czwartek, 30 kwietnia 2026

Massive Attack - Protection (1994)

 

Kiedyś nie wszedłbym w to tak łatwo jak obecnie, bowiem drzewiej się bardziej ekstremalnym muzycznie było i wstydem okazywało się łykanie za jedną sesją deathowego i trip-hopowego stuffu, stąd wybory były bardziej ograniczone, a horyzonty węższe. Dziś, a dokładnie od prawie dwóch dekad mam delikatnie mówiąc wyrąbane na to co myślą Ci których zdanie jest niewiele więcej niż NIC warte, zatem ochoczo już od latek wielu wchodzę w wielogatunkowość, wybierając nie to co może oprócz tego że się podoba, to wypada słuchać, a totalnie każdy gatunek w którym trafię na ekipę jaka potrafi mnie zafascynować, zahipnotyzować i uzależnić. Gdy Protection premierę miało ansambl Massive Attack kojarzyłem, lecz eksplorując wówczas tereny metalowo zaawansowane, zwyczajnie czas cały poświęcałem na budowanie bazowej wiedzy o tejże gatunkowej przestrzeni. Ominął mnie kontakt z Protection u zarania i po czasie miałem z tym materiałem swój pierwszy raz i od tej pory uznaję dwójkę alternatywnych indie, trip-hopowców za materiał bardzo dojrzale rozwijający stylistykę i prowadzący jak po nitce do szczytowego Mezzanine. To tu elegancka elektronika i soulowa subtelność nabierają pełnie wspólnoty brzmieniowej, a wpływ zróżnicowanych, doskonałych warsztatowo i dopasowanych do klimatu, rytmicznych, emocjonalnych wokali powoduje, że tej "alternatywie" tak samo blisko do popowej chwytliwości, jak też nadal bardzo daleko od sukcesu przechodzącego w koniunkturalizm - bujają, ale w tym bujaniu jest zarazem płynność i odprężenie, jak i ambicja tworzenia utworów dalekich do banalności. W moim przekonaniu więc jazzują i swingują, czują funky czy reggae w ramach ogólnie pojmowanego trip-hopowego tripu. Leniwa i błyskotliwa (fajne bity i motywy) po prostu, relaksująca i angażująca nuta, która nie wymaga jakiegoś głębokiego osłuchania, ale i nie sprawia wrażenia skrojonej pod prezentację mainstreamową. Subiektywnie kapitalna estetyka, idealna do chillu - obiektywnie, dziś już szlachetny kanon gatunku.

P.S. A na dodatek na finał, na żywca zarejestrowany cover "doorsów" w wersji, no ja nie wiem ja nie wiem, ale bioderka chodzą. :) 

środa, 29 kwietnia 2026

Nan Fang Che Zhan De Ju Hui / Jezioro dzikich gęsi (2019) - Yi'nan Diao

 

W oczy rzucają się barwy, duża ilość wyrazistych podświetleń, co czyni z tytułu rozpoznawalny nie tylko przez wzgląd na pochodzenie, ale jaskrawości w hipnotyzującym ilustracyjnie obrazie. Czyste soczyste zielenie, żółcie wszelakie w brązy przechodzące i wściekłe czerwienie, a nawet totalne fiolety zalewające neonowo całe pomieszczenia. Całość to przede wszystkim wizualny majstersztyk, może nieco przesadzony, ale z pewnością robiący wrażenie, pulsując paletą odcieni, półcieni i światła - sztucznego w nocnym szemranym miejskim otoczeniu i naturalnego, w licznych też ujęciach bujnej przyrody. Nie rozpoznałem wcześniej wystarczająco z czym będę miał do czynienia i spodziewałem się (w sumie nie wiem czemu) bardziej romansu niż ulicznej gangsterki, a dostałem zatopioną w półświatku, ambitnie poetycką, kryminalną historię policyjnej obławy, zdrady, walki o wpływy i rozliczeń - pościgu za jak zrozumiałem dość przypadkowym zabójcą stróża prawa. Krwistą nader momentami, efekciarską jatkę (scena z parasolem), ze sztuką walk na pieści i kończyny dolne, nie stroniącą też od wykorzystania wszelkich przedmiotów niebezpiecznych traktowanych jak broń biała (parasol :)) oraz rzecz jasna ostatecznej w użyciu, broni palnej. Sterylną jak i gęstą, parną produkcję - bowiem wilgoci od cholery, w okresie chyba pory deszczowej. Kolorową estetykę modern noire, nawiązującą zakładam do mocno mrocznej futurystycznej miejskiej atmosfery podobnej do tej z kultowego Blade Runnera, lecz osadzoną współcześnie, w zatłoczonej, obskurnej chińskiej przestrzeni. I fajnie!

wtorek, 28 kwietnia 2026

Eojjeolsuga eobsda / Bez wyjścia (2025) - Chan-wook Park

 

Ja się uczę, wciąż się uczę kina i przede wszystkim dość brutalnie dramatycznego poczucia humoru azjatyckiego, więc ocenianie każdej produkcji z tego rejonu jest dla mnie jeszcze mało proste i obarczone zagrożeniem nie zrozumienia specyfiki klimatu. Usprawiedliwiam się bowiem nie chcę nie docenić, czy wręcz swoją ignorancją ewentualną obrazić tak twórców jak i zaawansowanych fanów formy z egzotycznego kraju pochodzenia. Podobno Bez wyjścia (co mocno zaskakujące) oparte jest na powieści amerykańskiego autora i w założeniach miało być realizowane w Stanach, ale coś tam, coś tam nie teges i finalnie jest, ale w innym kulturowym anturażu. Może przez to mnie laikowi przypomina formułą oraz miejscem zakorzenienia Parasite i stąd mam ten problem, że niekoniecznie wlazłem w jego metodologię, a może chodzi o to, że Chan-wook Park stworzył hybrydę kina zbudowanego na fundamencie obyczajowo-społecznym, w klimacie przymrużonego oka wklejonego w slasherową makabrę. Gorzką, makabryczną satyrę, z rozbudowanym scenariuszem, wyobraźnią autorów bez niemal hamulców, do której potrzeba niemałego dystansu i bardzo otwartego umysłu, bo mimo że chwilami uznawałem, iż to takie poprzeginane, że aż mega zabawne, to mam odczucie obcowania z kinem pod pozorem zimnokrwistego szołmeństwa mocno intelektualnym, bowiem widzę iż są tu dna - drugie dno i może nawet dno trzecie. Treść w uproszczeniu odnosi się do kapitalistycznego kultu pieniądza i azjatyckiego siłą rzeczy kultu pracy, bez której duma męska kompletnie zostaje pozbawiona męskości. Krytyki korporacyjnej bezduszności i traktowania pracownika niemal jak maszyny do wykonywania danych czynności, stawiając pytanie podstawowe jaka jest moralna też granica odpowiedzialności - jakie są granice determinacji biedaka odprawionego z kwitkiem w realizacji celu i obowiązków pracodawcy wobec pracownika.

poniedziałek, 27 kwietnia 2026

Umi Yori mo Mada Fukaku / Po burzy (2016) - Hirokazu Koreeda

 

Jeszcze sporo, sporo bardzo z filmografii Koreedy zostało mi do poznania i będę się starał (sobie obiecuje) systematycznie, jeśli los pozwoli, wkraczać coraz głębiej w jego przeszłość reżyserską. Obraz z roku 2016-ego rozkręca się bardzo powoli (finalnie oplatając i przyjemnie przytulając z kubkiem herbaty pod ręką), a pisząc to myślę tutaj o sposobie w jaki reżyser wciąga widza w sączoną z wolna współczesną przypowieść obyczajową. Bez nadęcia, rezygnując kompletnie z krzykliwego dramatyzmu, możliwie najzwyczajniej odkrywając sytuację i pozwalając tym samym (czas dając) na zaprzyjaźnienie się z bohaterami, pośród których jeden główny i wokół niego w systemie powiązań rodzinnych i zawodowych istotnych postaci wiele. Bowiem to opowieść esencję wyciskająca z wielopoziomowości, tak rodzinna w sensie wspólnotowego sensu, jak i psychologicznie indywidualna - przez bohatera przykładowo ze względu na ukrywaną wstydliwie słabość, niepraktyczną finansowo i komplikującą bliskość "nieporadność", zarazem paradoksalnie w sobie akceptowaną. Brak sukcesu zawodowego pomimo talentu i pasji, nieudana próba bycia mężem i ojcem (cechy osobowościowe niesprzyjające), skutkujące samotnością pośród ludzi. Naturalnie, bardzo starannie kaligrafując Koreeda pisze tą historię, splatając drogi poszczególnych postaci, relacje wewnątrz rodzinnego układu, gdzie niby wszystko gra pod względem szacunku, ale nie brakuje też małych uszczypliwości, bowiem jak to zwykle nie wszystko jest idealne, chociaż na pozór prawidłowo funkcjonujące. Nostalgiczne, sentymentalne i przede wszystkim empatycznie subtelne kino - w swej prostocie formalnej uroczo prawdziwe, a w psychologicznym ujęciu skomplikowane kwestie psychologicznych indywidualizmów, w złożonym systemie ukazujące niezwykle przystępnie. Scenariusz zmierza do punktu kulminacyjnego, którym nadchodzący tajfun, jaki przy delikatnej mądrej i przebiegłej babcinej manipulacji staje się okazją do spędzenia wspólnie czasu osoby z rozproszonej (świadomie nie używam określenie rozbitej), mimo to niekoniecznie skłóconej rodziny. Pojawiają się wówczas głębsze, intymne rozmowy i interakcje na poziomie inspirującym, a film staje się znakomitym źródłem do analizy dojrzałego, z perspektywy czasu spostrzeganego życia - w ujęciu tak uniwersalnym i osobistym. Gdyby nie tytułowa i kluczowa nawałnica, nie byłoby tego niespodziewanego rodzinnego “pojednania”. Po tej burzy zostaną powracające wspomnienia - ona pozostawi niezatarty ślad, choć z pozoru nic ona namacalnie nie zmieniła.

P.S. Wyjątkowo ciepły film, z wyjątkowo z sensem i klimatem spójnym plakatem.

niedziela, 26 kwietnia 2026

Radiohead - The King of Limbs (2011)

 

Po pierwsze okładka - fantastyczna, która przyciąga i myśl się pojawia zrazu, że fajowo by było gdyby zawartość tak jak obrazkowa mogła zahipnotyzować. Po drugie już się cieszę że jest większa szansa, bo to nie album o długości na pokaźną drzemkę, tylko zaskakująco krótki, zwarty materiał, jaki można by określić dłuższą epką niż typowym około godzinnym długograjem, charakterystycznym najczęściej dla Radiohead smęcenia. Zwarty i krótki to nie znaczy że mniej bogaty, bowiem mam wrażenie że w trzydziestu ośmiu minutach zawarto tu dużo więcej ciekawych pętli i urozmaiceń, niż w każdym innym kogoś innego krążku o takiej długości. W dodatku bardzo rytmicznie ukierunkowany The King of Limbs to tak bez zaskoczeń rozwijający ich styl materiał, jak znak iż coraz głębiej penetrują perkusyjne przestrzenie, wzbogacane dęciakami i podporządkowaną rytmicznym zabawom trip-hopową elektronikę. W sumie brak tutaj w większości typowej melodyki, rządzi rozedrganie i transowy minimalizm, więc słuchając wpada się w rodzaj hipnozy półsennej z której wyrywają ostatnie dźwięki i inaczej niż często w przypadku albumów z przesadzona długością, chce się jeszcze raz play wcisnąć, wracając na wygodna kanapę i na powrót wtapiając w wybrzmiewającą nutę. Przyciąga od razu uwagę niepokojący, dziś z perspektywy roku 2026 i debiutu takich muzycznych dziwaków jak Squid, bardzo ich stylowi podobny Morning Mr Magpie, a dalej kompozycje zdają się idealnie ważyć subtelną piosenkowość z nerwowym charakterem niepokojących, plamami wypełnionych suit - Lotus Flower. Najbardziej jednak przejmujący i poprzez promowanie przez Denisa Villeneuve w Labiryncie (Prisoners) w pamięć zapadł mi Codex i wszystkie jego doskonałe walory, stawiające utwór jako doskonale zaaranżowaną perełkę pośród najmocniej wzruszających rzeczy - wszystkich rzeczy w muzyce elektronicznej nietuzinkowych i minimalistycznych. Kocham Codex, wokal w nim Yorke'a i ten jego pohukujący temat, więc nie przestanę go darzyć uczuciem, tak samego w sobie w kontekście filmu, jak i części składowej świetnego longplay'a, zamykanego odprężającym Separator, klarownym i też intrygującym motywem jaki teraz koreluje ze Squid, odmiennym do startowego, ochoczo jazzującego Bloom.

sobota, 25 kwietnia 2026

The Black Keys - Dropout Boogie (2022)

 

Entuzjastą The Black Keys się nie ma mowy, nie nazwę - do Pana fana mi daleko, a moje zainteresowanie tym co od najbardziej chyba współcześnie rozpoznawalnego bluesowo-rockowego duetu w bardziej mainstreamowym wciąż, niż w typowo zawiaso rockowych pasjonatów światku radiowym lata, związane jest z wciąż ciekawiącym mnie pytaniem - dlaczego nie przykładowo The Blue Stones, The Black Pistols czy najbliższy popularnością bohaterów tematu Royal Blood, sobie na miejsce w zamian na stylistycznym szczycie zasłużyli. Dlatego lukam czasem w dyskografię typów z Ohio i sobie próbuje na kluczowe, wciąż bez innego pomysłu prócz "że fart, że odpowiedni moment, że promocja i że po prostu wtedy akurat AMERYKA". Tak tak, to te powody są nadrzędne i decydujące i nie mam pretensji, iż moi wymienieni na dwóch pierwszych pozycjach faworyci nie docierają aż tak daleka jak TBK, bo przykładowo rozumiem jak fajnie można sobie posłuchać w gablocie Dropout Boogie, który jak dla mnie, czyli raczej mało oplecionego ich mackami gościa brzmi przyjemnie bujająco. Wyobrażam sobie i nie jest mi trudno zamykając ślepia znaleźć się na Ameryki południu, czy na wschodnim wybrzeżu i w jakimś wypasionym klasycznym Cadillacu sunąc z akompaniamentem przebojów, które co uważam za zaletę nie zalały tak zamaszyście fal eteru jak innym się zdarzyło. To sprawia, iż krążek z 2022 odkrywany co czas jakiś nie ma możliwości aby się szybko znudził, tym bardziej że jak na moje ucho i porównując do tego co znam z ich dyskografii te kawałki kapitalnie łączą fajnego, swobodnego rocka, rock'n'rolla z bluesem (patrz przeDOBRY Good Love), jak i nawiązują z lekkością do soulowej zwiewności (How Long) - a to chyba numery najbardziej skrajne pośród tutaj zaproponowanych. Poza tym między nimi odnajduję wpływy country rocka (Burn the Damn Thing Down) i rzecz jasna cała paletę inspiracyjną z beztrosko kolorowego przełomu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Może jakby pokręcić trochę nosem pod koniec płyta się rozmywa i siada nieco, ale to nie powoduje, iż nie napiszę że jej nie darzę sympatią. Dziękując oczywiście za uwagę. 

środa, 22 kwietnia 2026

Better Man / Better Man: Niesamowity Robbie Williams (2024) - Michael Gracey

 

Bez ironii postaram się będzie - wprost przychylnie i szorstko jak trzeba, gdyż szczerość nadrzędna, kiedy jak pies do jeża podchodziłem, bo pomyślałem co to za pomysł, jak, ej? Brawurowa koncepcja z wygenerowanym szympansem miast aktorów imitujących Robbiego Williamsa - to zarazem genialnie bezczelne i alegorycznie błyskotliwe w swej prostocie, a jednocześnie mega ryzykowne i na pozór odrzucające już przed startem widzów przyzwyczajonych do poważnych standardów biopicowych. Kto jednak nie ryzykuje ten szampana nie pije, a postaci dystans do siebie i poczucie humoru idealnie z zamysłem się klei - pomyślałem i skuszony wysokimi ocenami puściłem się w te pędy znacznie spóźnione, w biograficzne show muzyczne wyreżyserowane przez niejakiego Michaela Gracey. ADHD-owy bohater i ADHD-owy z pozoru film i jak się okazało sprawna czysta rozrywka, ze szlachetnym przekazem i szczerym (mimo że z pewnością w kilku miejscach sugestywnie podkoloryzowanym dla efektu) sprzedaniem osobistej historii, awansującego do pozycji super gwiazdy, ambitnego popkulturowego estradowego artysty/łobuza. To z początku wzrusza, wciąga jak cholera jako klasyczna historia drogi z zapyziałej dziury w kierunku otwartego wielkiego świata i natychmiast czuje się sympatię do tej marzącej o scenach małpeczki i w takim klimacie nie pozostając wprost dosłownie długo, jednak do końca byłem w przeważającym procencie po stronie rewiowego Robbiego, w tej imponującej batalii tak o siebie, jak i własne marzenia. Uwiódł mnie niejako bogaty wewnętrznie jego świat, energia i impet ku przekorze oraz gigantyczna determinacja, choć wiara w siebie u podstaw dość mocno przez miejsce urodzenia i raczej odrzucenie wśród rówieśników ograniczona. Poruszyła relacja z babcią i zaimponowała babci wiara we wnuka - bowiem uwierzyłem i nie miałem ochoty uznawać, że to aranżowane wzruszanie. Wkręciła mnie też druga strona medalu do przepracowania - mroczna oczywiście w opozycji do kolorowej strona sławy. Kluczowe rozczarowanie, podrażnione ambicje, ego po zachłyśnięciu się uwielbieniem nabrzmiałe, psychoterapia w sumie od urodzenia do dzisiaj, ale w sumie to w założeniu i w rezultacie rozbudowana, widowiskowa, choć momentami niepokojąca i niegrzeczna, to w ramach istniejących ram dopuszczalnej poprawności, klasycznie ładniusia i empatyczna jest bajeczka z urokliwą choreografią. Świetnie zrealizowana, jakby nie była dosadnie efektami podkręcana, znośna w tym względzie, kiedy już po chwili żaden problem zamiast twarzy do tułowia przyklejona szympansa mordka. Całkiem okej sprawa - ale błagam,  bez przesady. :)

wtorek, 21 kwietnia 2026

Urchin / Łobuz (2025) - Harris Dickinson



Spadł koleś na samo dno, sypia pod chmurką i ryje sobie dziecinną jeszcze buźką po trotuarze, grając według brutalnych zasad ulicy, bezwzględnie jak się okazja zdarzy wykorzystując naiwność tych którzy kierują się w tym wielkomiejskim buszu jeszcze empatią. Taka niewdzięczność do znieczulicy przykładnie prowadzi, jedynie własnego bezpieczeństwa pilnowania, ale nie o tym w szerszym wymiarze społecznym scenariusz opowiada. Zdecydowanie o tym (jak się okaże) jak indywidualnie przy systemowym wsparciu próbować wygrzebać się z tego, zdaje się częściowo świadomego wyboru. Nic odkrywczego iż konieczna gruba determinacja i samozaparcie, zmiana sposobu myślenia i działania, ale to mało, bo mocno we łbie wbite niedostosowanie, emocjonalne huśtawki i agresywne wewnętrzne plus uzewnętrzniane napięcia oraz korzenie posiadające już w umysł wplecione narko-uzależnienie. Pokazał zatem debiutujący reżyser przykładową drogę, osadzoną w całkiem zmyślnie praktycznie ciekawych rozwiązaniach systemu pomocy społecznej jaki na wyspach brytyjskich funkcjonuje, dając widzowi poglądową lekcję życia w strefie ludzi poza oficjalnym obiegiem, z których niekoniecznie szanowana społeczność jest dumna - a to czasami błąd, bowiem przegląd jednostkowych historii jest szeroki. Bohater jednak mimo iż jego wspomniana dziecinna jeszcze buźka i uroczo nieokiełznany sposób bycia odruchy empatii wywołują, to jego kazus nie nadaje się jako wzorzec do naśladowania, gdyż w kółko się kręci i pesymistycznie dla niego przyszłość w otwartym finale się zarysuje. Ten łobuz zaskakująco uroczy w swoim nieokrzesaniu, jako ktoś doświadczony życiem, a tym samym mechanicznie społecznie ogarnięty, a nawet dość intelektualny z tej jaskini i otchłani (metaforyczne motywy modern artystyczne, jakie zostają nie bardzo przekonująco, choć uatrakcyjniająco bardzo, w aranżacje narracji wpisane) chce i nie chce się jednocześnie wygrzebać. Nie jest to akurat myślę problem nieskutecznie działających procedur opiekuńczo-resocjalizacyjnych, tylko raz słabego wobec nałogu charakteru, dwa cygańskiej duszy, która od codziennej nudnej dyscypliny woli beztroską póki co codzienną zabawę. Igrając k**** do czasu z losem!

P.S. Dodam iż Harris Dickinson, czyli ten młody, urodziwy i utalentowany, na fali sunący obecnie aktorsko Brytyjczyk, zagrał tutaj zaskakującą rólkę trzecioplanową i naprawdę mimo drobnych potknięć debiutancko z przekonaniem ten społeczny dramat z alegorycznymi wizualnymi artyzmami wyreżyserował.

poniedziałek, 20 kwietnia 2026

Crime 101 (2026) - Bart Layton

 

Najwyższego levelu klasyki kina akcji to to nie sięga. Nie dorównuje poziomowi FAJOWEGO klimatu sensacji sprzed trzech czy najlepiej czterech dekad, bo nie może, gdyż obecna rzeczywistość dotarła do wrót futurystyki i z urzekającą analogowością sprzed lat nie ma już naturalnie nic wspólnego. Być może, a może na pewno problem z gatunkiem dla mnie dzisiaj polega na tym, że mój pesel powoduje występowanie zjawiska sentymentu i potrzeby doznawania nostalgicznych emocji, gdy na kino owe patrzę. W sumie najszczerzej, to po kilkudziesięciu minutach lukania tak jak powyżej jedynie miałem krótko naskrobać, a że po jakimś czasie mocniej zażarło, więc i zaskakująco intensywnie podekscytowało, bo w sumie pomimo to to i tamto, nie mam się co dziwić, gdyż zawsze uwielbiałem opowieści o zmęczonych życiem ale w ch inteligentnych gliniarzach w starciu z przestępcami (czasami też na zakrętach życia, niezadowolonych z tego w jaką stronę dali się pociągnąć), to i zdanie w trakcie zmieniłem. Nie jest tak słabo z Crime 101 jakbym sobie wyobrażał, bo to porządnie ogarnięte kino, zbudowane na szlachetnych wciąż schematach, więc przewidywalne i szablonowo, ale i bez sprowadzania do żenady aspektów psychologicznych postaci traktujące, więc też bez dziwactw, większych przegięć, co stanowi jakiś plus w obliczu na przykład możliwości wszczepienia w fakturę totalnej nierealistyczności. Pomaga świetna obsada, gdzie mam ejtisowych weteranów (Nick Nolte), niedawnych aktorskich idoli, a tych najwięcej, bo Halle Berry wraz z pojawiającą się na chwilę Jennifer Jason Leigh pośród kobiet i Mark Ruffalo, czy Tate Donovana wśród facetów i tych którzy obecnie w nim dominują - patrzcie z uwagą na kompletnie dwa różne typy w osobach Chrisa Hemswortha i Barry’ego Keoghana. Mając takich skrajnych "amantów" podzielili więc scenarzyści przestępców na tych z zasadami, o wyższym poziomie mentalnym i tych brutalnie głupich, którzy mają w sobie więcej agresji niż rozumu, co także dodało pikantnego posmaku, w tym najczęściej gdy coś sobie doczytałem porównywanego do Gorączki Manna, całkiem sprawnego realizacyjnie ogarniętego i happy endem ekstremalnym sfinalizowanego mianstreamowego mimo zalet produkcyjniaka.

niedziela, 19 kwietnia 2026

Corrosion of Conformity - Good God / Baad Man (2026)

 

Wieść przynosząc o osobistej opinii, ja rymując donoszę, że już totalnie akcji typu podwójny krążek studyjny nie znoszę! Zdzierżyć jeszcze dość bez oporu potrafię, jeśli nadprodukcja kawałków powoduje, iż grupa wydaje dwa osobne krążki pod tym samym tytułem, w kilku lub kilkunastomiesięcznym odstępie czasowym. Najlepiej oczywiście gdy proces twórczy tak doskonały, że oba wydawnictwa trzymają ten sam kapitalny poziom, bowiem wtedy rozumiem problem urodzaju i trudności w podjęciu decyzji, że coś równie dobrego jak coś innego ma wylądować w szufladzie. Znaczy to ni mniej ni więcej w kontekście informacji o formie nowego wydawnictwa Corrosion of Conformity tyle, że usłyszawszy ją, nie byłem happy i z góry podchodziłem do niego z gigantyczną rezerwą. Stało się jednak tak, iż jakość w moim przekonaniu Good God / Baad Man usprawiedliwia szeroką koncepcję, ale ciesząc się zespołu formą, nie mam jednocześnie odczucia wystrzelenia ekipy firmowanej facjatą Peppera Keenana ponad wysokie, ale zawsze gdzieś o pół albo poziom poniżej tego co równolegle robił Down standardy. Piszę tu rzecz jasna o tych materiałach gdzie stylistyki wybrzmiewają raczej bliźniaczo, a akurat najnowszą kolumbrynę (jest długa i bujając miażdży) jednoznacznie z tą gatunkową przynależnością identyfikować należy. Pójdę wręcz dalej z tezą, że gdyby ktoś mi powiedział o odpale Anselmo i niechęci do ponownego nagrywania z ziomami (wiem że tak nie jest), a jego miejsce na przedniej flance zajął Pepper, to mógłbym uwierzyć że to zapowiadany jest z hukiem powrót legendarnej super grupy. Nie uważałbym jednak tego ponownego przyjścia w chwale za nawet najlepsze dokonanie od czasu zamykającej lata temu studyjne pełnowymiarowe wydawnictwa trójki. Przyklasnąłbym że są i na powrót i bez trzymania się przyrzeczenia o nagrywaniu wyłącznie epek chwycili za instrumenty, ale na kolana bym nie padał, bo jak dla stonerowej ikony byłby to szczebel niżej od wszystkiego długo-grającego co dotychczas podarowali. Natomiast na układzie odniesienia CoC zawartość Good God / Baad Man trzyma się miary podobnej dwóch poprzednich (z naciskiem na No Cross No Crown), a na plus tego co obecnie na dwupłytowcu słyszę działają takie urozmaicające instrumentalne perełki jak Bedouin's Hand czy Mandra Sonos - wiążące ze sobą znakomicie te wokalne numery. Wygląda więc to tak, iż wszystko jest względne, a najistotniejszy jest układ porównania, stąd mój stosunek do nowego przysadzistego jest może całkiem stabilny, lecz odrobine różny w zależności w jakiej dyskografii to usadowić. :)

P.S. Jest przychylny, ale gdyby zmontować jednak z czternastu indeksów krążek dziesięcioindeksowy, to byłbym jeszcze przychylny bardziej! Tylko co bym wywalił to teraz nie wiem. Znaczy wiem, ale nie wiem czy jutro czy pojutrze nie byłoby to coś innego. 

sobota, 18 kwietnia 2026

The Chronology of Water / Chronologia wody (2025) - Kristen Stewart

 

Spodziewałem się seansu bolesnego, ale nie przypuszczałem że przyjmę na klatę fizyczną dawkę cierpienia, w tak intymnej i do ekstremalnego bólu ciała i duszy nawiązującej formule. Przyczyny swojego niepełnego przygotowania upatruje w braku kompletnej wiedzy źródłowej powiązanej z fundamentem scenariusza, jakim literacko doskonała (podkreśla się jakość pióra) pamiętnikowa, poetycka i brutalna powieść autobiograficzna niejakiej Lidii Yuknavitch. Książka która według pierwszej na jaką trafiam informacji „jest zapisem życia autorki, poruszającym tematy traumy, utraty dziecka, seksualności, nałogów oraz uzdrawiającej siły pływania i pisania”. Wizualna interpretacja treści prozy niezwykle intensywnie zdaje się odzwierciedlać jeden do jednego pierwowzór, a domniemam tak gdy czytam, że "Yuknavitch bez lęku i zahamowań prowadzi nas przez własne doświadczenia, nie ukrywając egzystencjalnych kryzysów i nie uciekając od intelektualnych rozważań. Ma wielu przewodników, którzy pozwolili jej przetrwać lata niepewności, uzależnień i niewyobrażalnego bólu - od Joanny d’Arc po Kathy Acker, od markiza de Sade po Kena Keseya. Yuknavitch nie boi się dosadności, opisując ludzkie ciało jako metaforę tego, co przeżyte. Autorka imponuje szczerością i bezkompromisowością, odwagą, by pomimo przeciwności iść dalej." Miażdży Stewart dosadnością, szczególnie ilustrując wstrząsająco-przejmującą scenę porodu, powodując od początku do końca dzięki też znakomitej, cielesnej roli Imogen Poots, iż najcięższy kaliber dramaturgii można wpisać w bardzo artystycznie (arthouse, ten jeden z najambitniejszych) snutą opowieść - bez niemal chwili na oddech, mimo że formy narracji nie można określić dynamiczną. Czułem niemalże fizyczne katusze, tak silne iż wyszedłem ze ściśniętym brzuchem - zmaltretowany wrażeniem jakie na mnie to przygnębiające, a zarazem hipnotyzująco-fascynujące doświadczenie wywarło. Jeśli opisać to uczucie osobiście, to trauma bohaterki zarazem wywoływała u mnie współczucie graniczące z prowokacją do wymierzenia sprawiedliwości zewnętrznemu oprawcy, jak i jej sposób opisania auto-bezlitosnych konsekwencji oraz przebywanie niemal we wnętrzu rozedrganych, mimo że traumatycznych, ujmująco literacko ujętych wspomnień, powodowało wściekłość, że nie ma jednak takiej kary, jaka mogłaby zadośćuczynić popełnionym krzywdom i następstwom jakie mechanicznie psychologicznie ofiarę wprowadziły w zapętloną spiralę nienawiści większej do siebie niż przyczyny. Warsztatowo produkcja o której można by napisać, iż trudno uwierzyć że mogłaby być rezultatem kierowniczej pracy debiutanta/debiutantki, gdyby nie świadomość że to jednak fenomenalna, startowa wprawka Kristen Stewart i co kluczowe, jej jak się okazuje nieprawdopodobnie wrażliwej emocjonalności i wyobraźni do budowania kolażowo-ilustracyjnych, zawieszonych w świadomym, doskonale czutym, sugestywnym arthousie obrazów.

P.S. Dodatkowe punkty po przecinku, jeśli punktowe ocenianie nie jest obraźliwe dla tego typu kina, za drugi plan z weteranem Belushim i każdą inną wspomagająco kluczową kreację.  

piątek, 17 kwietnia 2026

Köln 75 / Dziewczyna z Kolonii (2025) - Ido Fluk

 

Pomysł koncepcyjny bardzo wypasiony, taki w deseczkę - podobało mi się między innymi wmontowywanie archiwalnych rzeczywistych ujęć i też nawiązanie bezpośredniej relacji z widzem, poprzez zwracanie się z poczuciem humoru do kamery, jakby wprost do mnie kierowano słowa. Tylko że te poszczególne atrakcje formalne nie do końca spójnie się integrują z całościowym zorganizowaniem quasi muzycznego spektaklu - opowiadaniem o karierze menadżerskiej, poprzez stronę dźwiękową, fascynacją sceną z pozycji bycia jej fanką. Może to w sumie i się w miarę fajnie kręci, ale wizualnie i aktorsko uprę się, iż nie jest porywająco - nie wkręca, nie zasysa, nie ekscytuje jakby mogło. Inaczej czuję, iż w miarę zainteresowany oglądałem, ale daleko mi do zachwytu, może dlatego że dynamika daje radę, ale jednocześnie powoduje odczucie chaosu, jakby miało to być kręcone na spontanie, ale bez naturalnej ikry - ta swoista improwizacja nie posiada najistotniejszych walorów, czyli nie jest unikalna, oryginalnie kreatywna, najzwyczajniej naturalna. Dramatyzm scen które miały wywoływać emocjonalny wstrząs, to też tylko porządna inscenizacja, a nie poziom totalnego przeżycia. Nic w człowieku nie pęka i nie pozostawia głębokiego śladu, tak jak wymiar muzyczno-rozrywkowy nie oddaje tak jakbym oczekiwał uduchowionego charakteru dźwiękowej oprawy - mimo że się stara i kładzie na ten aspekt liczne akcenty. Chcę przez to powiedzieć, że intencje są ambitne, ale efekt uzyskany wyłącznie poprawny i można by kąśliwie dodać chwaląc ironicznie, że akurat jeśli chodzi o poziom komponentów to jest równo, więc spójnie. Może gdyby warsztat reżyserski i aktorski był lepszy (nawet mój wychwalany zawsze John Magaro wypada bladziutko) - był zobowiązująco ekscytujący, to ta w założeniu bystra lekcja także teorii muzyki jazzowej, miałaby szansę zasłużyć na duże oklaski, podobne tym które należą się największym mistrzom nuty płynącej z intelektualnie i emocjonalnie rozedrganego wnętrza. Mam nadzieje że trybicie o co biega mi w tej krytyce. :)

czwartek, 16 kwietnia 2026

The Good Boy / Dobry chłopiec (2025) - Jan Komasa

 

To co spisuję czynię ze sporym jak na refleksję o kinowej nowości opóźnieniem, posiłkując się jedynie kilkoma zwięzłymi spostrzeżeniami zapisanymi i rzecz jasna pamięcią często już zawodną, gdy tym bardziej natłok filmowego dobra spory. Kojarzę iż po wyjściu z projekcji byłem zdecydowanie efektem usatysfakcjonowany, bowiem doceniłem doskonały casting, te twarze i fizyczne cechy mistrzowsko dobrane, ale i aktorstwo bardzo na tak, bo przecież pośród mniej doświadczonych odtwórców, osoby Andrei Riseborough i Stephena Grahama z niejednego pieca już aktorski chleb zjeść zdążyły. Wkręciłem się w temat i powracając do domu próbowałem usilnie zdiagnozować złożone powody stanu rzeczy, zasadność walki z konsekwencjami, pośród pomijanych tutaj przyczyn - wtórne wychowanie (określenie opisujące ponowne procesy kształtowania osobowości, często w opozycji do wczesnej socjalizacji, wzmacnianie zachowań w psychologii) będące w tym przypadku działaniem z szacunkiem dla wolnej woli lub czystą tresurą tłumiącą takową. Spojrzeć na resocjalizacje level hard, jako karę za krzywdzenie i zarazem szansę na inną perspektywę - być może po prostu perspektywę empatyczną. Samo doświadczenie krzywdzenia jako tak samo możliwe dla dobra przyświecającego celu i dla zasługującego na potępienie, dla wypuszczenia z siebie mrocznych, kotłujących się emocji wyżycia się. Mimo że szczegóły zawarte w drugim (a może pierwszym) angielskojęzycznym projekcie Komasy mi już uciekły, to ogólny wydźwięk i wnioski liczne we mnie jednak pozostały, bo Dobry chłopiec prócz atrakcyjnych cech porządnego thrillera (trzymanie w napięciu i z pełną koncentracją), daje do myślenia i nie oferuje wprost żadnych oczywistych odpowiedzi. Może poza jedną banalną, a fundamentalnie zawsze skuteczną, że trafione trudnych charakterów wychowanie, to bezpośrednie indywidualne diagnozowanie i oddziaływanie, szczerość ponad wszystko, konsekwentny wpływ prawidłowego przykładu i otoczenie bezpieczeństwem - eliminacją pierwotnych, z dzieciństwa lęków.

środa, 15 kwietnia 2026

Pfau - Bin ich echt? / Paw zwyczajny (2024) - Bernhard Wenger

 

Pokochałem od pierwszego wejrzenia, mimo że to taki chłodem oddziałujący, wystylizowany ulubieniec i nie do końca wiem o co tu biega, choć trochę się droczę, bo przecież to zasadniczo jasno podana motywacja i przesłanie wyraźne. Na mój gust i dotychczas wyedukowany filmowo rozum blisko Rubena Östlunda, a że ja z Rubenem czasem się jednak nieco siłuję, to jest to zaskoczenie swoiste, jeśli brać pod uwagę stylistyczne zbieżności. Debiut Bernharda Wengera spostrzegam jednak jako bardziej nieprzesadzony, a tym samym sympatyczny i zabawnie oraz zmyślnie plus przytomnie w skupieniu, z dystansem oraz balansem pomiędzy właśnie satyryczną ironią, a powagą, z aptekarską zimną precyzją, w nowoczesnym charakterze wizualnym i mentalnym, kino zaaranżowane. Z metaforycznym impetem w wyprowadzanych impulsach, doskonale wystudiowanym na potrzebę wytłuszczania dramatyzmem, pośród wszędobylskiej sztuczności kukieł na pokaz, z ekspresją opanowaną i spektakularnymi absurdami przyjmowanymi w możliwie towarzysko „najlepszym” tonie (scena z 60 urodzin :)), kapitalna to u podstaw i realizacyjnie koncepcja z wysublimowanymi kadrami, wypunktowująca celnie zanik autentyczności, w świecie łykanego na potęgę pozerstwa. Drąży specyficznie tam gdzie należy i metodą oraz technikami błyskotliwie ironicznymi - tak dla efektu jak i efektywności zasadniczej. Przemawia bez nadęcia, przekazując w niebanalny sposób oczywisty wniosek. Dzisiaj w świecie drapieżnego kapitalizmu, dla wizerunkowego sukcesu, opłaca się bardziej być emocjonalnie pustym, niż emocjonalnie, szczerze być po ludzku.

wtorek, 14 kwietnia 2026

The Testament of Ann Lee / Testament Ann Lee (2025) - Mona Fastvold

 

Skreślę teraz kilka zdań w kwestii filmu nowego Mony Fastvold (zaintryguje bądź zanudzę - na dwoje babka wróżyła), której pamiętam poprzedni, czyli Świat który nadejdzie zrobił na mnie niemałe wrażenie. Kiedy w dodatku sobie uświadomiłem że blisko współpracuje przecież z Brady Corbetem, będąc współodpowiedzialną za scenariusze do jego oryginalnego, tak monumentalnego jak brutalnie surowego kina oraz on nie pozostaje jej niewdzięczny i dokłada swoje do jej projektów, to miałem niemal pewność, że pomimo dość niepokojąco „metafizycznego” tematu Testamentu Ann Lee, będę z pewnością pod wrażeniem jego filmowego opracowania. Rzecz o wspólnocie Szejkersów (protestanckiej grupie religijnej, nazwanej oficjalnie Zjednoczone Towarzystwo Wyznawców Powtórnego Przyjścia Chrystusa, nakazującego celibat), a dokładnie początkach istnienia tzw. drżących kwakrów, przez pryzmat życiorysu „Matki” założycielki. Quasi musicalowa interpretacja niezwykłej historii Ann Lee (znakomicie aktorsko, bardzo fizycznie wypada Amanda Seifield - nie mając może tak indywidualnie obfitych partii wokalnych jak w Mamma Mia! ;)), której żywot to zarazem charyzma i gigantyczne poświęcenie, determinacja obsesyjna bliska obłędu, jak i równie intensywne cierpienie w pierwszej fazie dorosłości, które jak można się domyślić wpłynęło na jej postrzeganie bliskości fizycznej damsko-męskiej. Cierpienie na początek i z czasem przejmujące samounicestwienie z pomocą histerii nieżyczliwych, w anturażu niepokojącej aury i estetycznych, tak przyrodą i gorliwością religijną uduchowionych, jak brutalnych realiów. Dalej nadzieja, nowy świat zbudowany przez żarliwych wyznawców, którzy poszukiwali bezpiecznego schronienia przed niespokojnymi czasami, świadomi wyzwań niestrudzonej pracy i podporządkowania, niepodważalnej lojalności jakie przed nimi. Kłopot jednak w tym, iż praca tak jak i bliskość fizyczna jest naturalna, a tej drugiej “matka’ przez własne koszmarne doświadczenia zabraniała, a obok jeszcze rozszalała się wojna od której próbowali się pozornie tylko skutecznie odizolować. Przyznaję że poczułem dramatyzm wydarzeń, wstrząsającą wymowę, odczułem siłę ekstatycznych obrzędów oraz nie miałem problemu z wplataniem sekwencji „musicalowych”, bowiem one wkomponowane bardzo naturalnie, a nawet narracja bez nich snuta, mogłaby nie być tak sugestywna, czy choreograficzna perswazja byłaby niekompletna. Ponadto dla podkreślenia transowej atmosfery sporo scen w slow motion, w mistycznej, przejmująco kobieco ujętej aurze i dla równowagi wydaje z racjonalną krytyczną poniekąd jednak wymową. Mocne przeżycie, ale iluminacji ja nie doznałem, bo pewnie nie takie było założenie Fastvold i Corbeta.

poniedziałek, 13 kwietnia 2026

Mother's Cake - Love the Filth (2015)

 

Nie miłuje najmocniej, lecz najsilniej jednak na teraz Love the Filth pośród krążków Austriaków propsuje, bowiem on mnie najbardziej intryguje i wciąż jest poniekąd nie do końca odgadnięty czy przyswojony. Bardzo szanuje kolejny trzy dotąd wydane albumy, gdzie Mother's Cake stawał się za każdym razem bardziej dojrzałym, unikającym prostej drogi do większej popularności, poprzez przede wszystkim stosowanie uproszczeń w formule aranżacyjnej. Wszystko po materiale z 2015 roku posiada w sobie więcej przejrzystości, rodzaju chwytliwości przybliżającej do radiowej formuły, lecz niekoniecznie proporcjonalnie mniej rozimprowizowanego charakteru. Jednako pod tym względem żaden inny album nie jest w stanie dorównać Love the Filth, bowiem tutaj wszelki indeks, to fajne osobne tematy, ale i gigantyczna przestrzeń do prowadzenia ich w ciekawych, niekoniecznie szablonowo powielanych kierunkach. Świetny puls, doskonały groove, lekkość instrumentalnych wirtuozerii (nieoczywiste solówki), garażowy etos z chropowatym, organicznie przytłumionym brzmieniem oraz pomysłowość, chociażby w kwestii ubogacania samej muzyki kapitalnymi klipami - patrz Gojira, Void i Ecstasy. Ponadto funkowy luz, free jazzowe momentami odjazdy i post punkowa czy bardziej post grunge'owa stylizacja, tak wizualna jak naturalnie wykorzystana w manierze wokalnej. Wielka sympatia dla tej ekipy i żal że jak się pojawiają u nas w kraju, to ostatnio jakoś mi z terminami było po drodze. Jeden gig i jeszcze jako support w zamierzchłych czasach to dla mnie zdecydowanie mało. Gigantycznie polecam zapoznać i obiecuję sobie po latach zobaczyć ich na żywca jako punkt kulminacyjny jakiego spędu - na stówę w doskonałej formie. Mojej i ich! :)

niedziela, 12 kwietnia 2026

Bring Them Down / Bez przebaczenia (2024) - Chris Andrews

 

Będzie zwięźle i bez upiększeń, bo esencjonalnie i ascetycznie idealnie do tego co zobaczyłem pasuje. Jedno wydarzenie implikuje serię interpretacji i kolejnych sytuacji gdzie zemsta to reperkusja poczucia krzywdy. Nakręcająca się spirala przemocy i w konsekwencji obłędu prowadzi do tragicznego finału, który sam nie wiem czy nie jest jednak przesadzony. Mimo ekstremy, wydaje się iż jest mimo wszystko w drodze do końca realistycznie, bowiem kto wie do czego zdolny człowiek pod presją w opresji i po traumatycznych doświadczeniach dzieciństwa, dorastania. Obsada mocna i muzyka trafiona, bo te twarze i charakterystyczne mimiki celnie zdają się oddawać tak ducha miejsca jak okoliczności, a nuta to głównie złowieszcze uderzenia perkusjonaliów, co faktycznie pasuje i działa na wyobraźnię. Początek i koniec ze wspomnieniem wyjaśnia genezę reakcji i stanowi rodzaj zdolnego tłumaczyć zachowania pomostu, niestety jak od startu całość kopie, tak z czasem mimo że to dramatycznie twarde, makabryczne kino, to traci nieco impet.

sobota, 11 kwietnia 2026

Good Luck, Have Fun, Don't Die / Baw się dobrze i przeżyj (2025) - Gore Verbinski

 

Scena otwarcia, jeb*******ki majstersztyczek - przefantastycznego Rockwella. Aktorskie całościowo hocus pokus (porywająca szarża ryby w wodzie), w mega energetycznej, mega kreatywnej i mega mega zabawnej, mimo że przez odwołanie się do konsekwencji oddziaływania „EJ AJ” mało optymistycznej oprawie. Rycie bańki dowcipnie popuszczonymi wodzami fantazji, niepokojem czającym się pod powierzchnią odjechanej komedii post apokaliptycznej. Bardzo w punkt i bardzo na czasie, ze smartfon zombiakami i trwożącym kiciusiem - skojarzeniami jakbyśmy uczestniczyli w grze komputerowej, sterując intuicyjnie bez użycia pada bohaterem (podobieństwo stylizacyjne do Jamesa Cole’a z 12 małp Gilliama) z wieloma życiami, walczącym w towarzystwie kolejnego (być może tego właściwego) składu o przetrwanie ludzkiej cywilizacji w przyszłości. Piszą że próbuje Verbinski tutaj łapać mnóstwo srok za ogonki, mieszać rozumiem gatunki, gdzie ja widzę tylko wiązanie rozrywki z komentarzem społecznym oraz kapitalną wyobraźnię zaprzęgniętą do w atmosferze niezobowiązującej zabawy przestrzegania przed przegięciem ostatecznym. Pytam też dlaczego niby zabraniać kinu wciąganemu w towarzystwie słonego popcornu i słodkiej coli, być też trafną analizą słabej już i bardzo słabej potencjalnie rzeczywistości? Szczególnie gdy diagnozy i rozkminy jadące na kolorowym od fajerwerków jednorożcu są oparte na solidnym fundamencie realizmu! Kąśliwy czarny humor w abstrakcyjnym fartuszku ma tą siłę, że skutecznie trafia nawet tych opornych gdy ich obśmiewa. Dlatego między innymi kupuję to co zobaczyłem bez żadnego ale, zauważając i powtarzając za licznymi „zauważeniami” iż nowy Verbinski jedzie (piruety są, ale gleby zaliczonej brak) zarówno na jednej własnej firmowej rolce, jak i na wrotce która pomogła ostatnimi czasy zdobyć szalonej hybrydzie Oscara. Tyle że Wszystko wszędzie na raz ze mną do końca nie zażarło, a Baw się dobrze i przeżyj na pełnej mnie wkręciło i nie rozumiem dlaczego tutaj docenienia chociażby turbo roli Sama nie było!

P.S. Ja chyba nawet lepiej się bawiłem niż na Project Hail Mary - ale o tym dlaczego kiedyś.

piątek, 10 kwietnia 2026

Dead Man's Wire / Desperat (2025) - Gus Van Sant

 

Gus Van Sant kręci tutaj właściwie Pieskie popołudnie 2, piętnując bezwzględność i hipokryzję rekinów finansjery oraz zaznaczając rolę i moc sprawczą medialnej interwencji, w opartym na faktach, klasycznie zrealizowanym bo nawiązującym do wielokrotnie przepracowywanych szablonów stylistycznych, kinie spod znaku ogólnie heist movie. Pozornie bez większego wysiłku przedprodukcyjno-produkcyjnego ogarnia temat właściwie, lecz po seansie pozostało we mnie poczucie niedosytu, a powiązane być może ono z gładkim prześlizgiwaniem się przez kolejne etapy wydarzeń i zaniechaniu rozwijania pobudzających intelektualnie kontekstów pobocznych. Niby obsada gra jak należy i gra narracja oraz głównie konwencja, bowiem Desperat zainscenizowany jest zarówno surowo, kładąc nacisk tak na aspekt quasi dokumentalny, z wplataniem ujęć z kamery dziennikarskiej, jak i stawiając przede wszystkim na odzwierciedlenie realiów filmowania kina dramatu i akcji z lat siedemdziesiątych, ale coś mi to wszystko nie wgryzło się pod czachę jakbym oczekiwał. Miało być zakładam ekstremalnie gęsto od adrenaliny, napięciem obgryzanie pazurów prowokując i wiarygodnie rzecz jasna psychologicznie, a widz miał czuć jakby przebywał w środku wydarzeń, bądź obserwował je na żywo relacjonowane i te zdaje się jasne techniczne intencje są poniekąd zrealizowane, tylko że wszystko jednocześnie wydaje się takie perfidnie, sztucznie rozmyślnie wystylizowane, a być może i przez to opresyjne wobec postaci centralnej odczucia nie posiadają tak silnie oddziałującego wpływu na widza (przynajmniej na mnie), aby poczuć na maksa „tytułową” skrajną desperację ofiary stającej się z poczucia bezradności przytrzymującym zakładnika szaleńcem. Koncentracja uwagi też sfokusowana jest na pozornie fałszywej empatii jaka rodzi się pomiędzy dwiema ofiarami złożonej sytuacji i to ma siłę i w końcu empatycznie rusza, boli mnie widza, szczególnie gdy epilog wyraźnie tą kwestię podkreśla. Tylko że poza tym jednym bardzo intrygującym, niestety rozmywającym się detalem (który mógłby wyciągnąć wymowę na teren szerszy), pozostałe sprawiają wrażenie, iż zabrakło w realizacji naprawdę charyzmatycznego, szczerego, na cały gwizdek zaangażowania i tym samym potencjał zaprzepaszczono.

czwartek, 9 kwietnia 2026

Green Carnation - A Dark Poem Part II: Sanguis (2026)

 


Ooo ho ho ho ho ho! Wciskam play niczego ekscytującego ponad poziom satysfakcjonujący się nie spodziewając, a tu druga odsłona najnowszej płyty Green Carnation robi mi od pierwszego motywu do końca (poprzez liczne zmiany, w sensie aranżacyjnych zakrętów) niezłe przyjemne kuku. Sanguis otwierający trwa ponad dziewięć minut i ani przez sekundę nie zawiera w sobie mielizy, a podbicie kompozycji skrzekiem wokalnym odpowiednio rasowo mu siły oddziaływania dodaje. Przyznaję, spore zaskoczenie na plus duży, bowiem pierwsza część A Dark Poem ujrzawszy światło dzienne bodaj we wrześniu ubiegłego roku, a docierając do mnie gdzieś około dopiero stycznie bieżącego nie zrobiła na mnie wrażenia większego, rywalizację przegrywając jak pamiętam pisałem z równolegle przez In The Woods... wydaną Otrą. Tutaj wejście w płytę mam od razu z epickim pazurem, a za chwilę po wybrzmieniu subtelnej, czterominutowej ale jednak w kontekście miniaturki łączącej indeks pierwszy z trzecim kontynuację energetyczną otwieracza. Prosty zdawałoby się, ciężki zarazem riff trójki daje absolutnie radę, a przy przed finale złowrogo brzmiące głosy wzmacniają siłę przekazu. Tak tak, to potężne w całej rozciągłości krążka utwory - pół rockowo progresywne, pół gotycko klimatyczne, dark metalowe granie, które w tym momencie gdy zabrzmią jeszcze syntezatory pół folkowe kojarzy się z półką na jakiej stoi i ruszyć się nie da, bo sklejony ze stylistyką obecny Amorphis, ale ten Amorphis jednocześnie (no może poza za każdym razem na niemal każdym albumie pojedynczych chwytliwych killerów) deklasujący ciekawszymi, bardziej różnorodnymi pomysłami. Fakt, Green Carnation też może wydawać się w tej odsłonie w dłuższej perspektywie kontaktu przewidywalny, ale gdy Amorphis ostatnio mnie wprost od pierwszego odsłuchu niemiłosiernie zanudza, to do A Dark Poem Part II: Sanguis chcę powrócić i napawać się atmosferą jaką rozsiewa - co nie takie trywialne, także tymi deklamacjami podniosłymi. Przejmujący to materiał tak pod względem muzycznym jak i lirycznym, jaki w odróżnieniu od startowej części zapowiadanej trylogii, na kolejny, zamykający ją etap robi mi smaka. Thanks, mimo że klamra z końca jest semi akustyczna, to też jest autentycznie wzruszająca. 

środa, 8 kwietnia 2026

Black Label Society - Engines of Demolition (2026)

 

O tym iż uznaję i szanuję nowy krążek Zakka i spółki niech zaświadczy fakt, iż waham się czy po kilkunastu latach przesunięcia zainteresowania BLS na niewielki margines, w końcu nie dorzucę z takim logiem świeżynki do kategorii dłuższego korzystania i być może pozostania jej na dobre pośród klasyków ekipy, do której rzecz jasna wracam ochoczo choć nie wtedy naturalnie, gdy mam ochotę na nutę przełamująca stereotypy. Może też powrócę do wydanej aż osiem lat temu Grimmest Hits, którą nawiasem pisząc także swego czasu przyjąłem ciepło, mimo że po czasie (jak chyba przeczuwałem) ześlizgnęła się na owy marginesik. Z tym że być może teraz przez dłuższą przerwę wydawniczą jestem bardziej stęskniony za stylem BLS, więc i może szybko Engines of Demolition nie podzieli losu poprzedniczki (cholera wie!) i nie wiem, wyciągnie ją z cienia, aby przekonać się czym mnie tak przyciągnęła, a potem się z codziennej eksploatacji wykluczyła - nie trudno sobie w sumie na to retoryczne pytanie odpowiedzieć! Wiem tylko bez gdybania i opierania się na automatyzmach myślowych, że oprócz obowiązkowych nieco jak zazwyczaj miałkich, bo od kalki komponowanych ballad (wystarczyłaby jedna, uzasadniona w hołdzie dla Ozzy'ego) cała reszta huczy jak należy, będąc motorem napędowym dynamiki płyty. Liczy się fajny nośny i ciężki zarazem riff oraz wraz z jednowymiarowym ospałym charczeniem wokalnym, przeplatanym jedynie w miejscach ukajania serduszek nudą, rzecz jasna solówkami w ilości obfitej o typowej charakterystyce nasiąkniętego southern rockiem heavy metalu. Wiadomo było że Zakk przełomowej formuły muzycznej nie zaproponuje (prochu na nowo nie wymyśli), bo jest tradycjonalistą, potężnie owłosionym zawiasem przyszytym do jeansu i skóry. Mógł tylko potwierdzić dobrą, prawidłową formę i to uczynił. Między innymi harleyowcy wznoszą za Engines of Demolition toasty, a ja jak będę kiedyś w jakimś barze podchmielony też może jeden zaproponuje. Nie chadzam od lat nazbyt często do takowych alko przybytków, choppera nie dosiadam, a tym bardziej nie trafiam do tych pod które podjeżdżają i sieją trwogę odrodzeni starcy po szychcie w korpo, to i mogę z takimi odważnymi deklaracjami się wychylać. 

piątek, 3 kwietnia 2026

A Good Year / Dobry rok (2006) - Ridley Scott

 

Sympatycznie banalny ale i w swej przewidywalnej prostocie urokliwy romansik od (niewiarygodne) Ridley'a Scotta. Trochę się efekt zestarzał pod względem formy, bowiem nieco tu w kwestii montażu pokombinowano, a kombinacje w rodzaju tych co próby czasu dobrze nie znoszą, oczywiście w uniknięciu powyższego nie pomagają. Jednak jako niezobowiązujące kino przede wszystkim dla oka i serduszka, rodzaj próby stworzenia lekkiego melodramatycznego feel good movie w tak samo francusko-włoskim i wyspiarskim/angielskim stylu z Hugh Grantem bez Hugh Granta, jak najbardziej się nadaje i nie mówię jedynie o okolicznościach czarującej przyrody i architektury, ale o walorach obsadzonej w idealnie dla siebie charakternej rólce Marion Cottilard, jaka wygląda tutaj ZJA-WI-SKO-WO i bardziej ledwo na dwudziestolatkę energiczną niż tak jak było w rzeczywistości kobietę wówczas już trzydziestoletnią. W ogóle casting postawił na aktoreczki z wybitnie podkreślonym figlarnym biustem, co zapewne męską część widowni przez całą projekcję ów walor utrzymał przed ekranem mocniej niż intensywnie wkręcony w rolę Russell Crowe. Crowe niekoniecznie tak błyskotliwie uroczy jak się stara i jakby mógł tutaj znacznie lepiej wypaść delikatniutki, cherubinkowy Hugh. Całkiem fajna mimo to bezpretensjonalna rozrywka, nic ponad to i jeśli mogę zdradzić intymne skojarzenie, to naturalnie dla widoku tych wielkich oczu z woreczkami Marion (tak tak Lalu) przede wszystkim się zdecydowałem. Wszak sam pierdołowaty w tym nowym dla siebie bodaj gatunkowym kontekście Ridley, Russell spoko, lecz nieco w doborze do roli wątpliwy oraz w tle wielce charakterystyczny, bez potrzeby pierwszego planu zajmowania Tom Hollander nie mieliby żadnych szans mnie przed ekranem utrzymać, bez KLUCZOWEJ przyjemności łypania sobie oczkiem od samego dołu do samej góry na CZARUJĄCĄ niewiarygodnie Marion. :)

czwartek, 2 kwietnia 2026

Holy Smoke / Święty dym (1999) - Jane Campion

 
 

Zaskakująco dużo poczucia humoru, brytyjskim charakterem (w wydaniu konkretnie australijskim) przesiąkniętego, w filmie o tematyce śmiertelnie poważnej. Bez niego być może historia z pozoru „uwalniana od sekciarskiego ześwirowania” przybrałaby wyłącznie specyfikę nie do zniesienia, nabrzmiałą od histerycznej powagi. Nikt tu na szczęście niczego wprost nie ocenia - postaw zachowań czy motywacji. Więcej, sama Campion jak często bywa z premedytacją prowokuje do wzmożonego oburzenia, a to co z ekranowego kosmatego podpuszczania wynika, poddane zostaje wyłącznie wartościowaniu widza, ale rzecz jasna pomiędzy wierszami i w reakcjach aktorskich, sugestii jest bez liku. Rola Harveya, przemiana w działaniu ciekawie zostaje rozpisana, gdy z początku do akcji wkracza z impetem i od razu dominacje przejmuje, by wraz z rozwojem wydarzeń zupełnie stracić przewagę. To fascynujące w jaki sposób i jakie metody i techniki wpływu stosuje, by przed inną manipulacją uratować, ale też znakomita Kate nie pozostaje dłużna (to sedno tego obrazu), kiedy swoją zmysłowością młodą potrafi dojrzałego by się wydawało faceta owładnąć. To uwikłanie w gierkach jest niezmiernie interesujące, więc dyskusje pomiędzy parą głównych bohaterów to najlepsze co wydaje się mogło tej zmieniającej w trakcie charakter historii się przydarzyć. Wtedy do głosu dochodzi samo gęste emocjonalnie, zaczynamy rozumieć iż umysł jest buntownikiem, a nie sługą. Finał „dymu” jest na grubo, dramatycznie humorystyczny - groteskowo tragikomicznie zaskakujący. W sumie to rozwój sytuacji, scenariusza zawijasy powinny mnie na takie odjechane nieco rozwiązanie przygotować. :) Dobra zatem to psychologiczna rozkmina w lekko rozrywkowej formie i w filmografii Campion może nie to co najlepsze, co interesująco urozmaicające ogólnie ambitnie i niepokojąco przede wszystkim poważne. 

P.S. Ciekawi mnie czy Campion słabość iz amiłowanie do Keitela kochanka, sięgała dalej niż tylko poza zawodową styczność. AI oficjalnie twierdzi iż „Jane Campion i Harvey Keitel, mimo że są wybitnymi postaciami kina, prywatnie nie są parą. Łączy ich jednak wieloletnia, zawodowa przyjaźń i głęboki wzajemny szacunek, ukształtowany podczas pracy nad filmami".

Drukuj