Hudsuckera Proxy przykładowo. Idealnie oszlifowane to klejnoty pod wizualnym względem, estetyczne majstersztyki z fantazyjnie plastyczną scenografią, charakteryzacją fikuśną i postaciami wyjątkowymi. Tyle że w tym detalicznym podejściu do aspektu wzrok angażującego zasłona zawarta, co treść do roli drugoplanowej zdaje się sprowadzać. Tak głęboko pod płaszczem alegorii, symboliki rozmaitej czy metafor ukryte w nich przesłanie, że bez instrukcji obsługi ja najczęściej w interpretacji zagubiony jestem. Tak też Grand Budapest Hotel spostrzegam, w którym festiwal osobliwości dominuje, ta ekscentryczna galeria aktorskich znakomitości, wśród których pierwsze skrzypce odgrywa wyborny Ralph Fiennes wcielający się w rolę konsjerża idealnego. Przebogaty plastycznie, barokowo, a może bardziej wiktoriańsko na swój sposób malowniczy ;) nawiązujący do początków kinematografii z fantastycznym muzycznym tłem. Równie pasjonujący audiowizualnie, co nieoczywisty merytorycznie. Sięgnąłem zatem po koło ratunkowe i z jego pomocą sens nieco szerzej zgłębiłem. Analizy rzecz jasna odrobinę różne, bo wyobraźnia Wesa Andersona przewrotna, a poczucie humoru nietuzinkowe na tyle by jednokierunkowe ograniczone zgłębianie treści uniemożliwić. Pozostanę więc przy zachwytach formą, treść na marginesie pozostawiając. Jestem w tym momencie szczery aż do bólu, ryzyko jednocześnie ponosząc, iż określony prostakiem zostanę skoro błyskawicznie przesłania niezdolnym zgłębić. „A pies to jebał” :) jak Monsieur Gustave pozwolił sobie stwierdzić, porzucając konieczność użycia egzaltowanych komentarzy i  starannej formy językowej! :)

Drukuj