„Działo się to w latach 1945–46 w Bieszczadach, w górzystym zakątku Polski, gdzie wojna zniszczyła wszystko - miasta, wsie, mosty i drogi. Do odbudowy zgliszcz i ruin kraj potrzebował drzewa - drzewa, którego nie było czym wozić i ludzi, których nie było skąd wziąć. Jest to opowieść o złym czasie, złych drogach, złych samochodach i o ludziach, których nie da się określić jednym słowem”. Innych zupełnie od bardziej współczesnych, twardych sztuk jak cholera. Zahartowanych, zaprawionych w życiowych bojach, bez oczekiwań i bez jakby się wydawało większych niż skuteczne przetrwanie motywacji. Nikt się nie skarży, nie marze, pytanie czy naprawdę tak się dało, że pękać nikt sobie nie pozwalał? Emocje wrą, a wokół śnieg, błoto, chłód i zawieje - warunki ekstremalne, bohaterowie ekstremalnie zapiekli i ich osobowości zduszane do poziomu trybu w maszynie pracującej na rzecz odbudowywanej, na nowo, bez istnienia w powojennej rzeczywistości pojęcia indywidualnej jednostki ojczyzny. To rodzaj myślę założonego paradoksu, że tak indywidualne, silne, zdeterminowane, osobne przecież postaci, żyjące po swojemu, skazane na wieczną tułaczkę, skupione na indywidualnym starciu z przeciwnościami, stają się tutaj bezimiennymi (funkcjonują pod przezwiskami/ksywami), wartymi jedynie tyle ile potrafią wypracować i jak długo dźwigać swój krzyż znikającymi cieniami. Paradoksu w filmie z historycznie najwyższej jakości aktorskiej obsadą i filmie o śmierci czyhającej za rogiem. Z ciekawą też historią zakulisową, gdzie w założeniu reżyserować miał bodaj Andrzej Wajda, ale ze względu na zamieszanie podobno związane z nieuzgodnionymi i wbrew pomysłowi autora przeróbkami w scenariuszu wprowadzonymi przez reżysera i kierownika artystycznego zespołu Aleksandra Forda, Hłasko jako autor noweli będącej tutaj fundamentem, nie chciał się zgodzić na sygnowanie jej własnym nazwiskiem i oddał/sprzedał prawa Czesławowi Petelskiemu. W takiej kontrowersjami i nieścisłościami (bodaj, podobno) obrosłej atmosferze powstał zatem obraz który raz stał się sam w sobie legendą, ocenianą na poziomie dzieła i dwa obraz, jaki bywa dość często też pomimo przyciągającej uwagę i uznanie specyfiki swojego wyrazu, określany przez krytykę jako „produkcyjniak, bezskutecznie udający czarny film”, miast oczekiwanego (gdyby reżyseria wyciągnęła z niego więcej) „czarnej ballady ocierającej się o produkcyjniak”. Nie wiem ile wyciągnąłby z odrzuconego/zmienionego, a sugerowanego w pierwowzorze mrocznego zakończenia Wajda, ale myślę że postawiłby na najsurowsze polskie realia, rodzimą szkołę filmową i w na przykład też w scenie wypadku (szamotaniny do którego doprowadziła), uniknąłby skorzystania z muzyki i dramaturgii raczej hollywoodzką manierą wzorowanej. Tylko czy to dobrze czy źle - nie jestem w stanie po obejrzeniu pracy Petelskiego, a nie widząc naturalnie tej Wajdy się zdecydować.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz