Śmiały, lecz przyjazny dla oka
futurystyczny charakter scenografii każe oklaskami obdarować wyobraźnię tego, który za ten efekt odpowiedzialny. Czyste formy, miękkie kształty, idealnie sterylne powierzchnie, dużo neonowego
światła, pogrywanie połyskiem i mrokiem dobrze wygląda ale i jest nienaturalnie
higieniczne, bowiem ogromna ingerencja grafiki komputerowej sprowadza efekt do
oglądania jakby animacji permanentnej. No tak, ale to szczegół, gdy
merytoryczna strona obrazu jest zaskakująco ciekawa. Ten pomysł z uwięzieniem
na ulegającym awariom statku kosmicznym, który rodzajem wyspy w czasoprzestrzeni
- inspirowany klasycznymi opowieściami o rozbitkach. Klaustrofobiczna atmosfera
zamknięcia w pałacu ze złota z wszelkimi wygodami ale bez wolności, możliwości
decydowania i przede wszystkim braku perspektywy wyrwania się z tego potrzasku.
Ten filozoficzno-moralistyczny pierwiastek w egoistycznym sposobie walki z
samotnością, skazaniem innej osoby na podobny los by zaspokoić własne potrzeby.
Te wyrzuty sumienia związane z podjętymi działaniami, trwanie w kłamstwie, gdy
rodzi się uczucie w konwencji wzruszającego love story ale także w końcowej
części, co spostrzegam jako wadę, akcji dość typowej dla scenariuszy w klimacie
science fiction i wreszcie finalnej taniej ckliwości. Jednakże pomimo obranego
kierunku na rozrywkę, to film z zaskakująco sporym potencjałem intelektualnym i
co najistotniejsze w zdecydowanym stopniu wykorzystanym.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Morten Tyldum. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Morten Tyldum. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 14 sierpnia 2017
środa, 11 lutego 2015
The Imitation Game / Gra tajemnic (2014) - Morten Tyldum
Konwencjonalna i banalnie mdła opowieść o
wyjątkowym człowieku. Modelowo po brytyjsku pretensjonalna, że skupię się
jedynie na artystycznym wrażeniu, marginalizując historyczne przemilczenia.
Zbyt asekuracyjna, bez intensywnych emocji z nielicznymi walorami, jakimi
precyzyjnie dopracowana scenografia, świetne zdjęcia i klasyczna w formie
muzyka. Rozumiem, że w założeniach miał to być poruszający obraz człowieka,
który z dumy narodu stał się jej największym wstydem. Zakładam, iż Morten
Tyldum próbował ten dramat Alana Turinga ukazać, jednako skupiając się w
nadmiarze na kwestiach zasług w obliczu zagrożenia ze strony nazistów, naświetlając
dylematy decyzyjne i odpowiedzialność za nie na dalszy plan zepchnął samego
człowieka, żyjącego w zakłamaniu narzuconym przez konserwatywne społeczeństwo oraz bezwzględność
samego państwa wobec jego postaci. Żałuje ogromnie, bo to zmarnowany potencjał,
w tej łopatologicznej formie niezrozumiale doceniony przez Amerykańską Akademię
Filmową.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

