Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Machine Head. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Machine Head. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 maja 2025

Machine Head - Unatøned (2025)

 

Obawiałem się (pierwsza faza), miałem pewność (faza druga), że nowe wydawnictwo Machine Head nie wkradnie się nawet w dwóch trzecich w moje łaski tak samo silnie jak jego poprzednik. Trzecia faza jednak (ta po przerwie w odsłuchach, bo miałem dwa inne ciekawsze od razu albumy nowe do wciągania) zaskoczyła i ja zaskoczyłem poniekąd z Unatøned, bowiem z lekkiego chaosu, niezbyt współgrających ze sobą jak się zdawało aranżacyjnych pomysłów wyłonił (wykluł?) się album, który wcale a wcale nie jest tak aranżacyjnie nieskładny, tudzież banalny. Jego jednako wadą właśnie może być bardzo chwytliwy charakter, w sensie przebojowy sznyt, jaki najbardziej kojarzy mi się z fazą w historii ekipy Robba Flynna, gdy wydawał z ziomkami The Burning Red, zachowując oczywiście dystans porównawczy - chodzi o przeskok stylistyczny. Niby coś w uszach się tutaj w te mańkę z końca minionego wieku skleja, a jednocześnie Unatøned jest bardziej nadęty epicko i więcej w nim stroszenia piórek pseudo orientacyjno-balladowych gdy słucham ba finał na przykład Scorn (taki czuję tutaj wciąż pro pseudo progresywny  sznyt), niż wycieczek w stronę odświeżania ekspresji nu metalowej, mimo że rytmika ma sporo z tego kierunku i zarzuty kierowane w stosunku do Amerykanów, że grają zamiast thrashowo to skocznie nie są kompletnie z palucha wyssane. Momentami Machine Head hula bowiem jak te wszystkie nowocześnie brzmiące bandy w których ostry growl współpieści się z czyściutkimi romantycznymi zaśpiewami i atakującą serduszko emocjonalną elektroniką, obok której jadą grube, czasami dość kwadratowe, ale potrafiące przeczesać z impetem grzywkę riffy - Bleeding Me Dry. W stu procentach jednak nie czuję wciąż satysfakcji z obcowania z poddawanym autopsji nowym rozdziałem, może dlatego że oczekiwałem wiele w przeciwieństwie do sytuacji gdy przypadek Of Kingdom and Crown to były niemal żadne oczekiwania, a efekt jeden z lepszych nawet w długiej, krętej estetycznie historii MH. Wówczas zostałem albumem porwany, obecnie w album systematycznie wciągany, lecz czy refreniska i inne te wszystkie z Unatøned przykleją mi się do mózgu jak wymamlana guma balonowa do szkolnej ławki, wciąż nie wiem, pomimo że po wybrzmieniu ostatniej nuty ostatniego pośród indeksów numeru, mam już ochotę ponownie wcisnąć play, bo czuję w tych kawałkach to klejące!

czwartek, 27 października 2022

Machine Head - Supercharger (2001)

 


Nie wiem jakim impulsem kierowany postanowiłem wrócić do Superchargera (nadal uważam że to potwornie banalny, a wręcz gUpi tytuł :)), ale kiedy po wieeelu latach odświeżyłem czwarty long MH, to okazało się że przypomniałem go sobie zupełnie na nowo i dziwię się iż po przeprosinach z The Burning Red, które zresztą nastąpiło też wieeele lat temu, jakimś cudem nie przeprosiłem się z tym (no nie wierzę) równie doskonałym albumem. Oficjalnie donoszę że wypłaciłem sobie karnego plaskacza za tą kompletna moją głupotę i teraz będąc już prawie że wieeekowym facetem, ja kU Rwa dzięki wcześniej przeklinanym numerom czuję się jak trochę starszy smarkacz i absolutnie nie rozumiem jak to dziwnie jest, bo przecież wówczas pełen młodzieńczej werwy powinienem docenić energetyczny wygar, jaki od startu do finału został na ta płytę wbity. Więcej! Ja teraz twierdzę że Supercharger kapitalnie żeni stare (Burn My Eyes, The More Things Change...) z wtedy potwornie nowocześnie "skocznym" (madafaka!) The Burning Red i te 14 kawałków, może i z czasem trwania odrobinę przesadza, ale nie bardzo wiem którego indeksu należałoby się pozbyć aby płytę uczynić bardziej okrojoną, a przez to zwartą. To dość niecodzienne aby godzinną porcję agresji chcieć natychmiast odtworzyć ponownie po wybrzmieniu ostatniej nuty, a ja obecnie tak mam że gdzieś odruchowo paluch ląduje na przycisku zapętlenia i dziwię się sobie co mnie tutaj wcześniej wkU Rwiało? Może te wprost motywami nawiązania do patentów też wokalnych sprzed kilku lat (Only the Names, All in Your Head, American High na przykład) - ale jak je tam lubiłem, to dlaczego odrzucały tutaj? Prawda leży gdzieś pośrodku, znaczy nie jest jednoznaczna, tak jak pośrodku leży Supercharger, bo jest tu kilka wałków które nazbyt jeden do jednego śmierdzą kopiowaniem. Niby Robb uderza w klimaty nu metalowe, ale też właśnie obficie korzysta z dosłownych autocytatów, a mnie dzisiaj wreszcie podobają się te wszystkie najbardziej stąd znane kompozycje, jednako moimi faworytami uznaję raz Nausea, dwa Trephination i trzy trzeci w programie White-Knuckle Blackout!. Bowiem przede wszystkim te dwa z wymienionych, to jest coś tutaj pośród reszty innego, coś względnie poszukującego.

P.S. Też tak sobie jeszcze kombinuję, że może o Supercharger tak łatwo zapomniałem, gdyż potem był WIELKI Through the Ashes of Empires, koncentrujący przez wieeele lat moją uwagę, a przypomniałem sobie o nim, gdyż do wydania Of Kingdom and Crown przeżywałem totalny zawód kompozycyjną formą Flynna i w tym roku odżyły moje nadzieje na doskonałe kawałki MH, bo ten ostatni z wymienionych jest po prostu DOSKONAŁY. Ufff! :)

środa, 31 sierpnia 2022

Machine Head - Of Kingdom and Crown (2022)

 

Wymarzyłem sobie nieco inny nowy MH. Wyśniłem taki który bardziej zerka w kierunku ambitniejszej formy nu metalu - taki dokładnie, jaki zaproponowali na singlu, którego ostatecznie ku mojej rozpaczy nie uświadczyłem w programie Of Kingdom and Crown. Circle the Drain to był w moim przekonaniu strzał w dziesiątkę i numer ponownie skupiający moje zainteresowanie ewentualnie na tym co w przyszłości nagrają. Dwa ostatnie longi spuściłem w sedesie i nie jest mi wstyd, że zrobiłem to może odrobinę pochopnie, gdyż totalnie żadne nie były, ale uczciwej wobec fanów koncepcji w nich się nie dopatrzyłem. Tak więc liczyłem za sprawą świeżego materiału na mocne odbicie, by wraz z rozwojem sytuacji pesymizmem zastępować entuzjazm, a jak się teraz okazuje, dostałem zestaw piosenek bardzo na tak. Materiał mimo iż nie wprost zaspokajający moje oczekiwania, to jednak taki, który to wprost wpisuje się pomimo wszystko w pomysł na progresywny melodyjny thrash, lub jak kto woli metal core, w jeszcze bardziej epickiej formule. Pierwotne kontakty z poddawanym subiektywnej analizie obiektem przynoszą skojarzenia ze szczytowymi epickimi osiągnięciami ekipy dowodzonej przez Robba Flynna, czyli krążkami od wydania Through the Ashes of Empires do Unto the Locust. Kolejne drążące temat jeszcze głębiej odsłuchy doprowadzają mnie jednak do przekonania, iż Of Kingdom and Crown idealnie wpisałby się w przestrzeń pomiędzy The Burning Red, a genialny album z 2003-ego roku. Systematyczne obcowanie tylko pogłębia to odczucie i już jestem niemal w stu procentach gotowy bronić powyższej tezy, gdyby w atmosferze oczywiście przyjaznej dysputy ktokolwiek sygnalizował ochotę podważania jej zasadności. Obecnej ekipie Robba udało się bowiem (tak myślę) skutecznie ożenić mięsisty groove z progresywnym aranżacyjnym zacięciem i te dwie cechy charakterystyczne dla wymienionych dopełnić walorem interesującego riffu i refrenowej przebojowości, czyli wspólnymi atrybutami owych. Jeśli już jestem przy ekipie to jasne że należy wspomnieć kto tam teraz rzeźbi na jednym z wioseł. Nasz człowiek na tym legendarnym pokładzie, Wacław Kiełtyka, nie byle kto w polskim death metalu czy bardziej współcześnie groove metalu. Jednak MH to inna liga niż Decapitated, do czego "nasz" człowiek sam się przyznaje. Totalna profeska nawet na tle metodycznej filozofii macierzystej formacji Kiełtyki. Gigantyczne wymagania ale i komfortowe warunki pracy - nic tylko korzystać i spieniężać ten swój osobisty niewątpliwy sukces. :) Wracając jeszcze na finał do zawartości Of Kingdom and Crown, jest bardzo różnorodnie i to mnie najbardziej przekonuje. Siarczyście, galopująco z riffami ostrymi i ciężkimi, ale i kapitalnie na efekt oddziałuje dramaturgia aranżacyjna, jakiej główna część składowa to heavy solówki i odpowiednio okraszone wyobraźnią pomysły, chwytające się emocji w melodiach, jak i w znacznie obfitszych w agresję ekstremalnych frazach. Do tego Flynn w wokalnej formie wysokiej i dzięki temu słucham teraz najlepszej płyty MH od lat i nawet jeśli nie mam tego czego oczekiwałem, to to co otrzymałem zupełnie i z każdym odsłuchem jeszcze mocniej mnie satysfakcjonuje. Zaskakując jednocześnie!

czwartek, 6 czerwca 2019

Machine Head - The More Things Change... (1997)




Taka banalna refleksja o charakterze uniwersalnym po bieżącym odsłuchu trzech startowych płyt Machine Head za mną zawsze chodzi, że progres to ogólnie fajna rzecz, lecz cholernie zarazem ryzykowna, bowiem znacznie modyfikując własny styl z krążka na krążek istnieje (z dużym prawdopodobieństwem) niebezpieczeństwo bardzo szybkiego dotarcia do ściany. Rozumiem, że określenie progres w znaczeniu prymarnym może być dyskusyjne w przypadku triady Burn My Eyes/The More Things Change... /The Burning Red, gdyż oprócz zanotowanego rozwoju muzycznego są one wyraźnym odzwierciedleniem trendu, jaki w owym czasie pojawił się w ciężkim brzmieniu. Jasne jest dla kumatych, że mam w tym miejscu na myśli silny mechanizm przeobrażający hard core/crossover w nu metal, a ekipa Robba Flynna pomimo zachowania wysokiej jakości jest jednym z bardziej reprezentacyjnych przedstawicieli owej metamorfozy, w tym wypadku zakończonej właśnie ekspresowym dotarciem do ściany i po zaledwie trzech albumach nieprzekonującym powrotem "do korzeni". Supercharger być może był uzasadnionym odruchem ratującym markę przed ugrzęźnięciem na nu metalowej mieliźnie, ewentualnie ruchem podyktowanym obawą lub brakiem jasnej wizji rozwoju, bądź zwyczajnym twórczym zastojem. Bezdyskusyjnym jednak zdaje się fakt, iż coś się wówczas (po The Burning Red) w tej maszynie zacięło i ostro przyhamowało pierwotny pęd. Z obecnej perspektywy krążki z lat dziewięćdziesiątych to milowe kroki w rozwoju grupy, a ten drugi step zmieniając wiele przyniósł paradoksalnie przekształcenia wyłącznie w rytmice, w której czuć ten nu metalowy skoczny flow, ale bez uszczerbku na ciężarze. To ta sama czadowa energia co na debiucie, tylko konstrukcja znacznie mniej siłowa. To bliźniacza ornamentyka z firmowym piszczącym akcentem wioseł i twardym, solidnym riffem. Ja akurat wówczas przyjąłem z zadowoleniem ten kierunek i fakt, że nie byli przyspawani do sukcesu Burn My Eyes pozwalał mi pokładać w nich jeszcze większe oczekiwania i liczyć, iż są w stanie im sprostać. Podobnie jak w późniejszych latach zaakceptowałem idee romansowania z rozbudowanymi heavy/thrashowymi strukturami, które sprytnie spajały chwytliwość, ciężar i wyobraźnię. Niewątpliwie jednak w obydwu przypadkach zabrakło dobrych pomysłów na dłużej o czym dobitnie świadczy poziom Supercharger i współcześnie Bloodstone & Diamonds/Catharsis.

środa, 31 stycznia 2018

Machine Head- Catharsis (2018)




Co ja mogę poradzić na to, że praca włożona w Catharsis mnie nie przekonuje? Jej efekt mnie wręcz zmęczył straszliwie, gdy do kilku odsłuchów trzeba było się przymusić, by w miarę rzetelnie ten groch z kapustą ocenić. Mogę wyłącznie przejść do porządku dziennego nad myślą, że Robb Flynn jest na takim etapie mentalnym, na którym ma niepodważalne, nieweryfikowalne przez otoczenie przekonanie, iż może wszystko. Może sobie pozwolić, że to wszystko co może (bo tak) nie tylko zostanie przyjęte, ale to wszystko nawet jeśli będzie uznane za przejaw megalomanii, w słabej jakościowo obróbce i przez ten fakt skrytykowane, to i tak absolutnie nie zostanie do jego świadomości dopuszczone. W poczuciu najwyższej zajebistości zignorowane zostaną wszelkie argumenty niezgodne z twardą tezą, oznajmiającą wszem i wobec, iż to jest taki album jaki chciał nagrać i nagrał, bo mu się tak podobało i że to materiał wyłącznie do chwalenia, bo jak inaczej. Może w tym przekonaniu jest sporo nadinterpretacji, przesady czy wreszcie złośliwości ostatnimi rozczarowaniami wokół Flynna napędzanymi, lecz proszę zrozumieć i wybaczyć, ale nie potrafię tak zwyczajnie skapować po co te ponad zdrowy rozsądek pokraczne kombinacje i potrzeba budowania z grupy o profilu metalowym czegoś na wzór wora z rozmaitościami. I nawet jeśli album skompilowany został ze wszystkiego co już było grane przez Machine Head, w swojej bogatej historii. I nawet jeśli jest na nim sporo pojedynczych riffów, motywów, zagrywek czy ogólnie względnie niezłych pomysłów. I nawet jeśli jak jest ciężko, to walec przez łeb tak jak powinien się przetacza, a jak gwałtownie to motoryka napędzana przez Dave’a McClaina pobudza. I nawet jeśli te progresywne kolosy posiadają w sobie nie większe natężenie patosu, jakie od lat na krążkach grupy gości, a tęsknota za czasami kiedy nu metal rządził, nie jest tylko ucieczką od nijakości, czy sentymentalnym spojrzeniem wstecz. To? To i tak nie zmienia to faktu, że w tym szaleństwie przesytu nie ma właściwie żadnej metody, która uporządkowałaby konstrukcje bez jakiejkolwiek kontroli przeładowane treścią. Nie dźwigam tego 75-cio minutowego bałaganu, nie kminię też bicia piany przez jego autora. Człowieku, jak wszyscy ci mówią że jest słabo, to jest i tyle! Wiesz co to jest pokora głupcze?

wtorek, 7 marca 2017

Machine Head - The Burning Red (1999)




Z ogniem powiązana czerwień jest typowym odbiciem czasów w jakich powstawała - jednocześnie pójściem za modą jak i budowaniem jej względnej legendy. Wówczas album przyjęty dosyć chłodno, dzisiaj poddany próbie czasu i osądowi z dystansu udowadnia, iż nie wszystko co z nu metalem kojarzone musiało być kiczem. Trudno też nazywać ekipę Robba Flynna trendziarzami, skoro sami przyczynili się znacznie do zbudowania podstaw gatunku, który po chwilowej eksplozji popularności dostał od metalowego środowiska dosyć mocno po pysku. Jednak kiedy goście z Machine Head dostrzegli, że ta ścieżka krótka, a jeśli za jej zakrętem coś jest to tylko stagnacja, brak perspektyw rozwojowych i wreszcie stygmatyzacja, dosyć prędko kurs zmienili czego efektem Supercharger i zdecydowanie już Through the Ashes of Empires. Sprawiedliwość jednak grupie oddam, bo to chyba jedyni przedstawiciele nu metalu obok Deftones, którzy popularności na trendzie się dochrapali, ale nie szczeźli w niebycie i w nowych okolicznościach nieźle się urządzili. Może ich kariera to nie taka piękna muzyczna bajka, jaką napisali sobie chłopaki z Deftones, stając się ikoną ogólnie rozumianej rockowej awangardy. Jednak MH to zespół poważany, ich status na scenie wysoki i od lat na wysokim C utrzymywany. The Burning Red to płyta która na zasłużone oklaski ze strony przynajmniej części grymaśnych fanów metalu poczekać musiała dłuższą chwilę, a już na pewno na moje uznanie, gdyż w momencie pojawienia się na rynku była bardziej rozczarowaniem niż rewelacją. Niby numery miały znakomite, odpowiednio potężne brzmienie, ale i bardziej zwarty, można by napisać piosenkowy charakter, przez co kojarzyły się z pójściem w kierunku nienawidzonej komercji. To w pewnym sensie mylne wrażenie, gdyż przebojowy potencjał wiązał się z lepszym warsztatem kompozytorskim dając finalnie efekt w postaci utworów lepiej skonstruowanych, przez co bardziej dojrzałych, w dodatku w żadnym stopniu pozorowanych - to się czuje że w nich taki groove naturalnie wibrował. Album jest cholernie równy i pośród autorskich kawałków żaden nie schodzi poniżej stabilnego wysokiego poziomu, a samo może nieco ryzykowne umieszczenie coveru The Police w środku stawki było zabiegiem rzadko praktykowanym - szczególnie takiego klasyka w rockowych annałach zapisanego złotymi zgłoskami i wyraźnie rozpoznawanego. Tutaj jednak nie burzy on treściwej istoty albumu, a ciekawy aranż dodaje mu atrakcyjności pomagając stopić się z gracją z autorskimi kompozycjami. Kiedy dzisiaj The Burning Red zaskakująco często gości w moim stereo, a jego ocena diametralnie różna od tej pierwotnej zadaje sobie teoretycznie niewygodne i burzące poczucie pewności siebie pytanie – jak wiele z tych dzisiejszych muzycznych rozczarowań w przyszłości stanie się klasykami? Chyba, że już teraz dotarłem do miejsca, w którym jestem już nieomylny. :)

P.S. I tylko look, jakim ówcześnie "imponował" Flynn z ziomalami to była błazenada kompletna. Na szczęście słuchając krążka nie muszę oglądać scen podobnych tym z obrazka do From this Day.

piątek, 15 kwietnia 2016

Machine Head - Burn My Eyes (1994)




Debiut Machine Head swego czasu pogruchotał mi kości uderzeniem bezlitosnym, a to co akurat impetem nie zostało roztrzaskane zmiażdżył potężnym dźwiękiem ukręconym przez Colina Richardsona. Same tryskające adrenaliną, nabuzowane sterydami numery, na czele z kultowymi Davidian, Old, Death Church, Real Eyes, Realize, Real Lies i Block. Potwornie ciężki był to stuff, sunący raz wolno niczym walec, a w chwilę później szybciej jednak nie przekraczając tych ograniczeń prędkości, które z muzyki błazeńską galopadę by uczyniły. Jak już incydentalnie przyciskają pedał gazu to wściekle z furią, gardząc heavy popisami, a zwracając się w stronę punkowej niemal zadziorności. Riff fundamentem, taki wyrazisty i konsekwentny, urozmaicany piskami i zgrzytami, napędzany basowym kręgosłupem oraz nomen omen „maszynowym” siłowym biciem perkusji, niczym serie z CKM-u, AK czy innego ustrojstwa stanowiącego oręż na polu walki. Czy to thrash, czy może hard core – tak gdzieś w połowie drogi te stylistyki się spotykają i użyczają Burn My Eyes swoje istotne cechy. Jest dziko ale bez masturbowania się solówkami, surowo ale i z groovem, który odpowiedni poziom rytmicznej chwytliwości do machania łbem zapewnia. Nie dziwi zatem, że debiut ekipy Robba Flynna cieszył się popularnością zarówno wśród nieco na początku lat dziewięćdziesiątych osieroconych thrash maniaków, jak i tych, co ideologię straight edge z zapałem w życie wprowadzali. Trafił Flynn idealnie w czas gdy nie tylko zmiana warty w metalu następowała, ale w moment w którym spora część starych wyjadaczy spod znaku thrashu mocno skręcała w kierunku masy, kosztem dynamiki. Tak zaczęli, a później przy okazji kolejnych krążków nie skupili się na odcinaniu kuponów od zdobytej błyskawicznie popularności, tylko z każdym podejściem dodawali do autorskiej receptury dodatkowych składników. Zmieniały one charakter serwowanych kompozycji, redefiniując styl na bieżąco, równolegle wciąż jednoznacznie akcentując skąd przyszli. Robili to odważnie na The More Things Change... i przede wszystkim na The Burning Red kładąc podwaliny, bądź wstrzeliwując się (kwestia sporna) w trend zwany nu metalem. Zdecydowanie mniej asertywnie na Supercharger, bo z zamiarem ochłonięcia po przeliczeniu się z tolerancją radykalnych fanów. Przyznaję że nie wszystkie próby uważam za trafione, jednako jednego im nie mogę odmówić, że jakby nie działali to zawsze z pełnym zaangażowaniem i odczuwalną pasją. A może to tylko wyszczekany frontman mi to wmówił? :) 

P.S. Tak tekst na Supercharger urwany, bez kontynuacji, co i jak dalej. Z premedytacją, bo uważam, że wraz z Through the Ashes of Empires nowe otwarcie nastąpiło i po dwóch kolejnych  albumach, stopniowo zbyt rozbuchanych na ostatniej produkcji przegrzanie nastąpiło. To historia skomplikowana, którą szerzej już w sporym fragmencie przy okazji opinii względem krążków z drugiej fali opisałem - odsyłam do archiwum bloga. 

wtorek, 25 listopada 2014

Machine Head - Bloodstone & Diamonds (2014)




Będzie jednocześnie w miarę obiektywnie i do bólu subiektywnie, tak na dwa fronty – w dwóch odsłonach rzecz jasna. Perspektywa pierwsza, na Bloodstone & Diamonds zapisane klasyczne współczesne oblicze Machine Head, co znaczy, że jest pompatycznie, dynamicznie, agresywnie i mrocznie. Jest żywioł, są rozbuchane, pękate, niemal orkiestrowe aranżacje. Jest moc, względnie brutalne mięcho, ale i nieco kiczowata emocjonalność miałkiego sortu. Jest przebojowo, ale i galopada na starą thrashową modłę się zdarza, technicznie wymagająco, kompozytorsko z doświadczeniem, pomysłem i finezją. Dla oddanego fana bez wątpienia satysfakcjonujący lub nawet porywający to finalnie produkt, ale ja już fanem siebie nie spostrzegam, stąd teraz z drugiej perspektywy być musi. Niestety ludzkie sympatie bywają nietrwałe, kredyty zaufania się wyczerpują lub same fascynacje ulegają przeobrażeniom. To też się właśnie mnie ostatnio przydarzyło, choć proces ten miał charakter postępowy i ten dzisiejszy efekt nie jest wynikiem wyłącznie odsłuchu Bloodstone & Diamonds. Po ożywczym restarcie za sprawą Through the Ashes of Empire jeszcze The Blackening ten efekt świeżości utrzymał, ale już Unto the Locust oznaki zjadania własnego ogona dawał i finalnie z perspektywy kilku lat pomimo swojego profesjonalnego sznytu znudził zwyczajnie. Dodatkowo mój permanentny zjazd w stronę bardziej rockowego niźli metalowego muzycznego oblicza, nie ułatwił sprawy ekipie Robba Flynna. Już obecnie nie kręci mnie tak intensywnie stylistyka jaką Machine Head czy im podobne formacje firmują – drzewiej inaczej było to i moje spojrzenie oczywiście bardziej przychylne przez to być mogło. Pomimo jednak swoich powyższych doświadczeń i wątpliwości nie ma mowy bym napisał, że to przeciętna grupa, bo nie tylko za nimi zacna historia stoi, ale i współcześnie już od albumów kilku poziom wysoki utrzymują, ponad konkurencją dumnie się wznosząc. Za to ich szanuję i sentymentem będę nadal darzył, chociaż już tylko i wyłącznie incydentalnie po ich krążki zamierzam sięgać. 

P.S. Jedna jeszcze uwaga. To jakiś wyższy stopień megalomanii Flynna by na co by nie napisać thrashowy album ponad siedemdziesiąt minut muzyki ładować - co za dużo to i świnia nie zeżre jak klasyk mawiał. :)

czwartek, 29 maja 2014

Machine Head - The Blackening (2007)




Rozbuchały nam się maszyny ostatnio okrutnie, znaczy z miarowego rzężenia, dołem i tonażem miażdżącego w stronę progresywnych kolosów poszły. Bo faktem niezaprzeczalnym, że The Blackening jeszcze o krok dalej w stosunku do Through the Ashes of Empires zawędrował. Do struktur wtłoczyła ekipa Robba Flynna sporo melodyjek, takich co część zwolenników grupy za zbytnio mdłe czy landrynkowe uzna. Refreny stały się dodatkowo maksymalnie chwytliwe i wespół z soczystymi solówkami – przebieraniem zwinnie i efektownie po gryfie zdominowały charakter albumu. Szczęśliwie nie zabrakło skutecznie budowanego napięcia, co nadal intrygujący szlif do kompozycji wtłacza, a brzmienie o pełnej i soczystej barwie idealnie w takiej konwencji się sprawdziło. Innymi słowy to kawał pomysłowej, może nie rewolucyjnej, ale z pewnością cholernie profesjonalnej roboty. Numery z pompą zaaranżowane dają sporo radości z odsłuchu, a ich struktura w żadnym stopniu prostacka. Gdzieś pośród tej lawiny przebojowej nuty sporo też klasycznych, masywnych zwolnień, które jako balast równowagę zachowują pomiędzy odlotem w rejony heavy-progresywne, a twardym sprzed lat firmowym mieleniem. Jak się chce to i takie rzeczy się zauważy ;) a może to tylko nostalgiczna potrzeba, żeby to wyczuć we współczesnych kompozycjach Machine Head? :) Nieważne! Istotne tylko to, że w miejscu nie stoją, z marazmu za sprawą popiołów wyrwać się zdołali i cieszą na The Blackening świetną formą. Pytanie tylko, kiedy znów dotrą do ściany?   

P.S. Ta plastycznie surowa oprawa krążka - dla mnie bombowa!

niedziela, 1 grudnia 2013

Machine Head - Unto the Locust (2011)




Ostatni jak dotąd studyjny krążek Machine Head zaczyna podniosłe intro, zapowiadające masę patosu w gitarowym zgiełku. Fakt, ta podniosła maniera wbita w kompozycje, odczuwalna jest przez całe niemal pięćdziesiąt minut obcowania z Unto the Locust. Jednakże jak przystało na grupę obecnie nomen omen modern thrashową z progresywnym zacięciem, sporo tutaj klasycznej łupanko-galopady okraszonej aranżacyjną biegłością. Taka to w moim przekonaniu kompromisowa hybryda przebojowości i bogatej ornamentyki popisowych detali. Zapoczątkowana na Through the Ashes of Empires bizantyjska maniera, powiązana z wyraźnym wzrostem formy grupy, w pewnym sensie daje na Unto the Locust objawy zmęczenia formuły. Nie jest to oczywiście trup na siłę reanimowany, ale delikatnie mi tu pewnym constans zajeżdża. Czy to źle? Czy dobrze? Pytanie się w takich okolicznościach z automatu narzuca. Odpowiedzi zapewne różne, w zależności od typa, co w te dźwięki jest wkręconym. Nie mniej jednak, ja oczekiwałbym po kolejnej produkcji jebnięcia w obrębie stylistycznej formy - ruchu co wstrząśnie mną od nowa, jak dekadę wcześniej Through the Ashes of Empires uczyniła. Wiem że Flynna stać na to, zatem ciesząc się jednocześnie z płyty, co pomimo wszystko na bardzo wysokim poziomie egzystuje, czekam na pewne przesilenie, namacalny przełom, by na nowo poczuć euforie równą tej, jaka towarzyszyła mi w przypadku dziewiczego kontaktu z obrazkiem i dźwiękowym jadem Imperium. Unto the Locust to solidne granie, zarówno dla fanów klasycznej odmiany thrashowej młócy jak i tych, co moczą się ze szczęścia przy dźwiękach przebojowego metal core'a. Porozumienie Flynn zawarł pomiędzy chwytliwością, a soczystym gitarowym grzaniem – wpływ księgowych, czy naturalna potrzeba takiej sonicznej hybrydy? Cholera go tam wie.

P.S. Jak zwykle poziom płyt maszyn podnosi znacznie Dave McClain! Dla mnie jeden z najbardziej charakterystycznych, ale i niedocenianych pałkerów na scenie. Dynamika, moc i precyzja w jednej personie. Szacunek OGROMNY.

czwartek, 12 września 2013

Machine Head - Through the Ashes of Empires (2003)




Już od pierwszych taktów żywioł uwolniony uderza z siłą huraganu, młóci bezlitośnie gitarową ekspresją i rytmiczną kanonadą. Tak w skrócie można by opisać to, co wylewa się z głośników na starcie albumu za pośrednictwem numeru Imperium. W 2003 roku kiedy to krążek pojawił się na rynku był niemałym zaskoczeniem, chociaż już Supercharger sugerował powrót do cięższego łojenia. Jednak kiedy poprzedniczka jedynie na motorycznym nieco topornym ciężarze się opierała, to Through the Ashes of Empires łaczyła w kapitalny sposób wszelkie cechy jakie do niej kojarzone dźwiękowo z Machine Head były. Zatem mamy tutaj solidnym groov'em podbijane miażdżenie riffem znane z początków kariery, rytmy zainfekowane nu metalową falą jakiej w połowie lat 90-tych ekipa Robba Flynna się poddała, jak i aranżacyjne progresywne niemal zacięcie, które eksploduje w pełni za cztery lata wraz z The Blackening. Taka mieszanka wybuchowa tutaj sednem, koktajlem molotova eksplodującym skutecznie. Świeżość w podejściu do materii jaka dla wielu ówcześnie dosyć archaiczną się zdawała największym atutem krążka. W symbiozie idealnej egzystujące interesujące pomysły wraz z atrakcyjnymi fajerwerkami i sztuczkami oraz perfekcją wykonawczą sięgającą często niemal porywającej wirtuozerii - szczególnie intensywnej w przypadku potężnego bębnienia Dave’a McClaina. To zarówno efektowne jak i efektywne rozdanie w dyskografii kapeli, w pamięć zapadające przez pryzmat całościowego wrażenia, jak i samych poszczególnych kawałków, wśród których zamykający epicki, precyzyjnie napięcie stopniujący Descend the Shades of Night karze szacunek tym amerykanom oddać oraz przede wszystkim wspomniany na starcie otwieracz w postaci Imperium promowany dynamicznie, nowatorsko zmontowanym klipem. Wyborny to obrazek nawet z perspektywy już dziesięciu lat od powstania, idealnie współgrający z intensywną kompozycją. Gdy na początku dziesiątej dekady XX wieku w metalowym biznesie się pojawili, niemałe zamieszanie debiutem wśród czołówki nowoczesnego jazgotu ich udziałem się stało. Jednak pomimo sporej do nich sympatii dopiero za sprawą tej produkcji prawdziwą bombą kaloryczną mnie tuczyć zaczęli. Sztuka niecodzienna im się bowiem udała, taka z rzadka miejsce mająca - w moim przekonaniu wydestylowali z własnego stylu bogatą esencję kopiącej mocy, by uszlachetnić ją szeroką gamą  kunsztownych rozwiązań. Dzięki temu procesowi Through the Ashes of Empires na stałe do kanonu konwencji się wbiło na powrót przywracając u wielu fanów wiarę, iż Machine Head nadal rozwojową ekipą być może. Tą tendencję do dzisiaj wydają się podtrzymywać – zapewne nowych lądów odkrywać im się nie zdarza, jednak na pograniczu rzemieślniczej precyzji i artystycznego polotu kolejne dwa świetne krążki do dzisiaj wypracowali.

Drukuj