Czasy odległe, wspomnienia wciąż całkiem jednak wydają się świeże - im człek starszy tym bardziej sentymentalny i tym silniej w pamięci odtwarza wydarzenia dawne, niż te sprzed dnia bieżące. :) Pamiętam zatem taśmę z Morbid Noizz nabytą, w okresie gdy wraz z fascynacją trendowym wówczas gotyckim metalem (spora grupa mogłaby logotypów zostać wymieniona), miałem czas na (i wciąż bardzo do dzisiaj lubię) death'n'rolla, zrodzonego myślę najtrafniej oceniając po przejściu Entombed na stronę miast dalszej, przemocowej dla uszu wręcz agresji, to brudu garażowego. Czasy wpierw Wolverine Blues, potem bardziej punkowej jego następczyni, a wreszcie ówcześnie raczej wyklętej, a dzisiaj mocno trzymającej poziom kultu względnego, bo docenionej (ja zawsze byłem na tak) Same Difference. Okres też gdy w death metalu z groove'm wysuniętym spróbowali się w nomen omen łabędzim śpiewie Carcass, a autor tego tekstu zamiast kultem coraz większym otaczać takich chwytliwych łomotaczy jak Obituary czy Bolt Thrower, częściej na uszy zarzucał wtedy w najwyższej formie, a dziś lubiany lecz bez statusu jednak legendy szczekliwy, łysymi baniami się wyróżniający Pro-Pain. W powyżej minimalistycznie opisanych okolicznościach trafić musiałem na Erase, bo raz info że z europejskiego tytana deathu Gorefest ewoluuje, bądź jak kto bardziej radykalnie konserwatywny woli deewoluuje, w kierunku domieszki wyraźniejszej przebojowości. Dwa natomiast, sytuacja w jakiej gardłowy Gorefest był określany najbardziej nisko brzmiącym wokalistą na scenie - nie było stąd opcji aby Gorefest zlać i nie odtworzyć z zakupionej za ciężkie grosze licencyjnej taśmy magnetofonowej. Werdykt wtedy nie był jakiś wyjątkowo euforyczny i też Holendrzy nigdy u mnie nie dołączyli do ścisłej czołówki, a fakt że postukać o nich ochoty tutaj nabrałem, wiąże się poczuciem że mimo iż ołtarzyka im nie budowałem, to zasługują na miejsce na blogasku. Ponadto jak wyrzuciłem z łba przekonanie o Spheres Zarazy/Epidemii, to powiązanie pochodzenia zaraz przypominało o mniej finezyjnych obywatelach Królestwa Niderlandów. Znacząco bardziej topornych i z tego powodu znacząco mniej dla mnie ważnych, bowiem jakby się na poziomie pierwotnym (machanie łbem) na nich nie móc zawieść, tak już te pomysły to raczej kwadratowe aranżacje, groove jednak bez cech zachęcających do bujania (co innego Entombed!) i numery po prostu miałkie, bo żeby ich melodyka za człowiekiem łaziła to nie nie - co innego Bolt Thrower i Obituary, a przede wszystkim z płyt najtisowych Pro-Pain :). Przyczyna jednak elementarnie pierwszoplanowa, iż z czasem Gorefest skleił mi się ze statusem podobnym tego, na jakim Six Feet Under u mnie ugrzęźli, że tak robili coś fajnie i na starcie mogli podać sobie łapy z Obituary, ale im dalej tym wartość muzyczna mistrzów i kopiarzy się rozjechała. Gorefest w sumie położył się u mnie plackiem jeszcze niżej, gdyż w sumie nigdy do pięt nie dorastali takim mocarzom jak podkreślany tutaj na każdym kroku ENTOMBED! W ch** taka brutal prawda.
sobota, 5 września 2026
czwartek, 3 września 2026
Pestilence - Spheres (1993)
Rok 93 dla death metalu był okresem niezwykle ciekawym, gdy tak już od kilku albumów grający, jak i Ci którzy w różnych konstelacjach osobowych, a znani w środowisku zaczęli ostro w gatunku dziwaczyć - mam na myśli takie pierwsze z brzegu ekipy jak przykładowo Atheist czy Cynic. Zakładam iż dla starych wyjadaczy w death metalowym uniwersum, żadna z tych płyt, mimo że oczywiście mega oryginalnych, nie była takim nowym zjawiskiem jak Nocturnusa The Key z roku 90-ego, więc nie trudno nie zgodzić się ze stwierdzeniem, iż tak eksperymentowanie, ale jednak trendowe, przez ekipę Mike'a Browninga mniej bezpośrednio czy bardziej pośrednio zainspirowane. Pestilence to wówczas był zdecydowanie w stawce jaka mocno w rejony umownie quasi "jazzujące" odjeżdżała, najbardziej z dorobkiem i wysokim statusem prócz Schuldinera Death'u doświadczona formacja. Zanim dotarli do momentu jaki okazał się dla nich ścianą (albo płytą na długo nagrobną), trzy wcześniej longi nagrali i one swoją rolę znaczącą na scenie odegrały. Jednak Spheres przy nich była tą najbardziej intrygującą i budzącą kontrowersję i tutaj rzecz jasna najintensywniej dla siebie nowych terenów poszukiwali (patrz taką bez wioseł miniarkę jak Aurian Eyses, czy miniaturki z wiosłami - Voices From Within/Phileas), ale i oczywiście każdy indeks z Spheres - hybrydowy i wyrafinowany pozostawał. Mnóstwo w nich ekscytujących tak pojedynków, jak i współdziałań instrumentalnych w pozornym chaosie aranżacyjnym, z którego większa ilość przesłuchań wyciska naturalne harmonie skryte za agresją i pozorną kakofonią. Nie jest to mimo wszystko jakaś cholernie skomplikowana faktura, bowiem brutalność często ustępuje po prostu miejsca finezji, a w Personal Energy, to nie mamy wręcz do czynienia z nawet śladową ilością archetypicznych cech śmierć metalu, a czymś w rodzaju powiązania nutek w progresywne fusion. Inaczej pisząc wygibasy, lecz nie skupione na prędkości czy ciężkości, tylko na interesujących frazach tworzących całkiem przejrzystą kompozycję. Natomiast w opozycji do wymienionych stoi reszta numerów, jakie na różnych poziomach natężenia serwują jednak szczególnie dla niewprawnego jeszcze metala, wyszczekaną mielonkę - pierwotnie mało może składną, ale finalnie kreującą bardzo uporządkowanych dźwiękowy wszechświat. Wracając do wstępu i wymieniając największych tego okresu, żadna z tych grup pomimo zbieżności czasu w jakim poszła w kierunku ekscentryzmu, nie może być pomylona z inną. Niby wszyscy uderzyli w podobną estetykę, ale w nacechowany po swojemu sposób. Dla Pestilence syntezatory były odkryciem, dla kogoś innego rozimprowizowane figury basowe czy tkanki pochodzące z flamenco. I bardzo dla eklektycznych ewolucji było to okej. :)
poniedziałek, 31 sierpnia 2026
Phoebe Bridgers - Lost Weekend (2026)
Ja o tej Pani niemal całkiem zdążyłem zapomnieć, a powodem częściowo sześcioletnia przerwa studyjna i estetyka w jakiej tworzy. To w sumie rzadka sytuacja, iż pomiędzy stuffem codziennym sięgnę po folkowo-indie rockowe ballady, jakie z równą swobodą można wspólnie pośpiewać przy ognisku w towarzystwie miłośników amerykańskiego folk rocka sprzed ponad pół wieku, jak i studyjnie interesująco bogato zaaranżować, by wówczas trudno było ponad kręgosłup akustyczny ponucić co tam w kompozycjach na przestrzeni czasu się wydarza. Nie mówię rzecz jasna o komplikowaniu matematycznym struktur, tylko doskonałym wyczuciu muzycznej faktury i podpieraniu się subtelnymi, lecz też zaawansowanymi aranżacyjnie pomysłami. Dlatego nawet jeśli na codzień nie korzystam obficie, to odtrutkę taką na wszechobecną tandetę plastikową amerykańską szanuję, a tym bardziej gdy w artystce drzemie równoczesnie pięknie wybudzany kiedy trzeba talent do pisania rzeczy najzwyczajniej emocjonalnie ekscytujących. Bez silenia się na przebojowość, tylko wydobywanie jej przy okazji z głębi kompozycyjnej erudycji, aby nie przejmowała nad nią dominacji, a urokliwie imponująco wraz z innymi elementami składowymi dopełniała się dla dobra siły oddziaływania efektu finalnego. To artystyczna jest emanacja dojrzałości i wrażliwości w kontekście tak muzyki jak i liryków, jakie opowiadając z autentyzmem po swojemu, odnoszą się poniekąd do "filmu Stracony weekend i 18-miesięcznego romansu Lennona podczas związku z Yoko Ono" - prawda że mało nijako? :) Do niego (film i separację w związku celebrytów mam na myśli) i własnych Phoebe przeżyć z ostatnich lat, w których sporo się działo i niekoniecznie dobrze, jakby marzyło sfinalizowało, bo jeśli ubrać ciuszki śledczego z Pudelka czy innego takiego, to chyba związek Phoebe z Paulem Mescalem w międzyczasie się rozpadł i w umyśle i wrażliwości artystki naturalnie potrzeba było, przez filtr strat i bólu go przesączyć, aby się samemu nieco "poterapetyzować" - co introwertycznie tutaj, już z perspektywy nowej relacji partnerskiej czyni. W jednym zdaniu podsumowując, Lost Weekend ma prawo dotrzeć do serca fanów dość różnych stylistyk dźwiękowych, bowiem gdy do mnie dociera, a aj podkreślam iż neo folkowo nie jestem ukierunkowany, to znak że moc tego albumu drzemie głębiej niż jego gatunkowa przynależności. Stąd polecam szeroko.
sobota, 29 sierpnia 2026
Chelsea Wolfe - The Dark (2026)
Niemal błyskawicznie Chelsea pojawia się z nowym albumem, bowiem w cyklu wydawniczym dwa lata to dość krótki okres pomiędzy nowymi studyjnymi materiałami. Wbija mroczna "księżniczka" raczej znienacka - ja przynajmniej odnotowałem zapowiedzi longa niedługo przed samą premierą, a ja lubię kiedy ten czas jest maksymalnie zawężony, choć (na marginesuie dodam) niespodzianki o wrzuceniu płyty z dnia na dzień nie są najlepszym pomysłem, bo przecież chwilę trzeba się nacieszyć ekscytacją wyczekiwania. :) To powyżej jedno, drugie bardziej istotne naturalnie odniesie się do pierwszych wrażeń odsłuchowych, a tutaj mamy lekki dysonasik, bowiem jeśli krążek tytułowany jest The Dark, a brzmi znacznie mniej przygnębiająco od każdego poprzedniego, to można pomyśleć iż autorka jest przekorna. Nawet gdyby poczucie obcowania ze sztuką bardziej przystępną, a mianowicie lżejszą brzmieniowo i o sile chwytliwości piosenkowej większej się subiektywnie przebijało nieco zwodniczo, to akurat pewność moja mocno argumentowana w kwestii zwiększonej dynamiki kompozycji z Ciemności. Popem bym ich stylistyki nie określił, ale co niektóre numery mimo że tekstowo cisną na smutno, to też chce się do ich rytmu lekko podrygiwać bujająco. Żadne to akcje w stylu tanecznych typowo, ale co czuje moje ciało i jak reaguje tutaj szczerze pragnę poinformować. Nie wiem czy Temu Który stara się Podnosić tutaj Ciśnienie do gustu przypada intensywniej Chelsea taka quasi radiowa, czy ta sprzed lat, która potrafiła dreszcze riffami ciężkimi, z pogranicza doom metalu czy nawet mniej gruzowatych brzmień sludge'u, w moim szczęśliwie póki co sprawnym ciele wywołać. Odpowiedź jest najprostsza z możliwych, że w obecnej sytuacji dysponując Chelsea "wielotwarzową" mogę sobie zgodnie z nastrojem dobierać jej nutę do odsłuchu, stąd narzekać nie mogę bowiem szerszy zakres jest fajniejszy zdecydowanie od jego zawężania - oczywiście jeśli czuć w estetyce niezmiennie charakter właściwy artysty. Na The Dark mimo że chwilami artystka wyraźnie na poziomie soundu mięknie, to wciąż trzyma się oryginalnej dla siebie formy od lat wypracowanej. Nie napiszę więc iż long najnowszy to jakaś rewolucja, jak i nie mam przekonania że jest to ewolucja, gdy przecież się upierając bardziej jasno i żwawo też w pojedynczych indeksach na poprzednich materiałach bywało. Prywatnie to w sumie mnie cieszy takie ukierunkowanie na "uprzebojawianie", bowiem próbowałem dotychczas różnych sposobów na przekonanie Lalu Kontekstowej do zatopienia się w bólu Chelsea, a Lalu się tego mroku obawiała i jakoś skutecznie unikała, a teraz kiedy też te wiosła ekstremalnie nie zaciągają wielotonowym obciążeniem depresyjnym, ten pierwszy krok najtrudniejszy Lalu zrobi w końcu bez lęku. Trzymam kciuki bardzo mocno, a jak nie uda się jej wkręcić z płyt, to ostatecznie pozostanie do zrealizowania plan doskonały finałowy, czyli wykorzystanie biletów na zakupiony jesienny gig Chelsea w towarzystwie równie interesującej "wiedźmy" A.A. Williams - jaki w stołecznej Progresji się wydarzy. Tak, to szczwany, coraz bardziej jestem pewny że już nie ryzykowny plan. :)
P.S. Lepiej poinformowani, Ci co śledzą podglądając i podpytując donoszą, że to cytuję "pierwszy materiał artystki nad którym pracowała na trzeźwo i pogodzona z własnymi demonami" - w co wierzę, kiedy słyszę że mniej w nim cierpienia. Trzymaj się w końcu ciepło Chelsea!
środa, 26 sierpnia 2026
Fontaines D.C. - Dogrel (2019)
Tydzień temu zapowiedzieli kolejny materiał i wsparli to promocyjne info świeżutkim singlem, a ja równolegle z zafiksowaniem się na Marianne odkryłem nową twarz zespołową z Irlandii i na zmianę słuchałem singla od gwiazd alternatywy i muzycznych obrazków od Gurriers. Marianne udowodniła iż główni rozgrywający już są daleko od swoich korzeni, a na ich miejsce śmiało mogą wskoczyć nowi - zaangażowani i obiecujący ogromnie. Wspominam o Gurriers bowiem gdyby nie Come and See, raczej tak szybko nie odpaliłbym Dogrel - raczej ciesząc się jedynie obliczem autorów jednego z największych obecnie przeskoków z podziemia do mainstreamu rockowego. Kiedy jednak poczułem wibracje surowsze i skojarzenia wyraziste, zapragnąłem z teraźniejszej perspektywy spróbować bardziej świadomie (bez już skupienia na tym co od A Hero's Death wydali) rozkminić stylówę z Dogrel Dobrze pamiętałem i trafnie myślę powiązałem Gurriers i wczesny Fontaines, choć absolutnie tych grup z początkowych okresów pomylić nie można. Ani jedni ani drudzy mimo posiadających cech na szczęście nie rozmywających granice, nie pretendowali wówczas/teraz do bycia artystycznym fenomenem, a ich albumy technicznie wymagającymi dziełami sztuki. To co nagrali, a z czym dokładnie w tej refleksji o Dogrel się mierze, było czystym odzwierciedleniem tak w warstwie tekstowej i muzycznej wyjątkowego w swym klimacie oblicza Dublina i mentalności jego mieszkańców. Jest tutaj zatem "ilustracyjnie" opowiadane, stąd między innymi dużo fucków (środkowych palców wystawionych) i obrazów plugastwa wprost z ulic, gdzie podobno bruk śmierdzi, przesiąknięty moczem oraz też konfrontacji katolickiej przeszłości z nowoczesnością i brutalnym kapitalizmem. Innymi słowy jest krytycznie i buntowniczo, a najczęściej po prostu jak na quasi poezję dosadnie, a muzycznie natomiast najczęściej post punk nabija skoczny rytm, bas dudni na poziomie transowej zimnej fali, a charakterystyczne wiosła generują całkiem chwytliwy dodatkowy hałas. Instrumentaria standardowe, a wokal niczym w nowym ciele głos bardziej rzutkiego z braci Gallagher. :) Chatten to jednak żaden porywczy frustrat, a bardziej kolorowy i wrażliwy indywidualista, który idealnie odnajduje się we własnej skórze poety outsidera, a jego ziomkowie do tej przyciągającej wzrok wielbicieli artystów nietuzinkowych prezencji dorzucają własny, dzisiaj już absolutnie nie od sztancy koloryt. On współcześnie się upstrokacił znacząco, jak i może nastwiony jest mocniej na realizację założeń PR-u, co mnie akurat nie przeszkadza, bowiem uwielbiam ekipy w których ucieczka od uniformizacji sprawia, że jednostkowe fascynacje i oryginalne osobliwości się znakomicie dopełniają. Liczy się efekt - motywy zostawmy branżowym specjalistą od psucia tego co działało. :)
wtorek, 25 sierpnia 2026
Minsk - With Echoes in the Movement of Stone (2009)
Faza słaba, okres przejściowy, schyłku optymizmu być może czas, więc kryzys - dobrze wszystko raczej z tej mrocznej perspektywy nie wygląda. Muzyka stąd na uszach częściej na grubo szyta - ogień bądź melancholia i jeszcze momenty (będąc ponad standard szczerym) małych entuzjazmów, gdy pomyśleć o nadchodzących premierach i tych longach jakie już jako świezynki mogą się w odtwarzaczu zakręcić. Ponadto czasem wyświetli się we wspomnieniach jakiś link sprzed lat, a to bywa sprężyną do dodatkowych refleksji i zasięgania informacji co akurat w obozie pół zapomnianego bandu obecnie się dzieje. Tak przypomniałem sobie, że tychże Amerykanów ostatni materiał jak dotąd w 2015 roku poddawałem autopsji, a od tamtej pory ani słychu o nich, więc gdy wpadłem na wzmiankę o ewentualnie szykującym się przebudzeniu ich koncertowym, to tak idąc za ciosem archiwizacyjnym, jak i syndromem depresyjnych pokus, dałem sobie chwilę spędzić z With Echoes in the Movement of Stone. Był to czas już programowo odarty z uśmiechu, różowych okularów zasunięcia w futerale, lecz też czas pomimo kontekstu emocjonalnego bardzo przyjemnie ładujący paradoksalnie akumulatory. Wiadomo, dobra nuta posępna wpływa na człowieka do wewnątrz skierowanego dwutorowo i tak też krążek Minsk z roku 2009-ego pozostawił mnie w stanie biegunowo różnym. Raz klimat dołu, dwa satysfakcja z obcowania z nutą od której psychodeliczno-depresyjnego ciężaru robi się na zgniłym serduszku jakoś bardziej milusio. Potężna nuta płynie, a w świadomości prócz transowego poniekąd odlotu, także liczne skojarzenia stylistyczne, bo kiedy mówi się o Minsk, to od razu dwie nazwy orbitują wokół logotypu. Neurosis jako archetyp i Cult of Luna jako tego archetypu młodego pokolenia rozwijanie, ale kiedy ja zostaje pochłonięty przez WEitMoS (ekspertem od Neurosis absolutnie nie jestem), to bardziej skojarzeniami uciekam w stronę przymulonej wersji High of Fire, czy Kylesy - oczywiście wyczuwając te głównie podkreślane konotacje. Ponadto mam wrażenie, iż klimat i eksperymenty brzmieniowe (czasem za bardzo mnie jednak przytłaczające) kierują rozpoznawanie w stronę psychodelii z lat siedemdziesiątych. Jest w tym bowiem także posmak dziwactw i odjazdów intergalaktycznych (gdybym był sam w kosmicznych otchłani, to bym sobie zapuścił Almitra's Premonition i sprawdzał własne granice psychicznej wytrzymałości), jak i teraz gdy wspomniany wokalnie wybrzmiewa, to słyszę echa co niektórych bardziej surowych wprawek niemieckiego Kadavar. Faktycznie jak na zimną estetykę postmetalowo-sludge'owo-noise'ową, Minsk na swojej trójce przemawia dość eklektycznie, więc katalogowanie tejże wprawki jako oczywistych nawiązań jest pozbawione uzasadnienia. Patrzę więc na nią na zasadzie licznych skojarzeń, a nie super wiążącej przynależności gatunkowej, gdy poza wszystkimi powyżej asocjacjami wymienionymi, mocno w łeb wchodzi również charakter rytualny tej nuty, w której ponad skromne formalnie aranżacje, ładowane jednak obficie różnorodnościami, brudne brzmienie organiczne, wpływa w chA intensywnie na wycieczki porównawcze ze starymi, zamierzchłymi czasami nagrywania muzyki, a nie możliwości technicznych studyjnych.
poniedziałek, 24 sierpnia 2026
Gurriers - Come and See (2024)
Nadchodzi późnoletni/wczesnojesienny czas żniw muzycznych nowości, więc czas gorący na który zawsze z podnieceniem czekam, mimo że wiąże się z końcem wakacyjnego letniskowania. Tytułów będzie sporo do ogarnięcia, a pośród nich zapowiadany drugi krążek idących w ślad za Fontaines D.C. ich irlandzkich rodaków z Gurriers. Ten debiutancki, którego powyższy (podnieś wzrok) obrazek zdobi przegapiłem i odkrywam dopiero gdy dwójka promowana na horyzoncie, ale lepiej późno niż wcale - chyba że dotyczy to powiedzenie wybryku Gordona Shumway'a z gazem w piekarniku - wówczas ostrożnie! W przypadku wyczajenia czegoś ciekawego muzycznego z niedalekiej przeszłości nie ma niebezpieczeństwa, a jedynie przyjemność którą należy sączyć i jej poznaniem się napawać. Come and See jedzie na popularnym od nowa dzisiaj nurcie odświeżającym brytyjską alternatywę ejtisową, czyli na tym na czym rozgłos zasłużony coraz mocniej zdobywają ich wspomniani bardziej wciąż popularni naturalnie ziomale od Griana Chattena. Zatem album to całkiem eklektyczny i jeśli jeszcze ciągnąc przez chwilę porównania z większymi braćmi, to najbardziej z ich debiutancką estetyką, więc jest zarazem dość melodyjnie, ale więcej jednak zimnej rytmiki i raz ugładzonej, raz surowszej post punkowej wściekłości. Nie ma kompletnie nudy, bowiem kiedy momentami odpływają w kierunku atmosferycznego, hipnotycznego czy bujanego grania, to zaraz są w stanie uderzyć czymś zdecydowanie żywszym, a wokalista zapodać łobuzerskie wersy barwą zbuntowanego smarkacza, z charakterystycznym pobrzmiewaniem akcentu. Tego przecież brakuje na ostatnim albumie Fontaines D.C., a Gurriers są w stanie na obecną chwilę wypełnić znakomicie lukę po zmieniających stopniowo na bardziej indie-popową estetykę, zmierzających na szczyty współczesnych, najbardziej perspektywicznych muzycznych Irlandczyków. Więksi dziś to mega gorący towar, a mniejsi jestem pewny, że mogą namieszać w przyszłości bardzo podobnie, bowiem Come and See jest już materiałem doskonałym i otwierającym im drzwi nie tylko do kariery, ale też kariery w różnych możliwie stylistycznych kierunkach. Dramaturgia konstrukcji jedynki zdradza talent do budowania struktur jakie fantastycznie ekscytują w formule długograja, a poszczególne indeksy same w sobie wyróżniają się cechami jakie stanowią o ich własnej oryginalności - mimo że w mocno ogranej przecież formule gatunkowej. Ja czuję w tej nucie szczerość, siłę i kreatywność, a to co już usłyszeć mi się udało z nadchodzącej Nobody's Coming To Save You przekonuje mnie, iż Come and See to tylko inauguracja kapitalnej ich drogi do szerszego zaistnienia i zdobycia uznania jako ekipy fajnie energetycznie napędzającej i aranżacyjnie frapującej. Tak się dzieje naturalnie, że jak ktoś się przebije, to ciągnie rozkręcony pęd ze sobą kolejne undergroundowe klejnoty. Gurriers jest jeszcze nieoszlifowany idealnie, ale to tylko kwestia czasu. Oby tylko ewolucja ku doskonałości, nie odebrała im całego waloru dzisiejszej dzikiej nieco świeżości.
środa, 12 sierpnia 2026
Atheis - Elements (1993)
Podczas odsłuchów Cynic, badanie słów kluczowych, czy inne ustrojstwo dobierające podobne treści wbiły mi w oczy tą charakterystyczną okładkę trójki Atheist i olśniło mnie, pamięć cucąc, że zanim może o Nocturnusa najmocniejszych dokonaniach, to obok ekipy z Paulem Masvidalem na czele, powinna chociażby właśnie Elements Atheis się pojawić. Równie mocny album w sensie łączenia gatunkowych proweniencji, gdzie jednako obok fundamentalnego death'u, muzycy ochoczo korzystają z inspiracji tak jazzu, jak jeszcze bardziej egzotycznego flamenco i doskonale zrytmizowanego, mrocznego, surowego bluesa. Osobiście Elements trafia do mnie z większym impetem niż Focus, a i samo jest krążkiem przystępniejszym, z bardziej wyeksponowaną melodyjnością. Ponadto typ wokalnej ekspozycji jakiej używał Kelly Shaefer kręcił mnie mocniej, niż Masvidala gardłowe popisy, ale najmocniej to zapadł mi w pamięć basu furkot Tony'ego Choy'a, a taki Air mogę śmiało uznawać za fenomen kreatywnego podejścia do basu figur wykorzystywania. To nie jedyne rzecz jasna walory kompozycji z Elements, bowiem sama w sobie konstrukcja materiału robi doskonałą robotę, gdy pomiędzy właściwe numery znakomite miniaturki instrumentalne zostają wplecione. Cynic i Atheist z roku 1993 jawią się jako główne motory napędowe rozwoju deathowej stylistyki, a dzięki nim scena nie patrzy już w stronę szybciej czy brutalniej, ale poszukuje bocznych furtek, których otwarcie wypuści zaduch i nabierze głębokiego oddechu. Atheist z tego okresu odmiennie od Cynic nie myśli wyłącznie o włączaniu elementów skrajnie teoretycznie niepasujących w ramy klasycznego, a często już zdominowanego death metalu, ale pozwala sobie by eklektyzm stanowił jeden z fundamentalnych walorów materiału, stąd obok siebie i bez poczucia niespójności (to jest gigantyczny plus na rzecz ekipy z Shaeferem) współegzystuje stricte death z feelingiem niemal pop rockowym. Uwielbiam przykładowo pomysł i koncepcję dynamiki wałka tytułowego, jak i tą jaka stoi za Mineral - tak samo z sympatią odbierając to co w tym utworze dzieje się w drażliwej rytmice, jak i w wątkach uspokajających ten żywioł. Można by śmiało donieść, iż trójeczka to eklektyzm formalny powiązany z miażdżącymi riffami i wpuszczonym w ten misz masz uporządkowujący fusion, ze szczególnym udziałem emocjonalnych pasaży. Krążek żyje osobliwym życiem wewnętrznego rozdygotania, a w tym nerwie jest jednak kontrolowany i dawkowany odprężający spokój. To nuta zdecydowanie milsza dla ucha i zdatna nawet do przełknięcia dla kogoś z rozregulowanym układem nerwowych - czego o Focus Cynica nie mogłem wcześniej napisać i teraz też nie wspomnę w formie oznajmującej. :)
wtorek, 11 sierpnia 2026
Cynic - Focus (1993)
W powszechnym rozumieniu (jeżeli komukolwiek nie związanemu chce się nad definicją zastanawiać) death metal jest czymś w rodzaju stylu w ciężkiej muzyce, charakteryzującym się nieczytelną aranżacją, jazgotliwie-zgrzytliwymi gitarami oraz na poziomie tekstów gloryfikacją wszystkiego co odpychające na tym naszym padole i do tego bełkotliwego, wrzeszczącego paszczą ich interpretowania. Ogólnie najstraszniejsza obok black metalu i co ciekawe improwizowanego jazzu oraz nowoczesnej symfonicznej ekspresji anty muzyka. Piszę wstęp takowy z premedytacją i kąśliwie dodam, iż akurat taki death jaki zaproponowała czwórka wybitnych instrumentalistów ze stylem związanych, akurat w roku 1993 wiąże w jedna eksperymentalną, a zarazem spójną formę dwa kierunki wyżej wymieniane. Focus jest bowiem zarazem death metalowy, jak i jazzowy - wówczas kompletnie na scenie nowy. Wyrasta i rozkwita jednak z fundamentu jaki Chuck Schuldiner wraz z rozwojem swojej macierzystej grupy konsekwentnie promował, lecz wówczas jeszcze nie czuł powodu aby tak daleko z własnymi wizjami oryginalnego jazz-death'u zabrnąć. Miał gość chyba naturalnego czuja, gdy spojrzeć na fakt, iż Cynic rozbił wszystkie możliwe mury, przeszedł na kompletnie niezagospodarowane tereny i znikł, gdyż zapewne nie miał pomysłu na dalszą ewolucję. Nie dało rady dalej i bardziej "kosmicznie", a gdy to określenie się pojawia, to od razu przypominam sobie, że zanim Chuck odkrył w sobie żyłkę eksploratora, to w estetyce swoją istotną rolę zaznaczył Nocturnus i może nawet bardziej niż Spiritual Healing i dalej Human, ekipa zmarłego właśnie Mike Browninga na The Key wystrzeliła w inne galaktyki death metalowej podróży ku nieznanemu. To zwięzły rys historyczny, a gdy wrócić myślami do Focusa, słucham go teraz zdecydowanie inaczej, niż gdy album liczył dopiero dni, tygodnie czy miesiące. Wtedy odpadłem, totalnie nie byłem gotowy na coś tak jazgotliwie połamanego, a później gdy już zacząłem dojrzewać do matematyki w metalu, czas już był zupełnie inny i miast doceniać prekursora, zafiksowałem się na nowej perełce jaką bezdyskusyjnie The Dillinger Escape Plan się okazali. Toteż w sumie nigdy Focus u mnie nie miał szans by urosnąć do rangi praktycznego kultu, mimo że zdarzały mi się z nim kontakty sporadyczne, ale dopiero teraz, kiedy lat w ch i jeszcze sporo więcej od premiery minęło, napisze od serca, łącząc się w sympatii z opiniami sprzed już laty, że rozumiem jakim objawieniem mogła być to płyta dla słuchacza drzewiej już na szok konstruktywny przygotowanego, a spotkanie wspomniany czterech wyjątkowych osobowości nadzieją na totalne przekonstruowanie death metalowej formuły, bądź jej intrygującego rozszczepienia. Wizjonerstwo i odwaga niebywała wypływa z każdego dźwięku, a zaawansowanie techniczne nakazuje bić najgłębsze pokłony przed instrumentalistami. Na całego zmiana spojrzenia na death metal, odrzucenie prymitywizmu czy brutalnie srogiej, zdołowanej koncepcji na rzecz połamanych struktur, lecz takiego rodzaju kombinacji, iż ciężar jest dodatkiem, a nie celem samym sobie. Pulsujące podziały jazzowe, rozbudowane przestrzenne frazy, sąsiadujące z gęstymi atakami, rozedrganiem, a do tego odjechane wokalizy, plus klimat quasi futurystyczny, a całość idealnie zbalansowana, by uniknąć dłużyzn czy z innej beczki, nie uczynić stuffu przerażająco odpychającym, przez konglomerat gęstych, skomplikowanych rozwiązań. Nie znaczy to podkreślam, iż Focus jest zarazem łatwy i trudny - on kiedyś był trudniejszy, dziś jest łatwiejszy, bowiem mnóstwo w międzyczasie w ekstremie się wydarzyło. W roku 1993 był znośnym jedynie dla maksymalnie wyrobionego i bez klapek na oczach metalowego szalikowca i nie odnosiło się to "wyrobienie" do znoszenia kilkutonowych walców czy prędkości nadświetlnych, tylko co z praktyki czasu najśmieszniejsze, na złagodzeniu klimatu i paradoksalnie skompresowaniu poprzez przewietrzenie jednocześnie faktury, by w perspektywie czasu powstała jeszcze inna - scena mega progresywnego instrumentalnego metalu. :)
sobota, 8 sierpnia 2026
Death - Spiritual Healing (1990)
Przeglądałem którejś prawie nocy (czas późnowieczorny wypełniając) rolki na fb i pojawiła mi się taka jedna wykorzystująca możliwości AI, jaka ożywiła okładkę Spiritual Healing i wtedy dotarło do mnie, że pierwszych trzech albumów LEGENDY nie mam dla swoich potrzeb zarchiwizowanych, więc czym prędzej zapuściłem ostatni chronologicznie z brakujących i kilka refleksji natychmiast we łbie mi się pojawiło. Pierwsza zasadnicza, że ja przez lat wiele za najciekawszy czas ewolucyjny w muzyce Death spostrzegałem od Human, a powód leży w czasie i okolicznościach, bo gdy zaczynałem odkrywać dla mnie przyjemnie satysfakcjonującą estetykę death metalu, to akurat już gdy taśmy licencyjne na rynek u nas weszły i tym samym Human jako ten z numerem katalogowym MASS0001 Metal Mind Productions sobie opatrzyłem i etykietę przyklejając, błędnie osadziłem. Drugi powód nie muzyczny, to oczywiście seria okładkowej spójności pomiędzy jedynką, dwójką, a trójką poczyniła przekonanie, że ten dla mnie istotny etap dla Death właśnie od czwórki o odmiennej szacie graficznej się zaczyna. Jest jednako jeden powód i powód to czysto muzyczny, że cholera jasna największy skok Death poczynił właśnie między Leprosy, a Spiritual Healing - zmieniając kurs z brudnego, siarczystego grania, raczej względnie prymitywnego, na ten przewracający amerykański death metalowy stolik i tworzący kompletnie nową jakość i podgatunek w śmierć metalu. Nawet jeśli da radę na Leprosy znaleźć motywy jakie zapowiadają poniekąd zamiłowanie do komplikowania (Left to Die), to dopiero na rzeczonym/opisywanym dzieją się rzeczy nawet i rewolucyjne. Z obowiązku dodam, że wtedy też zaistniały w składzie istotne zmiany, które zwiastowały przyszły system budowy składu przez Chucka, że nikt oprócz sternika, nie ma pewności obecności na kolejnym albumie, a wielkie nazwiska albo już statusem gwiazd estetyki spowite, bądź dopiero u boku Chucka do tej rangi dorosłe, pchają się do współpracy z nowym prorokiem sceny. Na Spiritual Healing zagrał taki już z dorobkiem James Murphy - wioślarz co potrafił odtworzyć pomysły szefa, a i zapewne swoje trzy grosze jako nie byle kto do ich aranżacji wtrącić. Pojawiają się błyskotliwe pojedynki gitarowe i mam wrażenie, że chemia pomiędzy gitarzystami jest na poziomie jaki gigantycznie ambitny Schuldiner od skrojonego tandemu wymagał. Ten radykalny krok "ojca dyrektora" powoduje, iż wszystko się klei tu znakomicie, a rozkwit jest tylko kwestia czasu, co okazało się prawdą i stanem rzeczywistym, lecz w przyszłości już bez Murphy'ego, który będzie robił jeszcze swoje, a i inni znani zdarzy się że go przytulą i z nim nagrają na przykład swój najznamienitszy w karierze album - patrz prze-znakomity The Gathering Testamentu. Wracając do gwiazdy recki dodam jeszcze, że głupi byłem, iż na jakiś czas kontakt (nie rozumiem, nie rozumiem) zarzuciłem, bowiem tak dynamicznie zakręconego i tym samym szalonego albumu (pomostu pomiędzy starym, a nowym) w dyskografii LEGENDY już nie da się odnaleźć. Od Human zaczyna się na dobre Death sterylny, kliniczny, a tutaj nadal (w tym rozwoju ku oryginalności) czuć napierdalankę oldschoolową.
czwartek, 6 sierpnia 2026
Madder Mortem - Desiderata (2006)
Tekst poniższy może być obszerny, na przekór faktu że niewiele z Desideraty dzisiaj pamiętam, lecz intensywnie dzisiaj i wczoraj u mnie gra, a gdybym nie miał jednak zbyt wiele do wyrażenia, to awaryjnie dysponuję dość bogatą fachową archiwizacją magazynową, okoliczności czasu i sytuacji gdy powstawała i została wydana. :) Na początek informacja podstawowa, iż był to wówczas czwarty studyjny materiał norweskich (całkiem oryginalnych i być może dość ekscentrycznych muzycznie mieszkańców Oslo) i w sumie bodaj (bo pamięć już krótkawa) ostatni ich krążek który odkrywałem jeszcze na bieżąco - czekając na premierę. Desiderata wyszła pod skrzydłami kultowej Peaceville i można by wtedy przypuszczać, że tak markowa w gatunku stajnia ich raz wypromuje, dwa pozwoli ich popularności wystrzelić, aby kolejna przystań "lejbelowa" spieniężyła finalnie całą drogę na metalowy szczyt. Taki scenariusz jednako się nie zmaterializował, a czy winę ponosiła słabsza wartość czwórki czy nietrafiony, spóźniony czas na rozgłos, nie musze chyba w miarę zorientowanym w hałaśliwych trendach z pierwszej dekady XXI wieku, tego konkretnego przypadku wyjaśniać. Doomowe, ku uniesieniom aspirujące klimaty, nawet podkręcone mechanicznymi szarpanymi riffami (upieram się wciąż że nasze Obscure Sphinx musiało się nasłuchać trochę MM), nie były w stanie się przebić, bowiem potencjał na słuchacza atmosferycznego grania się przerzedzili, a ponadto Madder Mortem to nie były nutki najprostsze - progresywnymi wywijańcami bardziej niż ckliwymi melodyjkami zainfekowane. Interesujące aranżacje i twarde w zasadzie strun szarpanie z momentami bardzo finezyjnymi motywami, pozwoliły Desideracie całkiem dobrze się udało zestarzeć i jak kojarzę inaczej niż sporemu gronu albumów z szerokiej gotycko-metalowej palety, które nie dały rady i uległy trzonowcowi czasu. Desiderata trzyma się wciąż dobrze, a odpowiedzialne myślę pogmatwanie w strukturach, inaczej harmonie, którym w sukurs idzie szorstkie oraz potrzeba przełamywania oczywistych rozwiązań. Bądź jestem w totalnym błędzie, a za wszystkim co subiektywnie odczuwam stoi brak mojego z Desideratą związania, przyczyniając się fundamentalnie, do odbierania tego albumu na poziomie względnej wciąż świeżości i nim zaintrygowania. Rzekłbym, że czasem dobrze się nie zżyć, aby nie odczuć znużenia. :)
środa, 5 sierpnia 2026
Sentenced - The Funeral Album (2005)
Kiedy w roku już dawno minionym 2005-ym pożegnalnego albumu Sentenced słuchałem, nie miałem pretensji iż ekipa Finów zamyka za sobą drzwi, a jak to sami stwierdzali "nie rozstajemy się, po prostu kończymy działalność koncertową i fonograficzną", bowiem odczuwałem, iż konwencja się wyczerpała, a nagrywanie co raz to kolejnego podobnego albumu, nie przyniesie większego pożytku, od tego jaki możliwy poprzez zniknięcie ze sceny, wpływając na fanów po pogrzebie tęsknotę. Teraz nieco mi szkoda, czuję że mi ich współcześnie nieco brakuje, ale wciąż szanuję ówczesny wybór, szczególnie gdy patrzę przykładowo na żenującą stagnację ich ziomków z Amorphis. Wiem że do krążków tych wciąż klasycznych znacznie chętniej bym powracał, gdyby ich teraźniejsze dokonania dodawały im punktów do wcześniej osiągniętego statusu, zamiast wręcz wszystko co dajmy na to, do połowy lat dwutysięcznych osiągnęli/nagrali (może nawet do momentu przejęcia mikrofonu przez Tomiego Joutsena) zaprzepaszczając. Obawiam się że historia Sentenced mogłaby pobiec w tym samym kierunku, jakby goście męskiej decyzji ostatecznej nie podjęli. Materiały by może dobre wciąż produkowali, ale za cholerę wierzyć mi się nie chce, iż mogłyby one przebić to co w ich dyskografii najlepsze. The Funeral Album przekręcił klucz w zatrzaśniętych drzwiach i ekipa Samiego Lopakki nie ma do dziś czego się wstydzić, bowiem ukłonili się zbiorem bardzo porządnych numerów - idealnie puentujących bodaj piętnastoletnią karierę. To jasne że ostatni krążek to nuta głównie (patrz wyjątek Where Waters Fall Frozen) z tej samej płaszczyzny, w jakiej się umościli wpierw nagrywając przełomowy Amok, a później kontynuując kurs z ostatnim jak się okazuje wokalistą poprzez Down, Frozen, Crismson i The Cold White Light. Album pogrzebowy to klamra podsumowująca, wykorzystująca znane i ograne aranżerskie patenty i jedynie może brak mi pośród tych trzynastu numerów naprawdę konkretnego przeboju, jakie systematycznie niemal dotąd się pojawiały i w układzie odniesienia innych bardzo dobrych brylowały, lecz nie uznaję aby problem był to dla finałowego aktu problem istotny. Tym bardziej że jestem w stanie doszukać się w indeksach wyrazistych wątków, motywów, akcentów, a domykający wieko potężny, wręcz jak na standardy Sentenced mocno epicki hymn End of the Road zostaje w głowie. Nic w sumie szczególnego, ale charakterystyka melodii w obliczu stylu Finów zawsze posiadała swój własny koloryt. Melancholijny, desperacki - smarkaty po prostu, gdy nieodorostkiem naiwnym w kwestiach relacji romantycznych się było. Wtedy można było naturalnie się na pełnej utożsamiać. :)
poniedziałek, 3 sierpnia 2026
Lacrimosa - Stille (1997)
Dzisiaj ani Lacrimosa nowa, ani stara raczej mnie nie jara, ale jakbym miał już wybierać, to zdecydowanie w tej do właśnie Stille bym jeszcze mógł zagustować, bowiem popłynięcie za trendem, z nurtem rozbuchanych orkiestracji spowodowało, że na początku XXI wieku rozstałem się z grupą Tilo Wolfa. W tym co wypełniło już Eloide nie potrafiłem się zaprzyjaźnić, gdyż za dużo filharmonii, a za mało oryginalnej natury wiązania twardych riffów z subtelnymi, kameralnymi partiami klawiszy i smyczków, w nowym wizerunku muzyki Lacrimosy było. Stille jako ostatnia trzyma piękny balans pomiędzy wymienionymi i daje poczuć, iż Lacrimosa to nie z muzyki symfonicznej, a ze szczególnie inaczej rozumianej wizji "pierrotowatego", surowego gotyku się wywodzi. Z undergroundu do w miarę szerszej świadomości słuchacza, dzięki pracy i rozwojowi, zdobywaniu miłośników małymi krokami, na Stille Lacrimosa stworzyła tak ciekawą kreację, iż przebiła się ze środowiska czysto gotyckiego, do umysłów maniaków z innej nieco bajki, wkradając się także w łaski sympatyków metalu - tych oczywiście, którzy słuchali i się zasmucali przy wówczas święcących triumfy albumach całego desantu doom-gotyckiego. Tak właśnie na Wolfa za sprawą promocji wydawcy trafiłem i później wertowałem kasety wystawiane tak w muzycznych przybytkach, jak i na giełdach wszystkiego, aby zdobyć i poznać co grali zanim Stille wydali. Może było to chwilowe zauroczenie (patrz przypomniany casus Eloidy i zaraz potem jeszcze mocniej odpychający Fassade), ale ile miałem z kompozycji wcześniejszych Lacrimosy wyciągnąć, to w szybkim tempie esencję konsumując wyssałem. Zatem pamiętam sporo bardzo dokładnie i szczególnie takie perełki oryginalności jak Not Every Pain Hurts, a też zmierzyłem dość głęboką przepaść pomiędzy Stille i Inferno, a może też Inferno, a Saturą. Inaczej mówiąc kierunek na niemal metalowe aranżacje - w sensie wykorzystania brzmień wioseł. Jak luknąłem w prasę muzyczną z tego okresu, Lacrimosa była chwalona, a ta droga pozwalała jej zaistnieć we wspomnianych sercach gotyckich metali. Sam Tilo zagajany, dawał jasno do zrozumienia że nie ma w tym premedytacji, a jest naturalna ewolucja, potrzeba nieuświadomiona aby grać mocniej i na bardziej bogato. Kreowania światu utworów dojrzalszych, bardziej spójnych, przemyślanych i emocjonalnych, nie tylko na poziomie cierpienia duszy, ale też wyrzucenia z siebie frustracji - złej krwi upuszczenia, a to (tak domniemam od siebie dodaje) bardzo skuteczne narzędzie osiągnięcia równowagi poprzez chwilowe przełomowe silne katharsis. Stille jest po prostu rzewna, ale i w klimacie stylistyki zaskakująco agresywna. Piosenki (kompozycje, utwory - potrzebowałem pierwszego z brzegu synonimu :)) "potrafią zaczynać się w bardzo łagodny, pogodny, romantyczny sposób, by z biegiem czasu nabrać zwierzęcej brutalności, ale mimo to nie jest rozbijana spójność całego albumu". Zgadzam się z Tilo i ze sobą. :)
niedziela, 2 sierpnia 2026
Lake of Tears - A Crimson Cosmos (1997)
Zanim tenże połyskujący odcieniami jaskrawymi, trzeci krążek Lake of Tears się pojawił, miałem kontakt z jego dwoma poprzednikami i lukając na efekt finalny A Crimson Cosmos w pełnej rozciągłości (od cover artu, do istoty nuty rzecz jasna), było to silne zaskoczenie od wizualnego, po mniej ale jednak też muzyczne. Nie kojarzę by ktoś wówczas z klimatów gotycko metalowych taką gamą kolorystyczną koperty albumów wypełniał, a jak wziąć pod uwagę (jak w sumie nie wziąć :)) co na tej okładce się pojawiło, to klimat bajkowych stworów, skrzatów i podobnych, w krainie neonowych grzybów osadzony, to nie ma opcji, by na takiż krok w stylistyce przecież z założenia smutasko-mrocznej się odważyć. To o najbardziej wyrazistej stronie przemiany, bowiem sama muzyka w stosunku do Headstone (1995) nie zmieniła się radykalnie, gdyż skoczny wymiar gotyckości Lake of Tears wybrzmiewał poniekąd już wówczas. Jednakże wtedy ja sobie tak otoczki jej nie wyobrażałem, a dopiero za sprawą rzeczonej, będącej głównym tematem moich wspominek - przeniosłem się w rejony doprawionej halucygenkami baśniowej estetyki i mnie się to miejsce teoretycznie bardzo spodobało. Praktyka była jednaka, bo niezwyczajnie doskonale za każdym razem gdy odpalałem bujanie A Crimson Cosmos się bawiłem. Dźwiękowo całkiem spory nie był to rozstrzał pośród numerów, a vibe niemal za każdym razem był bardzo ze sobą spójny, mimo iż taka oryginalnie subtelna, zagrana na prostym nieprawdopodobnie rytmie Lady Rosenrod różniła się od dajmy na to Devil's Dinner korzystającego z estetyki wtedy sprzed dwudziestu laty, gdzie klawisze przypominały quasi hammondowe brzmienia. Tak samo otwierający, przebojowy jak cholera Boogie Bubble (fakt, czuć w tym gotyku boogie woogie ;)) nie korzysta z tej samej dynamiki co walczykowaty When My Sun Comes Down, tudzież ten basikiem fajnie brzmiącym i klawiszem retro okraszony The Four Strings of Mourning, to inna inszość niż kołyszący, i "pinkfoloydową" solówką dosmaczony finalny numer tytułowy. Tyle że jak podkreślam, piosenki są różnowymiarowe, lecz doskonale zespolone podobnym sobie klimatem - atmosferą jakiej nikt inny na scenie nawet nie próbował wtedy podrabiać, a i myślę że do dzisiaj nie pojawił się nikt inny, który taki kierunek osobliwy by przyjął. Azymut na tak samo dynamikę skoczną i fakturę z pięknymi melodiami, wspaniałymi delikatnymi harmoniami. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych byłem pod dużym ich wrażeniem, a dzisiaj też jak sobie odświeżyłem, to nie zamierzam w popłochu przed A Crimson Cosmos zwiewać. Chwilę sobie tutaj w krainie ilustracyjnej niezwykłości pobędę. Bo niby czemu nie miałbym na chwilę wciągnąć na łysy łeb takiej szpiczastej czapeczki, co ją czarnoksiężnicy zawodowi noszą i podryfować w przestrzeni na którejś z ryb karmazynowych.
piątek, 24 lipca 2026
Le Butcherettes - Don't Bleed (2020)
Jestem mocno, bo o sześć latek spóźniony z promowaniem tej znakomitej epki, której jakość w mojej optyce tak wysoka, iż pozwalam sobie dopiero któryś raz (może palce jednej łapki, dwóch łapek) na blogaska wrzucać tekst o krótkim materiale. Tak mi leży to co Teri Gender Bender skroiła i nagrała, na tej wówczas walentynkowej płytce, gdzie jest dużo (he he) o miłości, w poetyckiej (taki Love Someone wręcz na przykład balladowy) estetyce pierwotnie garażowo-punkowej, a w rzeczywistości z istotnym udziałem nowoczesnego sznytu, czyli pływającej w tle brudnej, zadziornej, kompletnie nie miałkiej elektroniki. Teksty refleksyjne i drążące odważnie zagadnienia o naturze kobiecej - dojrzewaniu, przyjmowaniu ról, niosąc bodaj ciężar brzemienia w ciszy, czy może wokół jazgocie wywołującym wstyd. Nie wiem, gdybam sobie poniekąd, bo jakbym miał przecież trafiać z interpretacją, kiedy mojej samczej naturze daleko do empatycznej wrażliwości. Dlatego zasysam więcej z brzmień i pomysłów aranżerskich, niż z treści lirycznej i jak pozwoliłem sobie na starcie dać do zrozumienia, tą sferę Don't Bleed (tytuł mówi dużo i jeszcze więcej) uznać za przezajebistą, stąd taki azymut na przyszłości w rozwoju ekipy życzeniowo propsować. W sumie brak mi wiedzy co się w tym obozie teraz dzieje, a i mam jakieś niewielkie obawy co do dalszego kreatywnego istnienia, bowiem od ostatniego długograja stuka właśnie rok siódmy milczenia. Oby wkrótce czymś w punkt przerwanego!
czwartek, 23 lipca 2026
Satyricon - Rebel Extravaganza (1999)
W archiwizacji Rebel Extravaganza podeprę się tym co podsłuchałem niedawno i tym co niegdyś doczytałem, idąc w pewnym sensie na łatwiznę i parafrazując opinie z jakimi się zgadzam, bo co miałbym się nie zgadzać, że to materiał przeKOZAK. Poprzedzony raz eksperymentalnym mini Megiddo i mini zajawką, czymś w rodzaju pilota przed długograjem, w postaci Intermezzo II. Nie oglądał się wówczas Satyricon na panujące mody, nie przejmował się ryzykiem odrzucenia nowej formuły po sprawdzonej w bojach i odnoszącej komercyjny sukces Nemesis Divina, bowiem to co intencyjnie tworzyli miało nader wszystko być ekstremalne i szokujące, aby nie wywoływać (to deklaracje i stan rzeczywisty) znużenia. Stąd zmiana image'u, odmienna od poprzedniej produkcja, odcięcie się od pustych, niespójnych często klawiszy, z impetem wbijając w konwencję brudu, tworząc krążek z niestandardowymi aranżacjami. Siarczysty i pierwotny, lecz korzystający z nowych środków wyrazu, z tekstami pełnymi metafor - przekazu do słuchacza w formie lekcji czy innego dopieszczonego ekspresją wykładu. Wówczas w roku 99, w prasie branżowej którą archiwalną mam teraz przed oczami, zebrał komplementy, szczególne od dystrybutora wytwórni, gdzie prócz przekonania o wyjątkowości muzycznej i detalicznie perkusyjnej (kosmiczne tempa i dla równowagi groove - wytrzymałościowe granie, gdzie prędkość nie jest celem samym w sobie, a jedynie istotnym narzędziem), podkreślono zarazem całościowo koncept staranny, z uwzględnieniem formy okładki - bezpośredniej, surowej i tytułu sugestywnego. Rozumiem stronniczość, a tym bardziej rozumiem, kiedy ona pod rękę dzisiaj zasuwa z poddaną weryfikacji czasu oceną Rebel Extravaganza. Dzikiej, a zarazem erudycyjnej muzyki, stworzonej przez mizantropów dla maniaków zimnej, nihilistycznej ale i przebojowej w swej ekstremalnej formule estetyki. Wyszli z lasu, podążyli ku miastu, tworząc przełomową płytę dla gatunku, a dla mnie obierając kierunek, jaki w kolejnych trzech krokach pozwolił nagrać to, co mnie w ich dyskografii najintensywniej wciągając, diabelskim black'n'rollem otumania.
środa, 22 lipca 2026
Puma Blue - extchamber (2025)
Poprzednim pobocznynym eksperymentem Jacoba w obrębie trip-hopowej konwencji Puma Blue był krażek antichamber, który eksplorował, jak pozwoliłem sobie w quasi rece napisać, rejony gdzie miast ubogacać struktury, te się zawęża, przez co brak dodatkowych ingerencji czyni uzyskany efekt esencjonalnym. Antichamber był zatem raczej surowym, w sensie pierwotnym dla stylu właściwego brzdąkaniem w zasadzie akustycznym, natomiast extchamber poprzez pozbawienie całkowite linii wokalnych i skupienie się na wyłącznie użyciu abstrakcyjnych plam wydobywanych z urządzeń o właściwościach syntetycznych, staje się niczym innym jak po prostu totalnym eksperymentem, bądź rodzajem improwizacji, skupionej na obserwowaniu rezonowania dźwięku, jego poziomu doświadczania. Nie wiem jaka była motywacja Jacoba aby stworzyć coś w kształcie, dla którego słowo muzyka jest jedynie pretekstem do jej symulacji, z użyciem zaadaptowanych manipulacji taśmami, nagraniami być może terenowymi. Kompletnie nie są to w moim odczuciu kompozycje, a tym samym nikt przy zdrowych zmysłach nie określi ich piosenkami - abstrahując od braku odgłosów wydawanych paszczą. To mega niejasne, aczkolwiek spójne w formie buczenia (w pierwszym indeksie zdaje się też ustami), trzaski, echa i pogłosy, wywołujące we mnie uczucia klaustrofobicznej obawy, więc domniemam iż w założeniu są minimalistyczną, elektroakustyczną emanacją, psychologicznych demonstracji obecności demonów w jaźni Jacoba. Antichamber uchwyciło według autora "ból czasu", a extchamber mogę podejrzewać, iż tego czasu odzwierciedla paranoiczne lęki. W sumie ja jeb****tki nie wiem co o takich (gdyby je już na siłę klasyfikować depresyjnie ambientowych) akcjach sądzić. Jeżeli nabierają kształtu zarejestrowanego, to są wyraźnie w jakimś celu zdatne artyście, ale mnie dla zdrowia psychicznego to nie bardzo.
wtorek, 14 lipca 2026
The Veils - Fragile World (2026)
Piszę późnym wieczorem, lecz opublikuję z rana, gdy dzień kolejny wystartuje - dzień dobry, lepszy, taki sobie, niekiedy po prostu zły. Bliżej niż dalej do ostateczności i wyzwania które czasem przytłaczają, bo lęki drzemiące tak łatwo obudzić. Nastroje się huśtają i bywa że nastawienie wprost jest wypadkową tego co na uszkach zawiśnie, gdy człowiek wrażliwości muzycznej wysokiej, odcinając się od rzeczywistości, chłonie stany duchowe artystów ulubionych. Wstęp ten zaiście zainspirowany tak ogólnie twórczością ekipy, jakiej pochodzenie angielsko-nowozelandzkie, jak dokładnie tym czym wypełnili oni swój najnowszy album. Zatytułowany adekwatnie do odczuć jakie wzbudza, gdy teksty pięknie subtelne, głęboko intymne, dotykające tematów bliskim najwrażliwszym duszom, a same kulminacyjne dźwięki nasycone dojrzałym kontemplacyjnym spokojem - wypełniające pustkę, nierzadko samotności, braku zrozumienia czy empatycznej wyrozumiałości. Tak się składa, iż facetowi z tego co go drąży i boli publicznie drenować się nie wypada, ale bywa też iż zostanie do quasi spowiedzi podstępnie przez sztukę z serca do serca zachęcony. Nie stanie się to jednak teraz i tutaj, bo pomimo iż Fragile World maksymalnie mnie roztkliwia i otwiera skuteczniej od praktyk najbardziej profesjonalnego i budującego poczucie bezpieczeństwa terapeuty, to ja nadal zachowuje jasność myślenia i z racji natury, w jakiej obecnie kontrola słowa u mnie kluczowa, każdemu kto wejdzie na blogaska zawartości najbardziej intymnej na dłoniach nie położę. Chcę jedynie zauważyć, co mi Fragile World robi i przekonać wątpiących w męską kruchość, iż pod najtwardszym pancerzem może mieszkać mały, zraniony i zlękniony chłopiec, który przywdział zbroję, tudzież maskę sarkastycznego błazna aby przetrwać, a z czasem wręcz możliwe iż tak mocno przyswoił ochronną publiczną rolę, że zapomniał kim jest i jakich prymarnie newralgicznych potrzeb bycia nauczył się nie szukać zaspokojenia. Siedzi w swojej szufladzie, momentami drży i mierzy się z wirem myśli oraz niewiadomą przyszłości, słuchając od tygodnia, dwóch najchętniej wieczorem Fragile World The Veils.
P.S. Natomiast w rzeczy samej, formalnie Fragile World zdaje mi się cudowną platformą porozumienia pomiędzy ostatnim dużym, a najbardziej świeżym mini albumem, który domniemam że poniekąd wyznaczył w jakimś stopniu bieżący azymut dla grupy - przynajmniej na poziomie znakomitych harmonii melodycznych. Kiedy pisałem o wspomnianym, jeśli nie straciłem orientacji w pamięci, to zauważyłem, iż miło by było gdyby owy był pomyślany jako krążek pełnowymiarowy i nieco podkręcony o brzmienia elektryczne, ale doceniłem też jego czystość formy, w oddaleniu od progresywnej złożoności. Miałem chyba noska, bowiem to co teraz pieści mój narząd słuchu, to właśnie esencja The Veils - bez oznak nadmiaru. Nie mniej jednak nie jest tak bym uznał iż najnowsze cudo jest bardziej cudne od cuda przed czy przed przed ostatniego. Jest nieco inne i szalenie empatycznie polecam jego walory terapeutycznie wyciszające.
niedziela, 12 lipca 2026
Tramhaus - The First Exit (2024)
Był czas odrodzenia retro rocka, klimatów szczególnych na przełomie lat sześćdziesiątych i w dalszej wówczas perspektywie jeszcze całkiem długo siedemdziesiątych i jest czas odrodzenia punka, pod oczywiście gatunkowym szyldem dzisiejszym post post (he he) punkowym, którego renesans pokrywa się ze znakomitym też czasem dla młodych w zimnej fali się pluskających. Zasuwają więc trendy odhaczając kolejne dziesięciolatki i ja już nie mogę się doczekać (być może już czuć cos w powietrzu), że klimaty okołorockowe i metalowe przykładowo spod znaku Roadruuner Records, już wkrótce trysną świetnymi smarkatymi bandami, mocno sceną z mojej młodości zainspirowani. Póki co przechodzę jeszcze kolejny etap zachłystywania się tym, czego gdy byłem smarkaczem, z oczywistych powodów jeszcze świadomie odpowiednio nie miałem szansy przyswajać. Poznaję kolejne znakomite ekipy i Tramhaus jest jedna z tych, które zakładam, nawet jeśli moda przeminie, nadal karmić mnie będą kapitalnymi numerami, z systematycznie wydawanych i za każdym razem oferujących w coś ciekawie dosmaczającego ich styl numerami. To moja wizja racjonalna przyszłości, bo podobnie mam bowiem z retro rockowymi perełkami, jakie przetrwały i dzisiaj często potrafią nagrać materiały jeszcze lepsze, niż wtedy, gdy wstrzeliwały się w nowe przyjście w chwale własnej, a zarazem klasycznej stylistyki. Na Tramhaus trafiwszy dzięki algorytmom Youtube'a (kilka kawałków i obrazków do nich prze(ch)zajebistych), natychmiast wbiłem w notkę biograficzną i tak na uszach zawisł The First Exit i ja to piszę bum cyk cyk tak jak było, wystartował z animuszem (The Cause) jaki przyprawił mnie o zawrót głowy, gdy w samotności w czterech ścianach poddałem się ochocie na w rytm nutki tejże taneczne pływanie. Wspaniały to był moment i trzymał mnie do końca debiutanckiego longa, a jak już sobie popląsałem, to posadziłem zadek i zapisałem sobie co poniżej. Zapisałem między innymi, iż wokal typa przypomina mi sposób artykulacji gościa ze Squid, ale muzyka jest bardziej bezpośrednia, łatwiejsza, a przez to bardziej zdatna do czystej zabawy, mimo tego co skojarzeniowo skonfrontowanego usłyszałem na przykład w A Necessity, stąd w kolejnych fazach dopatrzyłem się poprzez dosłyszenie, iż jakby ktoś w Semiotics wpasował mruczanki mega przekozaka z Viagry Boys, to byłby to numer Szwedów plus Amerykanina - prawda? :) Nie powodują jednak owe rozpoznania, jakobym miał potrzebę napisać, że Tramhaus kopiuje tego czy tamtego, bo to nieprawda i Tramhaus jest bezwzględnie Panem własnej twórczości, a style może nieco się mieszają. To po prostu wysokiej jakości, kreatywna nuta tętniąca życiem, którą rzecz jasna można bez problemu definiować przez pryzmat ejtisowych wielkich gatunku, ale ja tego nie zrobię. Być może dlatego, że ja wielkich gatunku, gdy wielkimi byli nie słuchałem, bowiem lat miałem za mało, albo nie otaczało mnie środowisko starszego brata, w punku i zimnej fali po szyję tułów trzymającego. Taki los starszego rodzeństwa, że ono szlaki przeciera i ślepia młodszemu otwiera, stąd niewykluczone że ja mogłem też wpłynąć (choć jak jak wiem zaledwie przez moment :)) na to co do uszu siostra moja wciągała. Tak czy inaczej i ten tego... jak chcecie to czym jest Tramhaus sprawdźcie, albo w sumie mi wszystko jedno - ja znam, słucham i czekam z wypiekami na już zapowiadaną studyjną dwójkę. ZA-JE-BI-ŚCIE!
sobota, 11 lipca 2026
Crippling Alcoholism - With Love from a Padded Room (2024)
Dwójka Crippling Alcoholism przeszła latek dwa, niezauważona pod moim radarem, tak jak naturalnie debiut o którym jeszcze nie mam do tej pory zielonego pojęcia. Przyjdzie czas zapewne aby przyczaić co grali, zanim weszli jak się okazuje dość mocno w rozpoznawalny nie tylko w głębokim undergroundzie przebłysk oryginalności, zaczynając wypływać na wodę szerszą, gremialnie przez zaawansowaną w wyławianiu perełek krytykę zostając docenionym. Pewnie szybko bym się o istnieniu tejże bostońskiej ekipy nie dowiedział, gdybym nie lukał gdzie trzeba i podczytywał w miejscach właściwych. Super że jest grono maniaków dziennikarskich, którzy trzymają rękę na pulsie i pośrednio inspirują takich maluczkich z Pierdołkowa jak ja. Tegoroczny krążek Crippling Alcoholism był dla mnie niezwykłym odkryciem, w trudnym czasie i nieomieszkałem o tym przy okazji quasi refleksjo-recenzji z lutego donieść, więc można doszukać się w archiwum, w miarę obfitej jak na standardy blogaska opinii. Tutaj tylko dodam w temacie Camgirl uzupełniająco, iż mieliłem wspominany od niemal pół roku, a nie były to łatwe seanse, bowiem mieszał we łbie, dociskał do ściany, także obsuwał ziemie spod nóg. Nie pomagał do momentu aż sytuacja mentalna uległa poprawie i względnej stabilizacji, wówczas na pełnej i z komfortem psychicznym bardziej znaczącym, zacząłem delektować się jego zawartością, ale jeszcze długo nie miałem odwagi aby skonfrontować się z dzisiaj poddawanej autopsji With Love from a Padded Room. Na dystans trzymałem, gdyż głównie przez obrazek z koperty się obawiałem, ale jak już schwyciłem okazję, silniejszy i odporniejszy, to się nie mogę od trzech dób od dwójeczki w katalogu Amerykanów uwolnić. Jednakowoż nadal bardziej sympatyzuje z trójką, ale nie mam wątpliwości, iż zawartość krążka z 2024 roku wejdzie już za moment na ten sam poziom wstrzykiwanego w krwioobieg hipnotyzującego zaangażowania, jaki doprowadzi do znajomości wszelkich niuansów i melodii, w każdej jednej depresyjnie urzekającej kompozycji. Ekscytujące momenty i eteryczne wątki z pewnością posiadają takąż moc sprawczą. Intensywnie wszędobylskie plamy syntezatorowe wypełniają potężną przestrzeń, podbijane wyrazistymi partiami wybuchowej perkusji i płynącymi wraz z falą elektroniki inspirowanymi zimną falą akordami, a wszystko wybrzmiewające niczym nakładające się na siebie echa. Tutaj mechanika syntetycznej powtarzalności spotyka się z chłodem skondensowanego, mozolnego dźwiękowego emocjonalnego rozedrgania, a efektu całości dopełnia otulający, aczkolwiek ponury głos, czysto wypełzający z niby klaustrofobicznej otchłani. Każdy detal trafia w punkt i koncepcja jest niezwykle spójna, bo głębokie przytłumione pomruki opowiadają historie trudne, niepokojące, ale z rodzajem wyhodowanego na doświadczeniach, oswojonego dewiacyjnego cierpienia. Raz człowieku podatny wejdziesz w ten świat, a Twoja zbroja zostanie rozpuszczona i zaczniesz myśleć, iż wszystko czego złego doświadczyłeś da się przekuć w siłę i spojrzeć bólowi z podniesiona głową prosto w oczyska. tylko tak to sobie wyobrażam. ;)

















