Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rammstein. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rammstein. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 lutego 2025

Rammstein - Liebe Ist Für Alle Da (2009)

 

Najbardziej mi obcy spośród obcych albumów Niemieckiej supergwiazdy - bez właściwie konkurencji w obranej stylistyce. Gdy się na rynku pojawił miałem raczej mocno na Rammstein wywalone, bo siedziałem w zupełnie czymś gatunkowo odmiennym, a sentyment dla takiego jak wówczas uważałem (obecnie nie jest właściwie inaczej) jedynie kwadratowego grania zanikł nieomal całkowicie. Nie dziwi zatem iż co w obozie Rammstein kompletnie mnie nie obchodziło, a też nawet nie pamiętam abym zarejestrował głośniejsze dłuższe echo wydania Liebe Ist Für Alle Da - więc przeszło i jak się okazało na jakiś czas zamknęło to wydawnictwo studyjną działalność złotonośnej kwoki. W sumie to ja nie wiem też czy ta cisza wydawnicza to wyłącznie brak nowych krążków czy też porzucenie aktywności koncertowej i prawdę mówiąc nie bardzo chce mi się odszukiwać informacji - wstęp jak wstęp być musi i już praktycznie jest, zatem przechodzę do meritum. Rammstein coś tam coś zawsze grzebał w swojej praktykowanej formule, ale były to bardziej detaliczne zmiany, które nazwałbym zmienianym nieco makijażem, skupionym nie na ewolucji czysto muzycznej, a uatrakcyjnianiem na bieżąco formuły wizualnej / wchodzeniem na kolejne poziomy widowiskowości dla celów rzecz jasna merkantylnych. Księgowi zadowoleni, zespół bez oskarżeń o ocierającą się o maksymalnie nużącą stagnację - jest się z czego cieszyć, głupa nie trzeba rżnąć w wywiadach, jedziemy dalej. Okazało się jednak, iż wszystko niby w porządku (Pussy kontrowersyjne nakręciło pożądana spiralę), ale potem coś zbytnio ostygło i kolejny krążek po dekadzie dopiero uszczęśliwił maniaków. Przerwa była chyba konieczna, bo do najlepszych krążków w gatunku Liebe Ist Für Alle Da nie należy, będąc najzwyczajniej totalnie dźwiękowo oczywisty, kiedy nie brać na poważne pod uwagę że jest jeszcze wyraźniej zaserwowana spora pompa klawiszowa, epickie nadęcie, pomieszane świadomie z pastiszową wyrazistością. Taki w teorii mezalians to u Rammstein w sumie ostentacyjna norma, a jakieś dodatkowe balladowe plumkania to kolejny gwóźdź do trumny w postaci utknięcia w kopiuj/wklej formule, jaka dla (ku żadnemu zaskoczeniu) jest paradoksalnie i naturalnie motorem napędowym takiej gigantycznej Rammstein popularności. Twarde riffy i elektronika z rodzaju tej najmniej finezyjnej równa się techno metal ze stadionowymi aspiracjami. Innymi słowy raz w miarę ciekawie, innym razem kompletnie nieciekawie, a wartość w sensie słuchalności nigdy na niższym poziomie niż ten powyżej znacząco oceny dostatecznej. Żaden k***a cud! :)

poniedziałek, 26 sierpnia 2024

Rammstein - Rosenrot (2005)

 

Posiadali materiału podobno zatrzęsienie, a że jego wartość zarazem już chwilę wcześniej wydanego i "odrzuconego" według nich była podobna, to błyskawicznie po sukcesie Reise, Reise pojawił się Rosenrot. Album wypełniony jak wieść niesie numerami właśnie "odrzutami" z czasu sesji poprzedniczki okazał się podobnym sukcesem komercyjnym, jak ten co zadowoliło bardzo bardzo fanów przed zaledwie rokiem. Szybko i skutecznie, a też jak przyzwyczaili kontrowersyjnie teledyskowo (Mann Gegen Mann) czy fabularnie z rozmachem (tytułowy Rosenrot) z łatwością uwagę branży przykuwająco, więc nie można Rosenrot nie nazwać sukcesem tymże, jakby bliźniacze podobieństwo mega chwytliwych i stosunkowo balladowych kompozycji raczej na nudę podczas odsłuchów skazywało, lecz jak ktoś kocha bezkrytycznie ten „ramsztajnowy” puls i kołysanie w hymnicznym tonie, to nie ma bata - nie będzie na Rosenrot narzekał. Porządny album nic więcej według mej opinii - raczej stan stały w karierze Rammstein, a i aby być uczciwym pośród indeksów nie trudno znaleźć takie które jeszcze bardziej niż ogólnie album mogą w uszko powpadać. Spring, Wo bist du, ale też w kontrze opadające napięcie w końcówce albumu czy pomysł raczej słaby lub nijaki z duetem z Sharleen Spiteri, czy (każdy chyba zrobił oczy) tym latynowskim dziwadłem Te Quiero Puta!. Pewnie też coś znaczy, że po Rosenrot potrzebowali czterech kolejnych latek na stworzenie zestawu nowych przebojów i jeszcze bardziej, iż po tych czterech latach aż dekady, aby im się chciało i im się co najważniejsze udało. Każdy sobie takie sytuacje po swojemu jednak interpretuje. 

niedziela, 14 kwietnia 2024

Rammstein - Reise, Reise (2004)

 

Reise, Reise to już ten Rammstein poza moim wówczas bieżącym zainteresowaniem, które stopniowo topniało - wprost proporcjonalnie do kolejnych wydawanych studyjnych albumów. Mimo że kiedy dzisiaj, po bardzo konkretnej czasowej przerwie czwórkę sobie zapodałem, a wcześniej trójeczkę w kontrze do dwóch startowych krążków, to Reise, Reise i Mutter zabrzmiały zdecydowanie ciekawiej, bez względu na fakt niepodważalny, że najbardziej osłuchane numery tam na tych najstarszych albumach wybrzmiewały. Z drugiej strony postawienie na tej samej argumentacyjnej półeczce trójeczki i czwóreczki też pozbawione jest większego sensu, bowiem Mutter to kompilacja przebojowa, a Reise, Reise materiał bardziej surowy, w sensie mniej popowy, ale wciąż przebojowy, tylko w tym moim skromnym zdaniem ciekawszym wymiarze chwytliwej ale intrygującej natury. Może tak odbieram opisywany, bowiem nie osłuchałem się z nim wystarczająco i jawi mi się nawet teraz jako wciąż poznawany, ale coś w nim jest takiego odmiennego, że gdybym obecnie miał wybierać pośród wspomnianej czwórki, to tego wiercącego na przykład kapitalnym Dalai Lama bym do najczęstszych odsłuchów sobie wrzucał. Niejako ascetyczna wręcz podniosłość i przecząca logice pojęciowej brutalna majestatyczność króluje, ale aranżacje zdają mi się pomimo rzecz jasna już u podstaw stylu Rammstein przyspawanego do estetyki anty finezyjności, właśnie przekornie najbardziej błyskotliwe. Uważam iż czwórka inaczej osadziła i wciąż osadza się w mojej świadomości, szukając nadal dla siebie miejsca, z drugiej strony mając już to miejsce jak doniosłem powyżej, w hierarchii bardzo wysoko, bowiem czegoś na kształt Los na próżno szukać w ich repertuarze i taki kawałek bez nadętej kombinacji, a z pomysłem bardzo mi leży. Może jedynie pośród indeksów groteskowa i po prostu piosenkowa (sporo tego przecież podobnego nagrali) Amerika jest nieznośna, a Moskau mimo że klejące się do uszka nieznośnie, to jednak skonstruowana ciekawiej i mam do niej więcej wyrozumiałości. Ogólnie Reise, Reise ma u mnie może przesadny i pozbawiony poniekąd racjonalnej postawy handicap, choć wbrew definicji tego określenia, fundament/fundamentu któremu go daje nic nie brakuje i na pewno nie jest on upośledzony. Żeby być o tym przekonanym, wybrzmiewa mi właśnie Stein Um Stein - z kapitalnie podbijanym furczącym ciężarnym riffem i klawiszem quasi smyczkowym oraz balladowym stylem w mruczeniu Tilla oraz Amour - niby ballada, a jakaś taka zwichrowana i mnie się to podoba. 

sobota, 25 listopada 2023

Rammstein - Mutter (2001)

 

Gdy Mutter było wydawane, moje zainteresowanie jak się okazało największym od lat eksportowym niemieckim produktem muzycznym mocno ostygło, bo tak jak jedynka była czymś nowym na scenie, tak dwójka już oczywista kontynuacją od początku indywidualnego stylu, choć w mym przekonaniu słabszą od debiutu. Stąd w sumie trójka stała mi się już na wejście właściwie obojętna i bez emocji raczej z poczucia obowiązku przesłuchana, a ta popularność telewizyjna singli wcale nie pomocna, w tym abym Mutter potraktował odpowiednio poważnie, bowiem wiadomo - jak coś się podoba wszystkim, to jakoś raz nie wzbudza poczucia,  obcuje się z materiałem wybitnie intrygującym (he he elitarnym) i przekorna młoda rebeliancka dusza wymusza raczej uśmiechy lekkiego politowania, niż pełne uznania bicia niskich pokłonów. :) Taki Links 2 3 4 miał fajny teledysk, ale tak szybko przelatywał przez łeb, że nie zdążyłem się nim dłużej nacieszyć, choć ten motyw gitarusi to do dzisiaj bardzo szanuje, a największy chyba hicior w postaci Sonne ogrywany do znudzenia, mimo iż z obrazkiem z najwyższej "hollywoodzkiej" półki i charakterystycznym zaśpiewem kobiecym, mógł się podobać, jednak ulał się jeszcze szybciej niż Links. Wszystko się na Mutter w ogóle i szczególe zgadzało, uważam do tej pory iż jest to album dla Rammsteina przełomowy, znacznie lepszy od  Sehnsucht i egzamin trzeciej płyty został nim zdany celująco, ale żebym kiedyś i też po latach dzisiaj uważał, iż stanowi ikoniczne dzieło rockowej sztuki i można go śmiało zestawiać z innych najtisowo-millenijnymi klasykami, to mam wątpliwości, wiedząc iż ikoną popkultury tego okresu jest nazywany zasadnie. Jest Mutter krążkiem bezdyskusyjnie najbardziej spójnym w dyskografii ekipy Lindemanna, a na pewno tym przenoszącym ich ze statusu bardzo popularnej ciekawostki, do kategorii mega gwiazdy. Jest też jak na standardy granicy mocno popowego rocka i oryginalnego spojrzenia na mainstreamowe jego oblicze płytą niezwykle barwną - ktoś powiedziałby może  nawet eklektyczną, bowiem łączy w sobie dość szerokie inspiracje gatunkowe, wprowadzane zmyślnie w uniwersum "ramsztajnowej" stylistyki. Mozaiką swoistą i tak jak mógł robić mocne wrażenie od początku, tak to wrażenie nadal jest duże. Na pozór muzycznie zawsze stali niby w miejscu, bo dorobili się momentalnie własnego stylu i go nie zmienili, ale głupi byłbym gdybym nie zauważał, iż otwarte muzycy Rammsteina mieli zawsze głowy i pomysły, które w aranżacjach na zasadniczo twarde bębnienie i wyraziste riffy, to gdzieś w tle stanowiły nawet i rodzaj majstersztyku w ogarnianiu różności. Mutter uważam za pierwszy tak jasny przejaw ewolucji w ich nucie i wiedząc, iż na kolejnych albumach do tych osiągnięć kolejne dokładali, to Mutter jest najlepszą myślę wersją "ramsztajnowania", bowiem jawi się bardziej organicznie rockową, niż mechanicznie syntetyczną, a ja lubię kiedy w nucie jest dusza, bo ta dusza po prostu przyjemnie porusza. :)

czwartek, 7 lipca 2022

Rammstein - Sehnsucht (1997)

 


W niemal równo dwa lata po debiucie wydaną dwójkę, zaopatrzyłem się już jak najbardziej legalnie i świadomie, bez konieczności korzystania z kumpla uprzejmości i wyrozumiałości, gdy owa kopia jedynki na wieczne nieoddanie się u mnie zależała. :) Nie przypominam sobie jednak abym ten zakup uznał za jakiś znacząco trafiony i myślę, iż to właśnie Sehnsucht już wówczas w mojej subiektywnej percepcji na resztę przyszłych albumów Niemców położył się cieniem. Dwójka niby potwierdziła już wtedy wysoki status Rammstein na scenie i raczej nie przywołuje wspomnień, które aby jednogłośnie uznawały ją za artystyczną porażkę, tak samo jak nie kojarzę też euforycznego szału, jaki mógł akurat dla odmiany mieć miejsce dwa lata wcześniej. Sehnsucht wizualizuję zdecydowanie niewyraźnie obecnie, niby jak przez mgłę, oczywiście z wyjątkiem dwóch ostro przez kontekst filmowy promowanych Engel i Du Hast - charakterystyczne teledyski goszczące w popularnych ówcześnie stacjach muzycznych. Natomiast prawdę mówiąc muzycznie były to numery oparte jedynie na wbijającym się w pamięć motywie przewodnim, z gwizdaniem jeden i drugi z chórkiem, a poza tym dość licho aranżacyjnie opracowanymi, bo trudno mówić tu o czymś wyjątkowym w przypadku ubogiej elektroniki, która to dzisiaj na nowo odsłuchiwana razi programowym ascetyzmem ocierającym się o kiczowata prostotę. Jednolite tempa, powtarzalne konstrukcje z marszowym odliczaniem kolejnych linijek wersów niezłych tekstów, fundamentalny dosadny brzmieniowo i zapętlony riff, jakiś syntezatorowy tegesik wiercący dziurę we łbie i przez to pozostający w nim na długo po wybrzmieniu ostatniej nuty kompozycji oraz nie do końca przekonujące wokale, momentami bez opamiętania wprowadzane na minę słabego wyszkolenia technicznego i niepasującej do jego stylu ekspresji wydłużonego akcentowania. Z drugiej jednak strony medalu jest to ten krążek Rammstein, któremu najbliżej chyba do industrialu, z większym udziałem odhumanizowanego klimatu niż pogoni za przebojową chwytliwością i z istotnym wpływem hard core'owego brzmienia. Mimo to całość cierpi i ja cierpię dość mocno teraz, gdy na potrzeby tekstu archiwizacyjnego odświeżam zawartość "tęsknoty", za którą paradoksalnie nomen omen po dzisiejszym doświadczeniu podejrzewam już wcale nie zatęsknię. Nie wiem, może straszliwie błądzę i Niemców krzywdzę, ale nie mam grama poczucia winy, że krytykuję bez powodu.

P.S. Pytanie na marginesie brzmi, czy tylko ja słyszę że Till by tutaj chciał tak, jak w przyszłości zrobi to Serj Tankian?

sobota, 28 maja 2022

Rammstein - Herzeleid (1995)

 


Trzeba przyznać, że jakby bardzo popularność Rammstein nie była oparta na "szołmeństwie", tak w wydaniu teledyskowym jak i koncertowym, to ich zaskakująco skuteczna kariera, to nie tylko kapitalny marketing, ale też raz pomysł na siebie, błyskotliwa inteligencja (bo obserwacja, bo dosadny komentarz), ale i sprawność tak instrumentalna jak kompozycyjne rzemiosło rzetelne. Na piedestale od połowy lat dziewięćdziesiątych stoją i wciąż bez problemu utrzymujący pozycję, a to w obecnej rzeczywistości kolosalnego przesytu bodźców, ciągłej zmiany trendów i kompletnego zsunięcia się gitarowego grania na margines mainstreamowej popkultury, zaiste sztuka. To był zasłużony wstęp - wprowadzenie z przynależnym marce szacunkiem. Teraz zaś na prędce przechodząc do meritum, kilka linijek tekstu o debiucie niemieckiego giganta i przy okazji (bez tego się nie obędzie) wspominek ze smarkatych własnych lat wciskając. Herzeleid trafiło w moje łapska zbiegiem kilku okoliczności. Znalazło do mnie drogę oczywiście na nośniku zwanym licencyjną kasetą magnetofonową i jeśli dobrze pamiętam niemal natychmiast po swojej premierze. Nie przypominam jednak sobie czy za sprawą rekomendacji kolegi, czy sam wyciągając łapska po świeżą, pachnącą jeszcze farbą drukarską kopię, zabiegałem o jej wypożyczenie - jak się okazało wstyd jak cholera, na wieczne nieoddanie. Ale w sumie gdyby ofierze moich nieuczciwych praktyk na jej odzyskaniu zależało, to by przecież kolega wbił mi na kwadrat, bądź chociaż zadzwonił aby przypomnieć zapominalskiemu. Wówczas pokornie zwróciłbym własność, przepraszając oczywiście za zaniechanie - spuściłbym wzrok, w poczuciu winy tłumacząc się gęsto prosił o wybaczenie, obiecując iż nigdy więcej to się nie powtórzy! Bowiem starzy na złodzieja mnie nie wychowali, a tylko na zawieszonego w myślach pasjonata między innymi nuty. Wróć! Sam się takim stałem, bowiem przed codziennością (na marginesie rówieśniczego życia towarzyskiego funkcjonując) w muzyczny świat emigrowałem. :) Przesada, przesada, przesada, przesada aż bije po ślepiach - oddałbym własność rżnąc głupa i wrócił w objęcia szalonego rozrywkowego życia! Jak każdy dorastający mężczyzna w ówczesnych czasach! Ale kumpel o zwrot taśmy nie zabiegał, a wkrótce stała się ona częścią mojej wciąż rosnącej kolekcji takowych i istotnym, bo startowym fragmentem systematycznie od tamtej chwili kompletowanej dyskografii berlińczyków. Albumem wrastającym w nią naturalnie, co uczyniło ją po latach według prawa chyba ostatecznie MOJĄ. Teraz po zrzuceniu ciężaru z sumienia, mogę lżejszy o poczucie winy przejść do meritum. Hrzeleid był dla mnie jak powiem świeżości, jak coś zupełnie nowego na scenie skupionej na gitarowym łomocie. Jeszcze nie miałem pełnej świadomości, jakie klasyczne inspiracje stoją za ich pomysłem na nutę, więc spostrzegałem ową z naiwnym przekonaniem, że podobnych wycieczek, w takie marszowe tempa w siłowych brzmieniach jeszcze nie było. Jakby Laibach nie istniał i jakby ambitna elektronika monumentalna nie zaczęła się lata temu pod szyldem Kraftwerk. Wreszcie jakby ogólnie nasi zachodni sąsiedzi nie byli ekspertami od tworzenia dźwięków, które łączyły melancholię z żołnierską musztrą, a w latach osiemdziesiątych nie byli zagłębiem syntezatorowego rocka. Stąd chłopiec zrobił wielkie oczy i szeroko otwierał paszczę ze zdziwienia, że tak można i że nikt inny nie wpadł na taki pomysł. :) Prawda jest jednak tez taka, iż rzeczywiście nikt tak sprawnie nie powiązał w jednym precyzyjnego, twardego riffu z ejtisową elektroniką i nie skorzystał przy nagrywaniu cholernie chwytliwie sprofilowanych motywów, ze skrajnie sterylnego, potwornie wyrazistego brzmienia. Nikt też nie miał na pokładzie wokalisty z takim sugestywnym zapleczem wizualnym i takim możliwościami artykulacji niemieckiego akcentu. Chcę przez to powiedzieć, że to co zwróciło na nich moją uwagę, zapewniło im też szeroką rozpoznawalność u progu kariery. Bowiem bądźmy uczciwi, gdyby nie język Goethego ekipa Tilla Lindemanna mogłaby po prostu nie wypłynąć na szeroki przestwór mórz i oceanów muzycznego szołbisu. 

czwartek, 5 maja 2022

Rammstein - Zeit (2022)

 


Nie potrafię od lat systematycznie wyjść ze zdumienia, iż to im się znowu udaje i ja zawsze ulegam temu złudzeniu, które sprzedaje mi mechaniczną prostotę ubraną w pomysłowe (oddając cesarzowi co cesarskie) konteksty, jako nutę mimo programowej monotonii wartą uwagi. Nie jestem widać odporny na chwilową fascynację pomysłami niemieckich mega gwiazd przebojowego ciężaru i czas wreszcie na dobre pogodzić się z prawdą, iż albo w tym graniu jest coś wyjątkowo ważnego, tudzież ciekawego, albo mój gust jest zwyczajnie marny. Trudno oczywiście uznać że ta cała armia fanatycznych Rammsteina szalikowców jest kompletnie pozbawiona poczucia smaku i pozycja zespołu wyłącznie oparta została na ślepym przywiązaniu do ostro przecież w mainstreamie promowanej marki, czy niepodważalnego faktu, że jeśli Rammstein zrobi szoł na koncercie to nie ma ch w metalowej wsi. ;) Zeit jako ich ósmy krążek w dyskografii nie wyróżnia się absolutnie żądną zmianą stylu czy tym bardziej konwencji, lecz wyróżnia się na plus w moim przekonaniu faktem, iż po kilku odsłuchach wciąż nie nudzi, a to czasem niegdyś się zdarzało. Nie ma też opcji abym dłużej niż kilka tygodni jego zawartością w takim samym intensywnym stopniu się podniecał, bo nowe rammsteinowe numery siłą rzeczy muszą spowszednieć i nie mam złudzeń iż w przeciągu miesiąca to nastąpi. Tyle że póki co Zeit kręci się na pełnej k i kręci chyba jeśli pamiętam zacieklej niż poprzednik, a szczególnie singlowe i tak różnymi obrazkami promowane Zick Zack i Angst, czy jeszcze pozbawione wizualnej oprawy Giftig i Armee Der Tristen, wyrywające z wysoko sznurowanych i ciasno zapinanych buciorów. :) Nosz cholera, jakim cudem to tak sieka, kiedy jest li tylko szczwaną hybrydą kraftwerkowej elektroniki i laibachowego patosu, a ja sam ani w jednych ani w drugich z wymienionych nigdy się nie zasłuchiwałem. Odpowiedź zdaje się prosta i ogranicza się do przekonania, że ekipa charakterystycznie charyzmatycznego frontmana dodaje to coś co sprawia, że najważniejsze jest by numer wbijając w glebę i wzbudzając tekstem kontrowersje, dał się zanucić niczym lokalny skoczny przebój z Bawarii. Okręcony na wyrazistym, broń cię boże skomplikowanym kręgosłupie rytmicznym i z łatwą do zapamiętania melodią przewodnią. Swego czasu (pamiętam) na Reign of Light szwajcarski, niegdyś (nieprawdopodobne) black metalowy Samael próbował się ozłocić na takim kierunku, ale się nie udało i ostatecznie grzebiąc ambicje mainstreamowe pogrzebał szacunek czarnych maniaków do niego samego. A przecież biorąc pod uwagę potencjał chwytliwości słabo nie było i wykonawczo stawało na profesjonalnym poziomie. Ja nawet w powyżej wyróżnionym Armee Der Tristen słyszę wprost motywy bodajże z On Earth lub pojedyncze inne skojarzenia z kawałkami Samaela z okresu po Passage wychwytuję i wówczas myślę, że trzeba mieć oprócz wytrwałości olbrzymiego farta w tym wielkim muzycznym biznesie. Rammstein farta miało, upartymi typami też nie omieszkam ich nazwać, a sama nuta i rozmach jej prezentacji na pewno nie przeszkodziły w odniesieniu gigantycznego sukcesu i trwałego utrzymywania się na topie. Podsumowując uważam, iż po wydaniu Zeit na pewno nie grozi im że spierdolą się z piedestału. Tyle w temacie.

wtorek, 21 maja 2019

Rammstein - Rammstein (2019)



Myślę że poniekąd uległem masowej hipnozie środowisk związanych z szeroko rozumianym „mocnym uderzeniem”, nakręconej wraz z zapowiedzią przyjścia na świat nowego, pierwszego od dziesięciu lat albumu Rammstein. :) I mimo że w momencie debiutowania na scenie dzisiejszej teutońskiej ikony (a było to już prawie ćwierć wieku temu), dorwałem ja przypadkowo od znajomego taśmę z Herzeleid i w późniejszych latach kierowany chyba ciekawością (a może właśnie modą), systematycznie nabywałem drogą kupna jeszcze trzy ich kolejne albumy, to nigdy nie czułem się fanem Niemców, a nawet byłem krytyczny wobec dźwięków jakie tworzyli. Może to co nagrywali nie było metalowym disco, ale sporo w muzyce Niemców zawsze pierwiastka prostej przebojowości odnajdywałem, a nawet tanecznych bitów, które oczywiście nie kojarzyły się wprost z dyskoteką, ale przywoływały na myśl wstydliwe podobieństwa do niemieckich metalowo-gotyckich pierdów spod znaku Crematory. Chciałbym być dobrze zrozumiany, bo rzecz jasna obawiam się linczu ze strony licznej grupy zdeklarowanych fanów ekipy dowodzonej przez Tilla Lindemanna i zapewne go uniknę, jeśli uzbroją się oni w cierpliwość i poczekają do czasu, kiedy wyłuszczę tutaj moje refleksje w przedmiocie pozostałych krążków grupy. Będąc wówczas bogatsi w znajomość mojej twardej argumentacji, liczę iż staną się gotowi aby z wyrozumiałością, a może nawet ze zrozumieniem przyjąć na klatę powyższe, na pierwszy rzut oka bezdyskusyjnie haniebne porównanie. W tym miejscu jednakowoż odnosząc się wyłącznie do świeżego materiału stwierdzam z pełną świadomością, ponadto całym szacunkiem dla pozycji Rammsteina oraz doceniając umiejętności marketingowe zespołu i managementu, iż nie to jest ważne z czym się do tego momentu kojarzyli, ale to co właśnie z głośników, jako właściwy finalny produkt do moich uszu dociera. A dociera muzyka bez wątpienia bezpieczna, wyraźnie nawiązująca do stylistyki wypracowanej przez lata, lecz podana w sposób świeży, tak aby w klasycznych rozwiązaniach nie zabrakło ciekawych detali, które prostocie ostrego riffu i twardej artykulacji dodały popowej aparycji, oraz co akurat zaskakujące, jednocześnie także quasi progresywnego charakteru. Niby ten Rammstein grając w miarę prosto zawsze korzystał ze względnego rozstrzału stylistycznego, zaliczając tak jak na obecnym albumie numery skoczne, bezpośrednie, epickie czy dość rozbudowane transowe suity, lecz akurat to narzuca się po przesłuchaniu s/t najmocniej, że pięć z sześciu otwierających i zamykających płytę kompozycji, to cztero/pięcio minutowe hymny stanowiące esencje ich stylistyki i to bez przesadnego przeładowania autocytatami, a z wyczuciem korzystającymi z wypromowanego etosu zespołu. Jednak z tych jedenastu numerów, to start i finał zapętlam automatycznie i w nich najdobitniej dostrzegam pełnie pasji i profesjonalizmu, za które bez względu czy album przetrwa bardziej lub mniej próbę czasu, to szacunek wyrażony zaniechaniem bezpardonowej krytyki im się należy. Myślę, że poniekąd uległem masowej hipnozie… ;)

Drukuj