Wydanie Character i Stabbing the Drama Soilwork to podobny przedział czasowy i ten sam w zasadzie gatunkowej przynależności przydział, ale jeśli mnie pamięć nie myli o albumie Soilwork wówczas bardzo dużo się pisało, a krążek Dark Tranquiliity przeszedł bez podobnego, napędzanego intensywną promocją w metalowych magazynach echa. Zastanawiam się nad tym niewiele już znaczącym faktem po latach, gdy ostatnio częściej u mnie gości siódemka ekipy warczącego Mikaela Stanne, niż świetna, lecz do znudzenia chyba wówczas osłuchana szóstka ekipy Stanne krajanów. Być może Stabbing the Drama była bardziej wyrazista, a na pewno mniej tradycjonalistyczna w traktowaniu melodyjnej szwedzkiej "death" metalowej stylistyki, przez co wysunęła się w tej rywalizacji na przód, bo jeśli brać pod uwagę kwestię złożoności i jadowitości ciętego riffu, to Dark Tranquillity myślę wygrywali i wygrywają. Domniemuję też przy okazji, że Character to album jaki próbował być quasi progresywny i to poniekąd mu się znakomicie udało, ale nie tracąc tym samym na energetycznym potencjale, tenże potencjał uważam na maxa, jeśli mówić o muzyce dryfującej ku rozwijaniu wątków i eksplozji napięcia na praktykę przekładający. Równie trafnie mógłbym Character określić jako udaną kontynuację kierunku na nowo otwartego na poprzedniczce, bo Damage Done powracało do konkretnego jebN-ięcia, rezygnując z czystych wokaliz, zachowując melodykę riffu, czyli nawiązując do początkowego okresu w twórczości autorów ikonicznych płyt tego bardziej lajtowego, określanego göteborskim "deathowego" trendu. Ja też siódemkę wciąż jako raczej już niedzielny fan stylistyki kupuję, bowiem to materiał niezwykle przestrzenny i na szczęści nie sprowadzony do funkcji podrzucania wyłącznie refrenów do nucenia, przez co można dłużej i głębiej w tych oczywiście absolutnie nie odkrywczych strukturach myszkować, a najbardziej to jednak cieszyć się świetnymi riffami, solidną sekcją oraz podbijającymi klimat, bo z tła się wybijającymi dość futurystyczne obrazy w wyobraźni malującymi klawiszami - a może to sugestia tylko okładkowa? Lubię, szanuję itd. - mniejsza z tym co Character wywołuje, ważne że przyjemności dostarcza.
wtorek, 21 stycznia 2025
czwartek, 8 sierpnia 2024
Dark Tranquillity - Haven (2000)
Nie poszli wówczas za ciosem, nie zmiękczyli swojej muzyki jeszcze bardziej niż na zdecydowanie przełomowej Projector (przełom stylistyczny mam na myśli), bowiem nie doczekali się zapewne lawinowego wzrostu popularności związanej z wprowadzeniem czystych zaśpiewów, a wręcz przeciwnie, odezwały się głosy niezadowolenia ze "zmiękczenia". :) Byli jednak na tyle uparci we własnym przekonaniu i konsekwentni muzycznie, że bliżej Haven do poprzedniczki niż do wszystkiego innego co przed nią powstało, a muzyka być może nieco bardziej agresywna, w rzeczywistości niewiele różniła się od tej z materiału sprzed około roku. Stanne częściej zdzierał po swojemu ryja, niż wchodził w bardzo staranne czyściutkie frazy (chyba he he, jakiś dźwięk tu głęboko krystaliczny z siebie wydobył) i dopiero na kolejnym albumie Szwedzi przypomnieli sobie że kiedyś katalogowano ich jako melodyjnych, ale jednak death metalowców. W sumie Haven to najtrafniej określając pomost pomiędzy Projector, a Damage Done, a innymi słowy na przestrzeni trzech albumów wpierw odważne urozmaicanie, dalej rozkrok i poniekąd powrót, choć nie taki dosłowny do korzeni. Gdy teraz Haven w słuchawkach mi wybrzmiewa raczej ani ziębi ani grzeje, a klawiszowa wkładka (na tych trzech za jednym zamachem ogarnianych tu płytach) obecna w jego formule pozwala z łatwością ją przyswajać, ale żebym miał ochotę na kolejne sesje, to już nie bardzo takie wrażenie po sobie pozostawia. Na świeżo, kiedy wraz z Haven wchodziłem w nowe millenium dostawał więcej szans i w znakomitej większości każda owocowała przerzuceniem taśmy ze trzy razy na drugą stronę. Od tamtej pory minęło niemal pół wieku, a że ogólnie melodyjny, bardzo lajtowy death metal, albo (pozwolę sobie z szacunku do "metalu śmierci" na konieczną przecież zmianę szuflady) nowoczesny i drapieżny heavy metal nie wypełnia mojego czasu nazbyt często, to fakt że mnie uszy nie bolą kiedy Haven przeze mnie przepływa, odbieram jako jego sukces. W moim przekonaniu nie zestarzał się aż tak jak produkcje In Flames, które równolegle powstawały, a że w moim osobistym, maksymalnie subiektywnym rzecz jasna rankingu Dark Tranquillity z innymi krajanami, a dokładnie z Soilwork przegrywają, to chyba tylko rola niuansów, a być może nawet zbiegów okoliczności, tudzież większej nieodporności na aksamitne brzmienie czystego wokalu Björna Strida. Tak się składa, iż na kolejne materiały studyjne Soilwork nadal czekam, a na prace tak In Flames jak i Dark Tranquillity, to już tylko przy okazji - z ciekawości, albo poczucia dziwnego obowiązku.
środa, 17 kwietnia 2024
Dark Tranquillity - Projector (1999)
Rzucając po dekadach dwóch USZKIEM jednym i drugim, Projector to Dark Tranquillity profilowane na quasi akustykę - tyle w nim wioseł bez pieca plumkających. Kto to widział jednak, by tak z marszu po szarpiących i wręcz fragmentarycznie plujących gitarowym jadem The Gallery i The Mind's I można było nagrać album, w którym może góra dwa numery, to ogień całkiem konkretny, a reszta jest podbijana na całego modną wtedy mroczną elektroniką, a do tego sporo damskich wokaliz i sam Mikael Stanne praktykujący na równi swój krzyk z czystymi zaśpiewami - miksując te drugie w różnych konfiguracjach brzmieniowych. Średnie tempa, jak na he he "szwedzki melodyjny death metal" mnóstwo udziału parapetu i właśnie - płaczliwy głos Stanne! To mogło się udać jedynie na przełomie ostatniej dekady XX i pierwszej dekady XXI wieku i zostać pomimo oczywiście oburzenia największych radykałów zaakceptowane. W ch u mnie sprzecznych odczuć, a wtedy ja to kupiłem raczej bez utyskiwań, bowiem było to wówczas granie jakie Century Media intensywnie promowało i na jakim rozwijało swój ówczesny bardzo wysoki status na scenie - posiadając w katalogu wszystkie najgrubsze ryby z tej gatunkowej półeczki, gdzie w skrócie ostre gitary i gotycki klimacik. Faktem jest, że Dark Tranquillity do tego koszyczka wpadło bezkolizyjnie i się w nim nieźle umościło, jak i faktem jest, iż dzięki Projector przewietrzyli też swoją muzykę - próbując przyznaję całkiem udanie czegoś dla nich kompletnie nowego. Chociaż właściwie Projector się u mnie raczej nie kręci, to nie zasługuje z perspektywy czasu na krytykę totalną, gdyż piosenki z niego są sympatycznie przestrzenne i zróżnicowane oraz serducho może momentami podczas ich odsłuchu mocniej zabić. Tak wiecie - tak przygnębiająco romantycznie bum... bum... bum...! :)
niedziela, 27 sierpnia 2023
Dark Tranquillity - Damage Done (2002)
Chwila była i była to chwila na przełomie wieków, kiedy na Dark Tranquillity sie zwiesiłem, gdyż nagrali dwie takie przesłodko poniekąd rozczulające, a w teorii ekpsperymentalne albumy jak Projektor i Haven. Widocznie nie tylko ja kręciłem noskiem i wieści o takowej reakcji dotarły do muzyków (a może sami poczuli że nie - nie tędy he he droga), bo Damage Done natychmiast wówczas (tak, to już ponad dwie dekady temu) te plamy zmazał wstydliwe i najzwyczajniej jebnął jak przystało na band określany nie tylko z rozpędu jako deathowy - choć naturalnie w tej odmianie skandynawsko melodyjnej. Ja wiem (rozumiem też przez pryzmat zmniejszonego do poziomu minimalnego, mojego radykalizmu), iż Mikael Stanne dobrze radzi sobie w czystych wokalnych rejestrach, bo to głęboki jest głos, ale jak on skrzeczy i szarpie się uroczo we wywrzeszczanym growlingu, to więcej emocji z głosu (uprę się) wydobywa. Na Damage Done zero czystego śpiewania i świetne riffy na resorach z twardej galopady perkusyjnej z domieszką (bez przesady) klawiszowych teł, przez co na spójności krążek zyskuje, a i przebojowego sznytu wcale, a wcale nie traci. Oczywiście byli i tacy, którzy uznali po premierze DD za krok wstecz i oznakę stagnacji, bądź lęk przed strąceniem w otchłań braku maniaków wyrozumiałości, lecz ja też i dzisiaj wolę zdecydowanie DT w klasycznej poniekąd odmianie, niż niekoniecznie udanej pozie poszukiwaczy nowych brzmień, bo ta ich rzekoma "stagnacja", nie mogła być wprost kojarzona z brakiem ewolucji. Wyjaśniam że chodzi mi (po prostu - po prostu mi chodzi) o kierunek - aby był właściwy, a że "eksperymenty" z przestrzenią na wyraziste zaśpiewy i miejsce elektroniki bardziej wyeksponowane, zaprowadziły by ich w ślepą uliczkę, w której myślę tkwią i tak od lat, dlatego na bieżąco nie podniecam się ich wydawnictwami.
środa, 14 czerwca 2023
Dark Tranquillity - The Gallery (1995)
Dwójka DT, czyli jedynka z Mikaelem Stanne na głównym wokalu, a nie tylko wokalu wspierającym wówczas Andersa Fridéna (Skydancer), który postawił na karierę w In Flames i do dzisiaj jest wierny temu wyborowi, nagrywając raz słabsze, raz rzadziej lepsze materiały. To kwestia nie tylko subiektywnej oceny, bo wartość dyskografii In Flames obiektywnie rzecz biorąc od lat wielu jest obiektem nie sporów, a jasnej oceny starych jej miłośników. :) Oddając jeszcze przy okazji sprawiedliwość rzeczonym, to tegoroczny materiał (Foregone) akurat ma dobra prasę i OK, ale no - chyba się rozumiemy. Szkoda czasu i miejsca aby się rozpisywać o In Flames, kiedy na tapecie The Gallery Dark Tranquillity, więc zamiast odjazdu w kierunku marginalnych, a na pewno nie bezpośrednio oddziałujących kontekstów, przechodzę do sedna, czyli do maksymalnie osobistych wspominek! Zanim jednak (bo jest jeszcze jedna istotna sprawa), przypominam iż ekipa odpowiedzialna za pierwsze akcje pod szyldem IF niedawno zwarła szyki, wydając jako The Halo Effect bardzo zacny materiał debiutancki i już ptaszki z północy ćwierkają, że w przygotowaniu drugi - oby równie mile odgrzewający sentymenty. The Gallery natomiast, to po prostu modelowy przykład szwedzkiego MELODYJNEGO death metalu, czyli estetyki spod znaku galopującej pracy basu, nabijania dynamiki perkusyjną żywiołowością, solówek całkiem wymyślnych, tak chwytliwych jak dla utrzymania pozorów brutalności też jadowitych riffów, wokalu jazgotliwego i ogólnie gdyby nie akcje z ekstremalnymi detalami w postaci przede wszystkim ustawicznie zmienianego tempa oraz (nie tylko ja słyszę) skandynawskiego "zczernienia" atmosfery wycieczkami do black metalowych inspiracji (Dissection), w dodatku z wątkami akustycznymi, to słuchając znakomitej części zespołów melodic death metalowych, to słucha człowiek podkręconej wersji maidenowego NWOBHM. The Gallery poza tym to może nieco mniej dopieszczone The Mind's I (1997), a taki numer tytułowy, z tymi dziewoi wokalami, to oczywiście mniej śmiała wersja Insanity's Crescendo - nie mówiąc już o Lethe, wprost zapowiadającym charakter następnego krążka. W ogóle/w sumie dwójka/jedynka to bardziej brudna trójka/dwójka, bo brzmieniem obie różnią się od siebie i myślę że akurat na korzyść The Mind's I i dlatego jak w połowie lat dziewięćdziesiątych siedziałem w göteborgskim nurcie, to znacząco częściej kręciła się ona, a dzisiaj myślę, że absolutnie powinny wówczas kręcić się równo na zmianę.





