niedziela, 17 maja 2026

All that Jazz / Cały ten zgiełk (1979) - Bob Fosse

 

Surrealistyczny nieomal klimat w czymś co zapowiadało się jako film muzyczny, bliski ramowo musicalowi, a okazało się taneczną tragifarsą „niesamowicie bolesną opowieścią o destrukcyjnej sile obsesji i uzależnienia od pasji, pracy i perfekcjonizmu” - inaczej autobiograficznym obrazem finezyjnie opowiadającym o tragicznych w skutkach, dramatycznych losach samego jego twórcy. Brutalnie gorzkim, skomponowany odważnie, nieco przedwczesnym testamentem oryginalnego reżysera, barwnego choreografa, utalentowanego tancerza, w którego wcielił się znakomicie Roy Scheider. Oddając i przelewając na ekran mam pewność w zgodzie i przy naturalnie akceptacji twórcy i tworzywa jednocześnie, wszystkie jego tak karykaturalne, jak i skrajne cechy, jakimi między innymi arogancja i oddany sztuce fanatyzm. Fosse postać kontrowersyjna, świadomie nieodporna na pokusy i dominująco biernie agresywna, narcystyczna jak można domniemać, ale i twierdzę ironicznie, satyrycznie autokrytyczna na własnych, prowokująco groteskowych zasadach. Tworząca za życia dla siebie epitafium - być może tak samo pretensjonalne, jak błyskotliwe. Świetny Roy i znakomicie zaadaptowana i potraktowana jazzującym pulsem broadwayowska muzyka. Powiązanie w fundamentalnym anturażu tradycyjnej burleski, późnych, dość posępnych (mimo że swobodnych), obskurnych, tandetnych wizualnie lat siedemdziesiątych. Widowiskowy spektakl w którym podskórnie pulsuje kontemplacyjne gorzkie przesłanie, gdzie show musi trwać pomimo swego destrukcyjnego charakteru - napędzane animuszem deksedryny i dla uspokojenia zarazem równoważone jak i podsycane gigantyczną ilością nikotyny. Potrzeba chwili aby się pozwolić wkręcić w ten psychologiczny klimat upatrzony psychodeliczną dziwacznością i osobliwie oryginalną, a zarazem szokującą artystyczną filozofią. Upstrzony mrocznymi odjazdami, zagospodarowany scenami, które przemawiają na innym niż standardowy kinowym poziomie. Dzisiaj od tamtej pory kino widziało już niemal wszystko, trudno zatem mu zaskoczyć, a wtedy wyobrażam sobie że podzieliło i mogło namieszać (mnóstwo nagród), gdy tym bardziej przemysł filmowy tkwił jeszcze w dużym rozkroku, pomiędzy przywiązaniem do kostniejącej tradycji firmowanych legendą Franka Sinatry i tendencjami rozerotyzowującymi czy antyestetycznymi - w tymże układzie odniesienia mocno szokującymi. Być może ja sam spodziewałem się prawie jeden do jednego drugiego Kabaretu, a otrzymałem podobnie nakręconą formę narracyjną, bliską wizualną (sceny tańczone, kadry, montaż, dynamika podobna), lecz zdaje się totalnie odmienną, rozbudowaną obficie o konteksty, konwencją w sensie właśnie filozofią, w jakiej nie wiadomo „gdzie kończy się łgarstwo, a zaczyna prawda”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj