Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Xavier Dolan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Xavier Dolan. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 listopada 2025

J'ai tué ma mère / Zabiłem moją matkę (2009) - Xavier Dolan

 

Właśnie zamknąłem reżyserski dorobek Dolana i paradoksalnie uczyniłem to oglądając jego debiut powstały gdy wizualny wieczny smarkacz był zaledwie dwudziestolatkiem, a już wtedy wstrząsając krytyką w Cannes, zdobył sobie uznanie - tym samym stając się tak najmłodszą, jak i poniekąd największą reżyserską nadzieją. Pierwszy film Dolana w formule quasi biograficznego kameralnego dramatu, z perspektywy jego dalszych dokonań, a szczególnie wziąwszy pod uwagę genialną Mamę, nie robi tak potężnego wrażenia jakbym zakładał, póki się z nim zdążyłem z gigantyczną obsuwą zapoznać. Zmienić to faktu jednakże fundamentalnego nie jest zdolne, że jak na startowy obraz nie obejrzany zaraz po powstaniu (z perspektywy świeżości), ślad pozostawił i mógł zasadnie dać chłopakowi kopa w postaci wiary w siebie (w swój talent i wrażliwość), gdyż opowieść treściwie surowa, lecz obudowana wizualnie formułą ubogaconą, mnie i dzisiaj w skupieniu i lekkim wstrząsie pozostawiła. Udało się wchodzącemu wówczas w okres dojrzałości artyście zauważyć i uwypuklić to co ważkie, poprzez opisanie historii nie tylko skomplikowanej, rozemocjonowanej, a wręcz wybuchowej relacji pomiędzy synem i matką, ale zarazem podpowiedzieć diagnozy przyczynowo-skutkowe takiego stanu rzeczy. Bohater to zaburzony, bezradny w stanach podnieceń egocentryk, labilny/niestabilny w uczuciach, miotający się i chyba zrzucający podświadomie winę za stan rodziny na matkę, bądź ośmielony przekraczać granicę - przesuwając ją konsekwentnie, bez praktycznie korygującej reakcji. Mnóstwo ekspresji, słowotoku i napięć wewnętrznych eksplozji, a pod warstwą nadrzędnej jego frustracji brak elementarnej wyrozumiałości/empatii i wewnętrzny niepokój permanentny. Może tu problem tkwił w tym, iż osobowości postaci poniekąd tak bliźniacze i reakcje podobne - brak akceptacji dla siebie, powodowały ekstremalnie krytykę wobec bliskiego? Miłość i nienawiść w pętli dysfunkcjonalności w konwencji pamiętnika - rodzaju narracji złożonej, formalnie nie jednowymiarowej. Poza tym ten film, to jednocześnie kameralny dramat, jak i wizualnie, scenograficzne historia z precyzją i smakiem opowiedziana. Dolan reżyser niekonwencjonalny, młodziutki ponad standard i Dolan aktor ekspresyjny, wystarał się skutecznie opowiedzieć i wyjaśnić z dozą zawartej w tytule prowokacji metaforycznej zależności i jestem bez względu na minimalne niedosyty jak zwykle pod wrażeniem, ile w takim gołowąsie już mega dojrzałych przemyśleń i błyskotliwego odszukiwania się fundamentów. Świadomości już wówczas wybitnej, w inteligentnej treściwie i artystycznie ciekawej formie filmowej. Mimo że wciąż obecnie jeszcze młody człowiek kopać głębiej, jeszcze emocjonalnej i dla oczu finezyjniej - udowodnił w przyszłości iż potrafi.

sobota, 28 stycznia 2023

The Death and Life of John F. Donovan (2018) - Xavier Dolan

 

Nie rozumiem wielce chłodnego przyjęcia z jakim spotkał się akurat ten film Xaviera Dolana. Rozumiem natomiast doskonale, że trudno go nazwać jednym z najlepszych jego dokonań, bo mimo w sumie nic mu nie brakuje i jest zapewne w stu procentach tym co wciąż bardzo młody reżyser w trakcie pracy chciał osiągnąć (a co po premierze i zdystansowanej ocenie promocyjnie niepotrzebnie porzucił), to wyróżnia się na tle innych jego produkcji nieco mniej intensywną aurą i zarzuconą na rzecz natłoku wątków wyrazistością oraz co zdaje się kluczem w odbiorze rozmyciem sedna, przez zbytnie poszerzenie palety kluczowych postaci. Jest też bardziej typowo hollywoodzki (nie tylko przez angielskojęzyczność i gwiazdorskie aktorskie persony) niż charakterystycznie dla jego filmów artystycznie ambitny, a mimo to zawiera większość cech do jakich Dolan przyzwyczaił swojego widza. Jest więc głęboko psychologią postaci zdominowany, opowiada między innymi o człowieku w kryzysie tożsamości, stawiającym odpór pokusom i opór światu, który nie rozumie jego inności. Poza tym od strony czysto formalnej zawiera w sobie sceny emocjonalnego wzburzenia, budowania gęstej atmosfery pomiędzy bohaterami tkwcymi w trudnych, czasem wręcz toksycznych zależnościach - a tychże geneza w relacjach rodzinnych i trudnym lub chociaż wyboistym nieco dzieciństwie. Stawia też na korzystanie z mocy muzyki, która wyzwalając się z ciszy, jak zwykle buduje podkład pod klimat lub wprost tak jak w scenach klubowych tą atmosferę kształtuje. Rytm i dynamika też od roli muzyki zależy, ale żadna z tych kwestii nie przejmuje dominacji, a jest idealną przeciwwagą dla siebie, kiedy przykładowo z rodzinnej kłótni podczas okazjonalnego spotkania przerzuceni jesteśmy w klimaty klubu, gdzie następuje upuszczenie ciśnienia podczas hucznej zabawy raczej na smutno. Bo tak przejmująca cisza jak i przeszywająca muzyka wyzwala emocje i otwiera na nie nawet najbardziej skrytych i najbardziej uzbrojonych w grubą skórę twardzieli, zatem ochoczo i jak najbardziej uzasadnienie z niej Dolan korzysta. Poza tym cały czas jedzie na wysokim emocjonalnym C, rozgrywa scenariusz na wielu poziomach międzyludzkich interakcji i zależności oraz płaszczyznach, poza tym można grymasić ale też ten obraz jest świetnie zagrany i absolutnie nie przestylizowany, a że ambitnie rozbudowany to naturalnie trzymający się kurczowo metodycznych założeń, przez co myślę że właśnie uboższy w tętno podskórnie odczuwane. Dwóch głównych bohaterów (wokół nich nieomalże galaktyki innych i liczne węzły pomiędzy nimi splątań) oraz historia ich relacji opowiedziana z perspektywy minionego czasu, a wszystko to w skomplikowanym anturażu skonstruowanym jak to u Dolana przede wszystkim z dotyczących orientacji seksualnej kontekstów. Dużo, ale czy za dużo jednak, a projekt przerósł autora i może po drodze znużył, bądź stracił autor w trakcie pracy czujność. Gdybam!

wtorek, 9 czerwca 2020

Matthias & Maxime (2019) - Xavier Dolan




Trzecia we wstępie krótka scena i natychmiast widać kogóż to film gości na ekranie. Mimo, że w najnowszej historii Dolan nie korzysta bez opamiętania z charakterystycznych dla siebie ujęć teledyskowych, to tych kilka (bardziej obficie w drugiej fazie użytych), daje jednoznacznie do zrozumienia, że wypracowana charakterystyczna maniera, określa pracę reżyserską tego wciąż jeszcze młodziana. Tak na marginesie, to rzeczywiście niesamowite, że obecnie zaledwie 31-letni reżyser dysponuje już takim bogatym dorobkiem i do tego ten dorobek tak niezwykle już charakterystyczny. Ale temat wieku, jak i niewątpliwego talentu Dolana nieraz już w refleksjach filmowych podnosiłem, więc teraz postaram się nie przeciągać, tylko przejdę, jeśli to już możliwe do sedna. Sednem najnowszego obrazy Kanadyjczyka, po raz enty relacje międzyludzkie (wplecione też płynnie te rodzinne), a dokładnie (co myślę nie zaskakuje), te które mianem kontrowersyjnych, szczególnie w społeczeństwach konserwatywnych określane. Tożsamość seksualna, związki nieheteronormatywne ubrane zostają przez Dolana w kameralnie poetycką formułę filmową o równym stężeniu pierwiastka artystycznego (obraz, muzyka), jak i błyskotliwe przekazywanej kwestii merytorycznej. Wszystko w tym obrazie wygląda wiarygodnie, a jego stronie emocjonalnej należy się bez wahania przymiotnik poruszający - mimo iż w stu procentach heteronormatywna osoba go tutaj używa. :) Bo to nie jest kwestia osobistych przekonań czy odczuć, to sprawa naturalności w przekazywaniu prawdy o indywidualnym człowieku, wciśniętym we wzorcowy wymiar funkcjonowania w społeczeństwie. Przekraczając granice dorosłości realizujemy przecież właściwy dla tradycji schemat rozwojowy (małżeństwo, kariera zawodowa), a nasze uczucia często schodzą na dalszy plan dla dobra względnie komfortowej egzystencji, innymi słowy "świętego spokoju". Przez dwie godziny projekcji, ponownie u Dolana emocje wrzeć na moment nie przestają, chociaż często głęboko one skrywane, pulsujące intensywnie pod powierzchnią i dla utrzymania napięcia oraz dynamiki opowieści, podług zasady - trzymamy się wiarygodności, więc stosujemy też ich nagłe (gdy miarka się przeleje) eksplozje. W poruszający głęboko dramat, złożony z segmentów, części które budują napięcie narracyjne i w przemyślany sposób uderzają w odpowiednie emocjonalne tony, podążając składnie w kierunku finałowego punktu kulminacyjnego i po drodze trzech, może czterech pośrednich jesteśmy przecież angażowani. Z udziałem mnóstwa ornamentów produkcyjnych, z kalejdoskopem intelektualnych dyskusji, nadpobudliwego dowcipu oraz z pięknym w tle, wzruszająco-przejmującym motywem muzycznym, bez którego skuteczne uderzanie we wspomniane uczuciowe tony było pewnie niekompletne. Tak się właśnie kręci zmysłowo marzycielskie historie miłosne w tonie subtelnego dramatyzmu, kiedy jest się Xavierem Dolanem.

czwartek, 20 kwietnia 2017

Les Amours imaginaires / Wyśnione miłości (2010) - Xavier Dolan




Napiszę w miarę krótko! Na pewno sie uda! :) Les Amours imaginaires to nie jest jeszcze poziom takich późniejszych obrazów Xaviera Dolana jak Laurence Anyways, Tom à la Ferm, czy tym bardziej moich faworytów - osobiście poruszającego Juste la fin du monde i wreszcie absolutnie fenomenalnej (po części także tematycznie mi bliskiej) Mommy. Widać wyraźnie, że autorski styl młodzieńca dopiero się kształtuje - on kombinuje i eksperymentuje, poszukuje optymalnej formuły, choć robi to jak na swój wówczas przecież niespotykanie młody wiek sprawnie i z gracją, to odrobinę jednak, co naturalne niezdecydowanie. Formalne pomysły zaczynają ewoluować, a każda kolejna produkcja Dolana w przyszłości będzie tylko udowadniała, że autorski styl dojrzewa, a sam twórca nabiera coraz większej pewności (czasem Laurence Anyways się kłania), pozwalając sobie na zbytnie rozpasanie. Tutaj ono jeszcze powściągane, mimo że jak na odrobinę ponad dziewięćdziesiąt minut seansu spora gama środków stylistycznych zostaje zastosowana. Raz króciutkie ujęcia, teledyskowy montaż, a za chwilę wyrafinowane rozbudowane kompozycje lub nerwowe zbliżenia centralnych postaci z eksponowaną mimiką i rangą wypowiadanego słowa. Muzyka ma ogromne znaczenie, swą niepoślednią rolę, pojawia się między innymi w formie standardów jej rozrywkowego oblicza (Dalida - Bang Bang) czy z drugiego bieguna klasyki w postaci powracającego w lirycznych scenach preludium do pierwszej suity wiolonczelowej Bacha. Ona wraz z obrazem konstruuje przepełnione poezją ruchu ujęcia i w subtelny aczkolwiek klarowny sposób świadomie obnaża wrażliwość emocjonalną i artystyczną Dolana. Tematem zaś przewodnim Wyśnionych miłości fascynacja i zakochanie - odrzucenie i gorzki smak porzucenia. Młody Bóg, dopiero co poznany niczym mityczny Apollo postawiony zostaje na piedestale, do którego strefy namiętności aspiruje dwójka wieloletnich już przyjaciół. Gierki w trójkącie absolutnie atypowym i jednocześnie ze wszelkimi cechami szablonowymi takiej ryzykownej zabawy z uczuciami. W pozornej symbiozie ich potrzeb główną rolę odgrywają jednak egocentryczne ambicje, zazdrość głęboko skrywana i i obawy niespełnienia - wyśnione marzenia o wyłączności i w końcu finalnie rozczarowanie wraz z konsekwencją w postaci zawiści.

środa, 22 lutego 2017

Juste la fin du monde / To tylko koniec świata (2016) - Xavier Dolan




Co tam u Dolana? Ciekawość mnie zżerała i po męczącym oczekiwaniu została wreszcie zaspokojona. Wszystko „w porządku”, znaczy dysfunkcjonalność w zainteresowaniach rządzi, czyli hmmm... rodzina, ach rodzina oraz człowiek jest złożony, a neurozy i psychozy to chleb powszedni jego codzienności. Zatem jak uznany już w reżyserskim fachu młodzieniec w tych rejonach deliberuje, to jednowymiarowo nie jest, to emocje gwarantowane i dla każdego kto bystry dyskretna harmonia, względnie głęboko zakamuflowana równowaga pomiędzy wierszami do dostrzeżenia. Temat z temperamentnym potencjałem oraz z kontrowersyjnym pierwszym planem - życie realne i z tła problemy bohaterów widzowi bliskie. Atmosfera wykreowana gęsta, w duszach postaci się gotuje i stężenie złych emocji niczym smog zatruwa płuca łaknące czystego powietrza. Masa wzajemnych pretensji relacje destabilizuje, każdy ma własne zaburzenia i przybiera nieskutecznie pozy skrywające prawdziwe ja. Frustracja i niemoc rządzi, brak prostych metod na radzenie sobie z własnymi uczuciami. Chcę ale nie potrafię! Próbuję, staram się, a wychodzi jak zawsze! Skąd to znamy, jak często we własnym życiu to przerabiamy! Z rodziną podobno najlepiej wychodzi się na zdjęciu i to jeśli ono jest odpowiednio pracowicie upozowane, taka „prawda” pospolita funkcjonuje i w zasadzie zwięźle prawdziwie oddaje istotę sprawy. Uogólnienia jednak mają jedną podstawową wadę, temat spłycają do jednego mianownika sprowadzając, a Xavier Dolan nie zwykł prostymi środkami, oczywistych prawd w przewidywalny sposób opisywać. Nawet jeśli czasami ociera się o pretensjonalność, tudzież banał to w tym przypadku stara się unikać tego rodzaju przerysowań, może jedynie dla uzyskania dynamiki przyodziewa je w szaty jaskrawe, maksymalnie ekspresyjne i dla kulminacyjnych wybuchów z racji znaczenia znamienne. Z atencją podchodzi do sprawy ekranizacji sztuki Jean-Luca Lagarce, z przenikliwego materiału wyciskając esencje i przygotowując z niej niezwykle aromatyczny napar. Bo rzadko oglądam filmy, które potrafią we mnie tak wysoki poziom identyfikacji wzbudzić i zajrzeć tak głęboko do mej jaźni, nakazując przejrzeć się w lustrze i konstruktywne, aczkolwiek bardzo bolesne wnioski wyciągnąć. Nie mam zamiaru jednak tutaj duszy obnażać, w szczegóły bardziej niż to konieczne wchodząc. Napiszę tylko, że pośród charakterystycznych dla wypracowanej dolanowskiej formuły teledyskowych odlotów, w bogactwie scen wrzących od emocji, finał mnie totalnie zdruzgotał. Zobaczyłem w nim (o zgrozo) dokładnie w reakcjach jednego z bohaterów, po części siebie, więc rozumiecie, że moja rzeczowa krytyka obrazu może być teraz wykluczona! Trudno z dystansem ocenić materię z takim impetem uderzającą w człowieka. Zresztą nie wydaje się by można jakieś zaniedbania realizacyjne Dolanowi i całej ekipie zarzucić. Nie zwykł on przecież przypadkowych ludzi dobierać i sam fuszerki odwalać. 

sobota, 16 stycznia 2016

Laurence Anyways / Na zawsze Laurence (2012) - Xavier Dolan




Już kilkukrotnie do zrozumienia dawałem, że fenomen Xaviera Dolana jest dla mnie niezwykle interesujący, a sposób realizacji jego obrazów i rodzaj narracji w nich zastosowany bardzo bliski mojej wrażliwości estetycznej. W tym miejscu jednak dorzucę łyżkę dziegciu do tej beczki miodu, bowiem mieszane uczucia mi towarzyszą bezpośrednio po konfrontacji z niemal trzygodzinnym seansem Laurence Anyways. To bezdyskusyjnie kino wyjątkowe, lecz zmuszony też jestem obok wymienienia niewątpliwych walorów charakterystycznych dla stylu Dolana wyłuszczyć kwestie nieco podważające dojrzałość tego młodzieńca. Dostrzegam bowiem w tej przebogatej emocjonalnie symfonii obrazu i dźwięku wyraźne oznaki przerostu ambicji i popadania w gwiazdorkę. Nie unika niestety Dolan kiczowatego nadęcia, jest wpatrzony w siebie i wyraźnie fragmentami przegina. Stąd podzielam opinię, iż w tym konkretnym przypadku jest tak bezgranicznie przekonany o swej wyjątkowości, iż w przesadny samozachwyt wpada. Rozumiem, że poniekąd ma do tego prawo i podstawy, lecz jednak od artysty tego formatu to wymagam więcej autodystansu. To tytułem wstępu - utrzymania odpowiedniej racjonalnej perspektywy i zachowania względnego obiektywizmu. Poniżej zaś wszystko to, co u Dolana intrygujące i przez co stawiany jest pośród największych współczesnych twórców kina. Po pierwsze muzyka, która kieruje obrazem lub też odwrotnie, nie istotne kiedy ta korelacja idealną harmonię prezentuje. Po drugie sposób kadrowania wywołujący efekt transu niczym u mistrza Kubricka, gdzie perspektywa jednego punktu hipnotyzowała. Tyle że Dolan nie ogranicza się do kopiowania legendarnych patentów, jego dosłownie ponosi wyobraźnia, bo obok wykorzystywania statycznej kamery daje jej także pełnego dynamiki kopa. Ona zasuwa w teledyskowym pędzie by po chwili płynąć w poetyckim subtelnym uniesieniu. Pomysłów zatrzęsienie, a ich realizacja na deszcz komplementów zasługująca. A dalej? Dalej to dominująca intrygująca psychologiczna maestria. Niezwykły wgląd w głąb człowieka – odzwierciedlenie spostrzeżeń nad wyraz detalicznej przenikliwości w sugestywnej i pełnej poetyckiego artyzmu formie. To mistrzowskie ujęcie relacji międzyludzkich, konstelacji wszelkich rodzajów emocji i ich natężenia. I tylko jedno irytuje i przed bezgranicznym zachwytem powstrzymuje! Brak hamulców, który pozwala na zbyt mocno popuszczone wodze megalomanii. Wbija się młodzieniec chwilami z impetem w ścianę, rozpływa w przesycie i objawy niestrawności wywołuje. 

czwartek, 8 października 2015

Mommy / Mama (2014) - Xavier Dolan




Wybitne kino, to autentyczne emocje wydobyte z perfekcyjnej symbiozy obrazu, dźwięku i treści. Przepis prosty w praktyce nader trudny do osiągnięcia, bo wprawny widz jest szczególnie uczulony na sztuczne pozy, kiedy historię prosto ze zwykłego życia ogląda. Wychwytuje sprawnie pretensjonalność w nadmiernej poetyckości zawartą, nadęcie w przeintelektualizowanej diagnozie czy nieskromność w pouczającym tonie. Tych między innymi pułapek uniknął Dolan dostarczając niezwykle dojrzałej, rozbudowanej merytorycznie i jednocześnie kameralnej formalnie opowieści z poruszającym muzycznym komentarzem. Stworzył dzieło doskonałe mając zaledwie 25 wiosen i po raz kolejny pozostawił mnie w zakłopotaniu i ekscytacji z pytaniem jak ogromny musi być jego talent, jak sprawny już warsztat i ponad standardowo złożone zdolności obserwacyjne, iż w tak młodym wieku zawstydza spore grono utytułowanych twórców kina. Ten potencjał jest niebotyczny - jakie przed nim wyjątkowe jeszcze dzieła aż trudno sobie dziś wyobrazić. Dolan statystycznie widzi więcej, perspektywę posiada szeroką, intuicję celną, warsztat biegły, artystyczną wrażliwość nieszablonową, a emocjonalność jaką na ekran przelewa jest żywa i wiarygodna. To artysta już teraz kompletny, w idealnych proporcjach wykorzystujący młodzieńczą świeżość spojrzenia i wprawę rutyniarza. Zadacie pewnie pytanie w pełni uzasadnione, czemuż to pisząc o konkretnym obrazie skupiam się przede wszystkim na lawinie komplementów w stronę jego twórcy kierowanych? Odpowiedź banalna moją pokorę wobec własnych ograniczeń podkreśla. Jestem pod tak ogromnym całościowym wrażeniem obejrzanego dzieła, jego wielowymiarowości, przenikliwości i przede wszystkim przesłania jakie niesie, iż kilkuzdaniowe opracowanie treści tej wnikliwej analizy relacji pomiędzy matką, a synem w całej złożonej konstelacji przyczyn, wpływów, impulsów jest ponad moje możliwości. Chylę zatem czoła przed Dolanem, iż spostrzega to czego zdecydowana większość widzieć nie chce lub zwyczajnie dostrzec nie potrafi, bo prymitywność zainfekowała przestrzeń publiczną proste szablony percepcji narzucając i taśmowo bezduszne egzemplarze ignorantów produkując. Dziś niestety prostactwo i radykalizm wokół króluje i z tego tronu na jaki bezczelnie się wspięły zejść zamiaru nie mają - szybko abdykacji czy detronizacji nie przewiduję. Zakładam, że takie realia utrudniają funkcjonowanie osobom podobnym Dolanowi wszak nic tak człowieka wewnętrznie nie jest w stanie rozmontować jak własna inteligencja i wrażliwość w zderzeniu z arogancją i tępotą umysłową otoczenia. Wentylem bezpieczeństwa dystans wypracowany i ironia wrodzona, czego życzę lub może życzyć już nie muszę - one przecież wyłącznie walorami wartościowych osobowości, a taką przez pryzmat filmów u Dolana widzę. Stąd uznanie moje wobec dokonań tego młodziana podkreślam i baczne przyglądanie się jego dalszej działalności artystycznej deklaruje, a każdemu kto jest w stanie usunąć klapki ze swoich oczu seans z Mommy polecam. 

P.S. 1 Tylko na cholerę taki format obrazu z takim pytaniem w ten kwadracik na ekranie się wpatrywałem - do momentu kiedy wszystko stało się jasne, sugestywny to zaprawdę był manewr. 


P.S. 2 I czy tylko ja widzę tu Kevina McCallistera? ;)

wtorek, 10 lutego 2015

Tom à la Ferme / Tom (2013) - Xavier Dolan




Tom à la Ferme, czyli dojrzałe i wymagające kino od młodzieńca z rocznika 89. Takie stwierdzenie samo w sobie może być sprzeczne, gdyż rzecz jasna trudno, by zaledwie dwudziestokilkuletni gówniarz jakąkolwiek dojrzałością mógł się wykazać. W tym przypadku jednak stereotyp pada, gdyż Xavier Dolan jak donoszą źródła już po raz kolejny udowodnia, że czym jak czym, ale przenikliwością w spojrzeniu na rzeczywistość, to potrafi zadziwić. Akurat dla mnie Tom to pierwszy kontakt z twórczością Dolana, więc jedynie na branżowych opiniach mogę się opierać. Nie protestuje i nie podważam jednako tych pochwał wobec jego produkcji, bo Tom w moich oczach tylko potwierdza pochlebną opinię jaką Dolan tak szybko zbudował sobie w światku filmowym. To „złote dziecko” kina kanadyjskiego ma smykałkę do konstruowania ciekawych relacji między bohaterami, kreowania pulsującego napięcia, niepokojącego klimatu w subtelnej, kameralnej oprawie. Pełno w fabule krótkiej historii nawiedzenia wiochy przez „chłopca z włosami w kolorze kukurydzy” dyskretnych sugestii i głębokiego wglądu w psychikę postaci. Ponadto sporo w Dolanie odwagi, by szczególnie trudny temat podejmować, który z pewnością skrywanemu prawoskrętnemu gejostwu ością w gardle staje, ale to przecież problem tych wszystkich homofobów z homoseksualnymi skłonnościami. Oni zapewne w tym obrazie jedynie kwestie orientacji płciowej wychwycą, na niej się skupią i z deklarowanym wszem i wobec obrzydzeniem, jako wynaturzenie opiszą. Nie zauważą przecież w tej opowieści natłoku detali, subtelnych aluzji, które obnażają hipokryzję konserwatywnej prowincji. Nie dla nich głęboko pod zasłoną kontrowersji ukryte skomplikowane relacje matki z synami, czy prawdziwe poczucie pustki po stracie najbliższej osoby. Przecież każdy zdrowy osobnik wyraźnie widzi, że ten wątły zboczeniec „pedalstwo” promuje.

Drukuj