Wes współczesny, świadomie powielający szablonową, ulewającą się niestety już estetykę, mnie się opatrzył ostatecznie i znudził w zeszłym roku, gdy powróciłem z seansu Fenickiego układu, ale to nie znaczy że zaprzestałem poszukiwań archeologicznych w przeszłości - czekając z nadzieją na ciekawsze, przerywające monotonię rozwiązania w przyszłości. Myszkując więc pośród archiwaliów, tym bardziej uświadamiałem sobie, że w jego przypadku to karygodnie nie mam wszystkiego starszego sprawdzonego. Wiele jeszcze do odkrycia pozostało, zatem spontanicznie korzystając przykładowo z obecnej Netflixa oferty, gdzie Tenenbaumową sagę wyczaiłem, zabrałem się w towarzystwie do do-odkrywania którędy i jak do obecnego statusu Wes docierał. Depresyjny na pierwszy rzut oka tutaj Anderson, wizualnie jest sobą, mimo że to jeszcze nie ten moment przełomowy z zachłannym wykorzystywaniem planów z makiet tekturowych i atrakcyjnych szoł podkręcających animacji, ale pod względem nastroju to ponuractwo - barwnie na swój sposób nonszalanckie, ale jednak trudno nie mieć wrażenia że pomimo licznych walorów rewolucjonizujących na chwilę ze swadą oblicze kina obyczajowego, to jednak poprzez sarkające marudzenie i stykówkę ponad mimo wszystko treść, kino bez właściwych emocji. Problem mój z Wesem nie tylko uwydatnia się widocznie w krytykowaniu kopiowania kopi kolejnymi kopiami, ale braku takich wibracji, które zza z premedytacją teatralnie przeforsowywanej jednowyrazowej (jakby powstrzymującej skutecznie wybuch śmiechu) maniery mogłyby od czasu do czasu się wyrwać. Ja szanuję to przegięte groteskowo aktorstwo całej plejady znakomitości, jakie u Wesa wchodzą na często zupełnie dla nich dotychczas nieznane, niewykorzystywane poziomy (patrz fenomenalna Gwynteh) czy z innej mańki świadomego wyciskania rozpoznawalnych twarzy z kojarzonych z nimi gestów (patrz niby zaskakujący, ale zarazem on w stu procentach Gene, bądź nie zaskakujący, a oni, czyli Bill i Ben). Ten schłodzony MANIERYZM tak samo wyjaskrawia ironię z jaką patrzy na świat reżyser, jak i pozbawia spojrzenia zupełnie autentyczności, sprowadzając je do ambitnie kapitalnego, ale jednak performansu wybitnie szołmeńskiego. Mam wówczas odczucia ambiwalentne, gdzie zderza się błyskotliwość formy z oczekiwaniem na emocji udział i poczucie finalnie rozczarowania, że byłem świadkiem spektaklu przemyślanego z dnem niezaprzeczalnie wartościowym (relacje rodzinne pod szczegółową, aczkolwiek satyryczną lupą) i myślę iż widz gustujący w przesłaniach metaforycznych intelektualnie bardziej tradycyjnych czy wizualnie surowych, realistycznych może odpaść. Tym bardziej dla niego kino Wesa Andersona będzie trudne do pełnej akceptacji, bez względu czy opowiadać ma historię z kategorii bliskiej czy dalekiej zwykłemu życiu - zdystansowanej na pełnej lub o obliczu nieco bardziej zachowawczym. Tak czy inaczej Genialny klan jako osobny nieco, a na pewno nie wystrzelony totalnie na najwyższe poziomy estetycznej ekstrawagancji rozdział w filmografii Wesa, podbity jak należy dostrzec z lekka zarzuconą od niechcenia makabrą (proszę zwrócić uwagę, he he, na bezpośredniość sceny z krwią z podciętych przedramion) opowiada przewrotnie ciepło o rodzinnej i nie tylko miłości - relacjach zagmatwanych, poddawanych sprawdzianowi, lecz pomimo prób trwałych. Nie tylko stylistyka na pierwszym planie, ale i kawał z pozoru wyłacznie tekturowego mięcha w treści - smutnego ale i optymistycznego swoją drogą.
P.S. Widzę iż na Netflixie wisi ze staroci jeszcze Pociąg do Darjeeling, a że Lalu twierdzi iż warto - to lukam. Nie teraz przecież, za moment, może dłuższy, ale lukam. :)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz