Jerry idzie za ciosem i trzeba przyznać, iż bardzo dobrze, gdyż jest w doskonałej formie kompozytorskiej oraz otacza się znakomitymi z różnych pokoleń muzykami o ciekawych osobowościach (m.in. McKagan, Bordin, Puciato), więc zawartość I Want Blood absolutnie nie rozczarowuje, mimo iż napisać o wydarzeniu o skali gigantycznej też nie sposób. Najzwyczajniej Cantrell nagrał materiał taki jakiego można było się od niego dzisiaj spodziewać - osadzony na solidnym, przewidywalnym w kwestii trzonu riffie, choć (i tutaj gromkie oklaski) riffie kompletnie jego od spuścizny Alice in Chains nie oddalającym, to riffie kapitalnie zakręconym i megaśnie wyrazistym. Wszystko co zajebiste na tej płycie swój początek ma w motywie prowadzącym każdy z numerów, a że one brzmią dość podobnie, to żaden problem, gdy człowiek natychmiast zaczyna sobie nucić to co słyszy, a tenże kluczowy riff (każdy, bez wyjątku) wibruje w nim, dostarczając ogromnej przyjemności. I Want Blood jest też tym, czego oczekiwałem po poprzednim solowym albumie Cantrella, a czego w stu procentach nie dostałem. Mam tu na myśli odczuty pewien zawód niewielki jaki Brighten wraz z premierą przyniósł, bo bardziej niż quasi akustycznych akcentów jakie zawierał, potrzebowałem rozwinięcia kierunku z przykładowo promującego ów, fantastycznego Atone. Domagałem się stąd przed premierą "krwii" świeżej porcji unowocześnionego, bujającego przyjemnie i zatopionego tak poniekąd w przeszłości AiCh jak wprost w jej teraźniejszości grania i to mam teraz jak w mordę strzelił do smakowania. Może być takie riffowanie oczywiście uznane za kręcenie się w kółko w tym samym pokoju pełnym zarówno artefaktów z czasów minionych, jak i wypełnionym sprzętem który pozwala staremu nadać nowy sznyt produkcyjny. Tak samo upoważnione są komentarze, iż Jerry autoplagiat przerobił na swój atut, a jeśli ktoś jest zawiedziony, że obecne płyty jego macierzystej formacji niewiele się różnią od jego solowych, ma do tego prawo. Fakt jest jednak myślę niepodważalny taki, iż nawet Ci co będą odrobinę marudzić i pytać, na cholerę solo i w zespole, jeśli nie trudno postawić pomiędzy oboma działaniami znaku równości, przyznają ochoczo, iż jakości im odmówić nie można. Jerry w konkurencji riff Jerry'ego jest bezkonkurencyjny, a że współpracuje (przypominam) z mocnymi nazwiskami sceny, to spojrzenie z innej niż autora perspektywy i dodane od kumpli i kumpelek trzy grosze powodują taki a nie inny stan rzeczy. Ten stan rzeczy to autocytaty plus potęga riffu (na kolana przy Throw Me a Line), jakieś pojedyncze ciekawostki ("gunsowy" vibe w Held Your Tongue) i od czasu do czasu pozwalające odpłynąć solo (piękne w Echoes of Laughter) oraz charakterystyczne wokalne frazowanie, które myślę nie tylko mnie kręci. Zatem poproszę o wspólne oklaski!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jerry Cantrell. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jerry Cantrell. Pokaż wszystkie posty
sobota, 26 października 2024
wtorek, 22 marca 2022
Jerry Cantrell - Degradation Trip (2002)
Nie będę kitował że zaraz po premierze tak mocno Degradation Trip do swego serduszka przytuliłem, a nie mam zamiaru kitu wciskać, bom człowiek zasadniczo uczciwy i właściwie to szczery. Nie przytuliłem solowego krążka legendarnego Cantrella, bowiem najzwyczajniej nie poczułem z nim chemii na odpowiednim poziomie i trzeba było sporego poślizgu czasowego plus konsekwentnej pracy odsłuchowej, bym tak jak w przypadku także ostatniego przed wiadomą tragedią w obozie Alice in Chains albumu, poczuł do niego/nich bardziej niż tylko względną miętę. Bez pieprzenia zbędnych farmazonów i dzielenia włosów na więcej jeszcze niż czworo oraz przez pryzmat zapoznania się przed kilkoma miesiącami z najnowszym solowym wypiekiem Jerry'ego donoszę, że Degradation Trip brzmiał i nadal brzmi niemal jak kontynuacja drogi zakończonej na s/t z 1995 roku, a ubiegłoroczny Brighten absolutnie nie prezentuje się tak, jak obecna twarz AiCh wygląda. Odsyłając przy okazji do właściwego tekstu w temacie Brighten i skupiając się na Degradation Trip wspomnę, iż to materiał mroczny i ciężki, chociaż rzecz jasna o jego potężnej walcowatej formule świadczą nie konotacje z ekstremalnymi gatunkami, a struktura wijącego się riffu Cantrella. Riff to w zasadzie mało skomplikowany i riff powłóczysty, a tym samym riff skąpy w fajerwerki, lecz bogaty emocjonalnie. Riff podbity konkretną sekcja rytmiczną, lawirującą między wolnymi a średnimi tempami i skupiający się na budowaniu tła dla pomruków Jerry'ego i raz elektrycznych innym razem akustycznych akordów wiosła. Płyta to skutecznie hipnotyzująca i niemal w specyficzny rodzaj transu wprowadzając pozwala pięknie uwagę skoncentrować na sobie samej wyłącznie - wyrywając mnie akurat bez problemu z objęć świata zewnętrznego. Jeśliby ona nie była tak przytłaczająco długa, a kilka numerów zostałoby przesianych przez gęstsze sito wewnętrznej krytyki Cantrella i nie byle jakich współpracowników (no no, Mike Bordin, Robert Trujillo), częściej gościłaby w moim odtwarzaczu, a tak słysząc w niej wiele dobra, mam też zawsze to wrażenie, że z tym dobrem tutaj przesadzono i gdyby z czternastu kawałków zrobić te 11-12, to byłby wtedy ten oczekiwany sztos. No tak myślę!
wtorek, 2 listopada 2021
Jerry Cantrell - Brighten (2021)
Zacznę od pełnej szczerości, a potem, wraz z kolejnymi linijkami tekstu nieco będę lawirował. ;) Po zapoznaniu się kilka tygodni temu z promocyjnym klipem do numeru Atone i kiedy pozwoliłem, aby w mojej świadomości się odpowiednio osadził, to pomyślałem, iż Brighten (nie ma bata) musi być jako całość albumem przed którym od razu po premierze (albo lepiej chwilę po) przyklęknę. Taki to jest kapitalny kawałek, ze wszystkim co akurat w dobrej nucie wielbię. Z całym misternie budowanym klimatem, w którym napięcie prowadzi do punktów kulminacyjnych, czy momentów zwrotnych, a bogata aranżacja z wyczuciem subtelności stylistycznych za każdym odtworzeniem na nowo zachwyca, bo odkrywa kolejne ukryte detale. Dodatkowo na korzyść gigantycznych oczekiwań przemawiał skład jaki za Jerrym Cantrellem stoi, a dwa z niego nazwiska, to raz Greg Puciato top obecny i Duff McKagan, top wciąż w miarę aktualny, ale bardziej mega top sprzed kilku już dekad. Pozostałe nazwiska (a jest ich sporo), to też żadne "nołnejmy" w branży i za każdym z nich jeśli nie jakaś pełna komercyjnych sukcesów kariera nie stoi, to umiejętności warsztatowych im nie brakuje. Zatem pierwsze newsy to zachwyt i bardzo mocno rozbudzony apetyt. Tylko że drugi singiel, czyli numer tytułowy odrobinę wysoką temperaturę obniżył i nie dlatego że słabo wypadł i teraz też słabo wypada, ale niczym nie zaskoczył, a powinien. Do kompletu zanim całość rozpoznałem, jeszcze Siren Song pod quasi recenzencki nóż została podsunięta i swoim brzmieniem (tu jest kilka fajnych aranżacyjnych drobiazgów) uroczego doświadczenia dźwiękowego przysporzyła, a nazwanie jej kompozycja uroczo klasyczną i intrygująco współczesną nadal podtrzymuję. Teraz znając już całość sam już nie wiem, czy jestem nieco rozczarowany czy całkiem zadowolony, bo w żadnym wypadku nie napiszę, iż to cieniutka płyta, ale ta semi akustyczna konwencja w jakiej osadzona, nie do końca do mnie trafia. Jako piosenkowa porcja jest fajna, ale brakuje jej wyrafinowania i surowości której wspomniany Atone jest znakomitym przykładem. Tak sobie teraz kombinuje i dociera do mnie, że Cantrell w tej nieco country-rockowej stylistyce, raz wypada jak rasowy Johnny Cash, by w kilku innych fragmentach zabrzmieć może nie po wieśniacku (red-nec-ku :)), ale jednak nazbyt prostacko. Zwyczajnie spodziewałem się większego ładunku mroku, a otrzymałem sporo melodii, które jednym uchem wpadają i drugim wypadają, a moje kolejne skojarzenie już płynie w stronę ostatecznie ostatniej solowej płyty Chrisa Cornella. Higher Truth miała potencjał i świetnie jej się słuchało, ale do czasu, bo piosenki były to przednie, ale jako aranżacyjnym perełkom jednak im brakowało. Tak to póki co widzę, jednak daję sobie w tym miejscu czas i przestrzeń, aby zdanie zmienić, bo coś czuja mam, że Brighten ma coś jeszcze pod tą swoją mięciutką fasadą. :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

