Tak sobie niegdyś przypuszczałem, może zakładałem, że poniżej Eternal Kingdom w dyskografię Cult of Luna się nie zapuszczę, gdyż miałem przeświadczenie, iż im bliżej współczesności nuta Szwedów bardziej przystępną się stawała, a to co u zarania, bądź około zarania powstawało przez trudność elementarną ambicjonalnie trudnego materiału tworzenia mnie nie zasyśnie. Jaki człowiek bywa czasem niemądry (mam teraz takich kierunkowych myśli pulsowanie), gdy czwarty studyjny album post-sludge metalowców z Umeå mózg mój słońcem podmęczony świdruje, że sobie tak bez większej wiedzy spekuluje i nie bierze pod uwagę gdybania elementarnego, że jak nie sprawdzisz to się nie przekonasz i jest ryzyko, iż stracisz sporo emocji wysokiego stężenia do przeżycia. Ja wiem to teraz dobitnie, wcześniej rzecz jasna miałem świadomość że takie historie jak opisywana się zdarzają - nie można ich wykluczyć. Daje tym samym do zrozumienia, że w tym momencie to co się kręci, to mnie bardziej nakręca niż to co znam już z Eternal Kingdom i nie będę ukrywał, iż cieszy mnie to gigantycznie. Początek krążka trafia do mnie prosto i bezpośrednio, a przecież nie jest z rodzaju banalnej nuty przebojowej, tylko wymagającego wysokiego skupienia stuffu, poniekąd głowę gnębiącego. Atmosferycznym, progresywnym i ciężkim graniem to co słyszę obiektywnie nazywam, a subiektywnie dodam, iż ono posiada tak doskonały szlif melodyki do zgłębiania, że nic tylko się zapadać i zapadać pierwotnie wciąż i wciąż i wtórnie nadal i nadal. Wraz z jako czwarty zaindeksowanym And With Her Came The Birds przychodzi jednak lekka konsternacja, ale to efekt szybko przemijający, bowiem takie półakustyczne smęcenie idealnie równoważy moc gitarowej ściany większości numerów i dodaje płycie pożądanej dramaturgii. Jest tutaj jej sznyt i przede wszystkim hipnozy klimat, najbardziej prawdopodobnie w tężejąco uspokajającym i co jakiś czas rozmywającym się Thirtyfour dziesięciominutowym. Ponowne zaskoczenie przychodzi wraz z Dim - przez te przez większość czasu bardziej post rockowo niż post metalowo brzmiące motywy. Kiedy na finał tak słucham/wciągam zamykający album kolejny kolos, to chyba już w półsenności, półpłynności pomiędzy jawą i snem lewitując, uśmiecham się do siebie wymownie i błogo - szepcąc coś z głębi jaźni o nieprzewidywalności procesu rozwoju Cult of Luna i samokrytycznie o nietrafionej intuicji na sto procent wobec Somewhere Along the Highway. Albowiem nie przypuszczałem absolutnie iż ten materiał wyrośnie na mojego faworyta w dyskografii Szwedów - tuż po A Dawn to Fear, przepychając/rozpychając się na drugim stopniu pudła z zupełnie jak czuję innym w szczegółach (doskonałym, ale innym) Vertikal.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cult of Luna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cult of Luna. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 7 sierpnia 2025
wtorek, 22 lutego 2022
Cult of Luna - The Long Road North (2022)
Załoganci Cult of Luna wytaczają tą swoją potężną kolumbrynę i ładują z niej swym charakterystycznym ołowianym brzmieniem, które wypełnia rozległą przestrzeń od zmasowanego gitarowego ataku, po wręcz ambientową zadumę. Raz w epicentrum erupcja dźwiękowej magmy, a po chwili zawieszenie akcji, które na szczęście unika skojarzeń z mieliznami. Wszystkie stosowane zabiegi akustyczne pozostawiają smugi szumu w uszach i nie powodują wytracenia transowego pędu, bowiem pomimo sporej dawki melodii wciąż dronujący (barwa, harmonia) charakter post metalu Cult of Luna, to też zniuansowana psychodelią i czystą muzyką ilustracyjną, tężejąca by zawsze eksplodować forma. Mówię tu o tym, że kompozycje Szwedów donikąd to absolutnie nie płyną, poprzez co pomimo gigantycznych rozmiarów czasowych The Long Road North nie nuży. Jako od względnie niedawna oddany fan ich szczególnie z ostatnich lat twórczości, mam wrażenie iż po raz kolejny nie zrewidowali swojego dotychczasowego stylu. Nie spodziewając się aby miało mieć to akurat na bieżącym albumie miejsce, trochę się sobie dziwie, iż instrumentalne pejzaże dopełniane desperackim rykiem, akurat w tym przypadku jeszcze mnie tak zahipnotyzować nie zdążyły, jak to miało miejsce podczas kontaktu z poprzednim materiałem. Daję oczywiście nowości czas na to, by więź zacieśnić i myślę, że dostrzegając z każdym następnym odsłuchem wyraźniejsze łączniki tematyczne między kompozycjami oraz punkty styczne z formą jaka na szczególnie dwóch bezpośrednio poprzedzających The Long Road North długograjach osiągnięta, kwestią najbliższego czasu będzie pełne zrozumienie tego dźwiękowego wyzwania. Hermetyczny styl Cult of Luna wymaga odpowiedniego skupienia i okoliczności, a wreszcie właśnie okresu adaptacyjnego, więc nie marudzę. Poza tym jeśli idzie się do lasu, to nie po to by narzekać, że drzewa są zielone, ale apeluję o więcej takiego odświeżającego pomysłu jak w cudownym Beyond I.
środa, 17 listopada 2021
Cult of Luna - Eternal Kingdom (2008)
Kiedy w roku 2008 na swojej drodze na Eternal Kingdom natrafiłem, to wówczas skuszony grafiką z koperty, absolutnie nie byłem przygotowany na takąż (jak się okazało) maksymalnie ponurą dawkę tortur psychicznych, jaka wewnątrz albumu się czaiła. I nie mam na myśli jakiejś ekstremalnej prędkości, a naturalnie wręcz jej totalny brak, bowiem Eternal Kingdom to dźwiękowy obłęd, jednakże pochodzący z miażdżącej porcji przybijającego postrocka o sludge'owych inklinacjach. Po dwóch podejściach wówczas ręcznik rzuciłem i skryłem się w sobie uznając, iż OK - nie ma takiej konieczności by się krzywdzić. Okładka świetna, ale zawartość cd nie dla mnie, albowiem za wolno, za długo - za mało, ojoj atrakcyjnie. :) Minąć musiały lata aby Szwedzi ponownie znaleźli się w orbicie mojego zainteresowania i to już chyba ostatecznie na dłużej, nie tylko ze względu na graficzną oprawę, ale także samą właściwą dźwiękową materię. Dopiero ostatnio tj. na wysokości A Dawn to Fear nastąpił przełom i coś między mną, a ich pracą zaskoczyło - prowadząc prosto do rozpoznania na nowo zarówno Vertikal, jak i własnie Eternal Kingdom. Obie płyty się zakręciły i jak w kwestii Vertikal, podobnie jak z A Dawn to Fear natychmiast zatrybiło, to obiekt powyżej i poniżej teraz poddawany refleksji, dosłownie wciąż stanowi tajemnicę poznawczą, a ja pomimo porażek i cierpień nie poddaje się i wciąż od czasu do czasu staram się wytrwale jądra tej ciemności dotknąć - tak, aby je zrozumieć, przyswoić i od niego, kiedy przyjdzie ta optymalna pora się uzależnić. Bo też potrzeba specyficznego nastroju, jak i hartu ducha ogromnego, aby powoli rozdrapywać ten mur i uważać, by przy okazji niebezpieczna zawartość dźwiękowa człowieka zbytnio nie skrzywdziła. Jej oddziaływanie na psychikę bezpośrednie i podstępne jednocześnie - grubo ponad godzinne jednostajne mielenie, z tępą rytmiką i osadzonymi nisko riffami oraz wisielczym rykiem mocno nieobliczalne dla stanu emocjonalnego słuchacza. Sęk w tym, że przed tym bólem nie ucieknę - jeśli to uczynię, to okradnę się z szansy obcowania z wymiarem przeklętym, ale i niesamowicie hipnotyzująco-intrygującym. Póki co wciąż łatwo nie jest i bliżej mi wciąż do dwóch ostatnich Cult of Luna albumów, więc jak pojawię się zgodnie z planem już za trzy miesiące w mroźny wieczór w krakowskim Klubie Studio, to na dzień dzisiejszy będę sobie więcej materiału z tych ulubionych, niż tego wciąż problemy sprawiającego życzył. Chyba że się dodrapie. :)
poniedziałek, 9 marca 2020
Cult of Luna - Vertikal (2013)
Twórczość Cult of Luna okazała się w moim przypadku bombą z bardzo opóźnionym zapłonem i w dodatku jak na razie o mocno ograniczonym zasięgu - bo zaledwie do dwóch ostatnich krążków. Zainspirowany niegdyś do dziewiczych odsłuchów za sprawą Eternal Kingdom, mimo że w pewnym sensie zdołałem unieść zarówno ciężar jak i rozmiary wspomnianego wydawnictwa, dokonując przecież kilkukrotnie niemal sadystycznego gwałtu na moim ośrodku słuchu, to "suma sum" potwornie jednowymiarowa porcja dźwięków nie zdążyła zagnieździć się w mojej świadomości, jako materiał w całości zrozumiały i intensywnie motywujący do rozpoznania tak przeszłości, jak i obserwacji przyszłego rozwoju grupy. Dowodem na to drugie fakt, że kiedy po pięciu latach pojawił się Vertikal, to nawet nie pokusiłem się o sprawdzenie jak on smakuje. Mój błąd, mój bardzo wielki błąd! Stąd teraz wściekły na siebie, ze wstydem wypłacam sobie dla otrzeźwienia i wytężenia zmysłów symbolicznego plaskacza, co by na przyszłość być nieco bardziej uważny, w większym stopniu cierpliwy i ogólnie w kwestii oceny tego czego nie rozumiem zdecydowanie mniejszym ignorantem. ;) Szczęśliwie z mylnego przeświadczenia wybudził mnie A Dawn to Fear i jak to najczęściej bywa zbieg okoliczności nazywany przypadkiem, kiedy to wpadłem mechanicznie, raz na jedną z kompozycji z powyższego, dwa natychmiast po odsłuchu na liczne rekomendacje najnowszej roboty Szwedów. Idąc od dwóch, może już trzech miesięcy szlakiem rozpoznawania zarówno ubiegłorocznego albumu jak i właśnie Vertikal, mimo iż nadal staram się zgłębiać jego treść, nie będąc w dodatku jak zdążyłem nadmienić ekspertem w temacie całkiem już obfitej dyskografii grupy, ośmielę się korzystając z zaczerpniętej wiedzy, wraz z nabytą praktyką odsłuchową na poczet maksymalnie subiektywnego bloga, kilka krótkich zdań o albumie sprzed siedmiu lat skonstruować. Wieloletni admiratorzy talentu muzyków Cult of Luna (pozwolę sobie ich na potrzeby powstającego tekstu nazwać fanami), jednomyślnie donoszą, iż Vertikal nie był/nie jest przełomem na miarę gatunku, ale w mikrokosmosie grupy miał znaczenie doniosłe, bowiem dzięki niemu ekipa pochodząca z Umeå, po pierwsze znalazła swój własny charakter zrzucając krępującą etykietę dziecka Neurosis i biorąc pod uwagę wiek, brata bliźniaka Isis, jak i po wtóre wspięła się jakościowo na sam szczyt, gdzie dzięki Dawn of Fear nadal dumnie trwa. Nowe to było i na miarę ich historii bezprecedensowe otwarcie, konceptualnie oparte na kanwie Metropolis Fritza Langa, stąd szereg w necie obrazków bardziej lub mniej oficjalnie korzystających z dzieła jednego z najwybitniejszych niemieckich ekspresjonistów w rodzącym się wówczas kinie. Wyraźnie odświeżona formuła, lecz wciąż monolityczna orientacja nie przeszkadzała w zbudowaniu kapitalnej dramaturgii, bowiem punktów kulminacyjnych na drodze rozbudowanych kompozycji spora ilość, przez co opasła wymagająca muzyka, nie przeszkadza w odczuwaniu ustawicznego zainteresowania i przyjemności z obcowania z jej właściwościami. Hipnotyzujący transowy wymiar, posępny klimat i przygniatający do gleby ciężar urozmaicony został plemienną rytmiką i licznymi syntezatorowymi plamami, kojarzonymi wprost z ejtisową zimną falą. Obfita porcja rozkosznej hipnozy, której urok najdosadniej odczuwalny po zmroku, na mocno podkręconym potencjometrze w słuchawkach - podczas ucieczki przed tym co za mną, tym co przede mną, tym co tu i teraz, jest od kilkudziesięciu dni już ze mną na stałe.
sobota, 11 stycznia 2020
Cult of Luna - A Dawn to Fear (2019)
Ostatnio takie "histeryczno-dramatyczne" dźwięki wyrosłe wprost z inspiracji Neurosis i Isis, wkręciły się w moją świadomość równie intensywnie za czasów Affliction XXIX II MXMVI - umieszczając tym sposobem Blindead pośród czołówki grup, których zainteresowanie do dzisiaj we mnie kwitnie. Mam obecnie bliźniacze odczucie bazujące na głębokim przeświadczeniu, iż proces ten powtarza się w skali 1:1 w przypadku Cult of Luna i dostarcza mi przeżycia o równie silnym pierwiastku zaangażowania, przypominając wszystkie kolejne etapy jakie wówczas w odkrywaniu muzyki polskich sludge-postrockowców przechodziłem. Co prawda pomiędzy czasem poznawania Blindead, a dzisiejszymi narodzinami fascynacji Cult of Luna pojawiały się pojedyncze krążki z tej gatunkowej niszy, które niejednorazowo przyciągały moją uwagę i "odbierały" na co najmniej 80 minut ochotę do życia, ale nie były to akurat (co cholernie zaskakuje) albumy z wyżej i poniżej opisywanych. Zapewne fundament owej niezrozumiałej sytuacji tkwi w tym, że to co akurat szczątkowo wyłącznie przerobiłem, a pochodziło od Szwedów nie posiadało dla efektywności odbioru tak "niskiego punktu wejścia", innymi słowy od startu nie chwytało, a mnie cierpliwości lub prozaicznie czasu na pogłębioną znajomość brakowało. A Dawn To Fear zmienia dotychczasowy ogląd dźwiękowej rzeczywistości CoL radykalnie, a newralgiczną podwaliną dla niego zdaje się być właśnie z miejsca zasysający potencjał melodyczny najnowszego krążka. Ponadto jak doczytałem w wywiadzie z liderem formacji, kluczem do obecnej jakości i wartości muzyki Szwedów stała się wypracowywana konsekwentnie pewność siebie jej kreatorów, potwierdzana budującymi komunikatami zwrotnymi ze strony zawodowej krytyki oraz coraz liczniejszej grupy fanów. Dzięki niej bardziej płynnie przekazywane zostają zawarte w muzyce niebanalne emocje, coraz więcej w niej ekscytujących właściwości nadawanych melodyce, a jej potencjał ilustracyjny z większą sugestywnością przenika słuchacza. Odzwierciedla się to w pięknie rozwijanych przez wiele ekscytujących minut wyrazistych tematach przewodnich, bez często zaburzającego dynamikę strumienia świadomości mechanicznego dopieszczania detali, koncentrując się na kreowaniu hipnotyzującej atmosfery kruszącej mury i poruszającej serca zdecydowanymi ruchami. Powstała tym samym płyta monolit jest niezwykle obfita w fascynujące dźwięki, a jej kolosalna przecież długość w żadnym stopniu nie budzi przesytu, a tym bardziej nie nudzi. Ja przynajmniej z każdym kolejnym odsłuchem chcę jej więcej, pragnę bardziej powracać do tego doskonałego intymnego doznania.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



