Entuzjastą The Black Keys się nie ma mowy, nie nazwę - do Pana fana mi daleko, a moje zainteresowanie tym co od najbardziej chyba współcześnie rozpoznawalnego bluesowo-rockowego duetu w bardziej mainstreamowym wciąż, niż w typowo zawiaso rockowych pasjonatów światku radiowym lata, związane jest z wciąż ciekawiącym mnie pytaniem - dlaczego nie przykładowo The Blue Stones, The Black Pistols czy najbliższy popularnością bohaterów tematu Royal Blood, sobie na miejsce w zamian na stylistycznym szczycie zasłużyli. Dlatego lukam czasem w dyskografię typów z Ohio i sobie próbuje na kluczowe, wciąż bez innego pomysłu prócz "że fart, że odpowiedni moment, że promocja i że po prostu wtedy akurat AMERYKA". Tak tak, to te powody są nadrzędne i decydujące i nie mam pretensji, iż moi wymienieni na dwóch pierwszych pozycjach faworyci nie docierają aż tak daleka jak TBK, bo przykładowo rozumiem jak fajnie można sobie posłuchać w gablocie Dropout Boogie, który jak dla mnie, czyli raczej mało oplecionego ich mackami gościa brzmi przyjemnie bujająco. Wyobrażam sobie i nie jest mi trudno zamykając ślepia znaleźć się na Ameryki południu, czy na wschodnim wybrzeżu i w jakimś wypasionym klasycznym Cadillacu sunąc z akompaniamentem przebojów, które co uważam za zaletę nie zalały tak zamaszyście fal eteru jak innym się zdarzyło. To sprawia, iż krążek z 2022 odkrywany co czas jakiś nie ma możliwości aby się szybko znudził, tym bardziej że jak na moje ucho i porównując do tego co znam z ich dyskografii te kawałki kapitalnie łączą fajnego, swobodnego rocka, rock'n'rolla z bluesem (patrz przeDOBRY Good Love), jak i nawiązują z lekkością do soulowej zwiewności (How Long) - a to chyba numery najbardziej skrajne pośród tutaj zaproponowanych. Poza tym między nimi odnajduję wpływy country rocka (Burn the Damn Thing Down) i rzecz jasna cała paletę inspiracyjną z beztrosko kolorowego przełomu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Może jakby pokręcić trochę nosem pod koniec płyta się rozmywa i siada nieco, ale to nie powoduje, iż nie napiszę że jej nie darzę sympatią. Dziękując oczywiście za uwagę.
sobota, 25 kwietnia 2026
czwartek, 19 września 2024
The Black Keys - Ohio Players (2024)
The Black Keys zawsze byli radio friendly, ale z tego co jako fan umiarkowany na ich płytach dosłyszałem, potencjał hiciarski często ograniczał się jednak do raczej kilku numerów, a często pośród indeksów znajdował się jeden tylko, który potrafił zawojować listy przebojów z intensywnością najwyższą. Powyższa uwaga w największym stopniu uzasadniona, bowiem najnowszy ich krążek może pochwalić się tak numerem bardzo mocno wypromowanym - Beautiful People (Stay High) - ale też nie mam odrobiny wątpliwości, iż dla odmiany (i to jest nowość) około dziesiątka z kawałków dałaby sobie radę w radiowych ramówkach, gdyby one oczywiście bardziej otworzyły swe podwoje na przebojowego piosenkowego pół bluesa, ćwierć soulu, ćwierć indie rocka. Nie twierdzę jednocześnie, iż Ohio Players jest mega łatwym do odtworzenia, nastawionym wyłącznie na chwytliwość albumem, bowiem tylko kompletny ignorant nie doceni tak bogactwa zagospodarowanych wypływów stylistycznych (bardzo bardzo na tak raperskie akcje i nawiązania do nuty z filmowej pulpy), jak i wysokich lotów umiejętności tak aranżerskich oraz warsztatowych duetu z Akron-Ohio. Najistotniejszym przecież walorem Ohio Players zdaje się być kapitalne wyczucie tematu, w sensie też groove oparty na świetnie nabijanym rytmie i zostających ze słuchaczem, tudzież zachęcających jego do bioderkami pogibania. :) The Black Keys zawsze był taneczny, ale z tego co jako fan umiarkowany na ich płytach dosłyszałem, potencjał do beztroskiego pobujania ograniczał się jednak do raczej kilku numerów, a często pośród indeksów znajdował się jeden tylko, który potrafił porywać do tanecznego szaleństwa z intensywnością najwyższą. :) Apeluję aby czytając te wypocinki mocno brać sobie do serduszka frazę "jako fan umiarkowany", bowiem nie jest to z pewnością odczucie fanboy'a. Ja pomimo że Ohio wychwalam, to i tak ponad The Black Keys wciąż wyżej cenię ich mniej znanych północnoamerykańskich ziomali z Kanady. Dla niewtajemniczonych, na myśli mam The Blue Stones - duet z Ontario.
poniedziałek, 15 kwietnia 2024
The Black Keys - El Camino (2011)
Jeśli krążek otwierany jest największym z niego przebojem i zespół w znacznej mierze bywa przez jego pryzmat rozpoznawalny, to on staje się dla mniej wkręconego w temat słuchacza równoznaczny niemu samemu, a co myślę po osłuchaniu się bezwzględnego w towarzystwie dominatora, przekłada się na obniżanie jego jako albumu wartości. Uważam iż El Camino to typowy przykład takiej sytuacji, bo jak nie najbardziej Lonely Boy jest jednym z mega megaśnych hiciorów duetu i tak potrafi zapewne stać się magnesem dla ciekawskich, który zmotywuje do poznania całości El Camino, bądź tych co kochają numery wyraziste, ale szybko one poprzez atak chwytliwości się im nazbyt osłuchują, od długograja odepchną. Jako typ co w The Black Keys fajny potencjał i jego realizacje dostrzega, ale też poznał (bo szukał) podobne grupy, które pomimo braku większej od chłopaków z Akron rozpoznawalności, bardziej mu imponują uznaję, iż (uwaga niespodzianka, chyba niezbyt niespodziewana :)) nie należę do żadnego z określonych teoretycznie obozów, a patrzę na El Camino na przykład jako na materiał chyba po wykasowaniu z indeksów, od rzeczonego hiciora osobny. W moim przekonaniu zawartość osierocona zmienia sposób spostrzegania El Camino zdecydowanie i przede wszystkim przestaje patrzeć na niego z pretensjami, że jak porywa z początku do tańca, tak dalej ten rytmiczny taneczny flow zostaje NIEMAL kompletnie zarzucony na korzyść nuty z zapyziałego nowoorleańskiego czy nawet teksańskiego (nie potrafię odmienić ohajowskiego) klubu, czyli grania dla amatorów spożywania oczywistego trunku przy opanowanym przez różny element ludzki barze. To czystej krwi blues zmieszany z rock'n'rollem i puszczony też być może w radośnie nostalgiczny (jak cały ten nurt) trip po starych amerykańskich drogach południa, więc i zdatny równie do na żywca smakowania w okolicznościach klubowych, jak i podczas długich podróży bez bardzo konkretnego celu. Ja nie widziałem The Black Keys dotychczas jeszcze w klubowych warunkach w akcji, a tym bardziej w barze mi do wciągania kolejnych kolejek nie akompaniowali, ale El Camino lubi sobie u mnie w wozie pośmigać, kiedy nie tylko włóczę się bez celu - co zdarza się akurat ekstremalnie rzadko, bo dbałość o ekologię i zasobność portfela chyba jeszcze bardziej.


