Album electro-dance-popowy, a okładka taka z innego uniwersum. Jakbym mógł bardziej się spodziewać nuty z rejonów w jakich natchnienia poszukują czy Chelsea Wolfe czy A.A. Williams przykładowo. Mimo rozdźwięku (być może pozornego) pomiędzy brzmieniami, a opakowaniem, to ja znając już niekonwencjonalna stylówę Tove Lo, nie jestem nadmiernie zaskoczony, a wręcz tak konwencja sprzeczności wpisuje się w format artystyczny, w jaki Ebba Tove Elsa Nilsson celuje. Nie przypadkowo teraz o RUI piszę, bowiem jak można sprawdzić już przy poprzednim krążku miałem panienkę na oku i bardzo, bez względu na raczej rzadko mi przyjazna stylistykę, dobrze jej twórczość subiektywnie oceniałem. Wyróżnia się Szwedka (ta nacja od z każdy popik doskonale potrafi) wyrazistością, bezkompromisowością wizualną i fajnym sięganiem do ejtisowych inspiracji syntezatorowych, przełożonych na współczesny język producencki w klimatach około elektronicznych. Estrus prądzi świetnie, nie tylko kapitalnie bioderka do pląsów zachęcając, pozwalając by też melodie mocno w główce się zagnieździły i wybrzmiewały jako zapewne otoczenie irytujące nucenie, ale mają te numery w sobie zawsze coś więcej niż tylko typowy rozrywkowy charakter. Tove ma coś do powiedzenia i nie powstrzymuje się z wyrażaniem siebie w kontrowersyjny sposób, wiążąc poczucie humoru i ostre kąsanie, ale i potrafi ta dziewczyna odsłonić bardziej subtelne części własnej osobowości - nie tylko zmysłowo :). Muzycznie Estrus składa się ze spójnej palety elektronicznych brzmień, ale i (zakładam że bas to instrument sam w sobie - chociaż jak zobaczę to będę pewny) obfitych uderzeń, pulsowania w doskonałych, bujających rytmach. Tanecznie spełnia swoją funkcję rewelacyjnie, bowiem jak już zaznaczyłem napędza nawet już raczej mało gibką fizyczność kogoś takiego jak ja. Mam tylko jedną uwagę, jaka być może jest w stanie z czasem stać się walorem jakim jeszcze nie jest, gdyż osłuchanie w Estrus moje jeszcze wstępne i nie czuję tych kawałków w kategoriach mega hitów dla nie zawsze wciskających nos w densy typiar i typów. Mam na myśli uczucie, że Dirt Femme nie przelatywało jak jeden indeks za drugim i dawało się łatwiej w tym segmencie ocennym podzielić. Estrus ma świetny flow, ale prócz Roomie jaki brzmi jakby Tove chciała pokazać, iż mega szanuje, dzisiaj środkową, a jeszcze dosłownie mgnienie oka temu późną Madonnę i składa jej hołd, to na razie, bez względu że Ruja nie jest jakąś jednolita papką, ja tych kontrastów, które promocja w mediach pewnie zarysuje, jeszcze teraz nie wychytuje. :)
środa, 30 września 2026
wtorek, 29 września 2026
À bout de souffle / Do utraty tchu (1960) - Jean-Luc Godard
Pod prąd! Z jakiej by strony nie wiało, to przekornie pod wiatr! Kompletnie inna inszość, nawet jeśli patrzy się na Do utraty tchu w roku dwa dwa zero dwa sześć, jako na pierwszy w życiu (głowa pochylona, wzrok spuszczony ;)) film francuskiej Nowej Fali. Skromność i improwizacja na pełnej. Totalny brak zasad, gdyby nie jedna - he he BRAK ZASAD! ;) Kamera z ręki, kamera w wózku, a na ulicach zaciekawieni i nieświadomi przechodnie w tle, oglądający się za siebie, na to co akurat w ulicznym zgiełku na ich oczach się dzieje i co wejdzie z czasem do fundamentalnej historii europejskiego kina. Wejdzie mozaika intuicyjna, rodzaj kontrastem manipulowania - szarżowania i studiowania subtelnego, odjechanego wnikliwego intelektualnego egzystencjalizmu, przystrojonego w atrybuty „beatowej popkultury”. To jakby romantyczny (miłość traktowana jak gra) slapstickowy twór z anty bohaterami (ówczesna zwyczajność w dzisiejszej oryginalności), czarno-szaro-biały, a zarazem urzekający jakimś pastelowym czarem. Mocno szalony, bujający w obłokach, bez scenariusza, gdzie spotyka się chaotyczny, prędki montaż, maksymalnie krótkie ujęcia z przegadanymi dłuższymi scenami, a wszystko otoczone muzycznym tłami, mocno podkreślając młodzieńczy charakter kompozycji filmowej. Kryminał niby, ale bez tajemnicy, skupiony na obserwacji postaci głównej. Trafiający przy sprzyjających okolicznościach, fartem bądź wepchnięty bezczelną charyzmą reżyserską na salony i uznany przez wpływowych za przewracającą stolik, przeciwwagę dla sterylnej epickości. Amatorszczyzna celowa w opozycji do wielkich budżetowo filmowych wydarzeń, więc w praniu uchylająca duszę, akurat nowoczesną i przekorną oraz prostotę z dziwacznym wdziękiem, która urosła do rangi stylu w kinie europejskim.
P.S. Miło się o Do utraty tchu pisze i miło się oglądało, ale od razu po seansie pomiędzy oglądającymi (towarzyszyła mi Lalu), podczas spotkania wzroku zapadła konsternacja i cisza, podsumowana po kilkunastu sekundach, jednogłośnym „nie tego się spodziewałem/am”. :)
poniedziałek, 28 września 2026
Haloween (1978) - John Carpenter
Na Netfliksie śmiga serial dokumentalny o filmach z dzieciństwa mojego, już zaawansowanego pokolenia i jest tam też odcinek o Carpentera debiutancie, więc gdy wystukuje kilka bez zbędnego filozofowania zdań, to jako super źródło informacyjne polecam! Halloween wyprodukowany został z mikrym budżetem, a i tak był sporym ryzykiem dla tych którzy w niego zainwestowali. Nakręcony z zaangażowaniem ekipy niedoświadczonej, ale za to z pasją i pomysłami podchodzącą do na maxa improwizowanej pracy. Z obsadą specyficznie dobraną i finalnie nagrodzony tak kasowym sukcesem jak i otoczony statusem kultu. Nową erę w gatunku horroru zapoczątkowujący, korzystając u podstaw pełną gębą z suspensu, tutaj uproszczonego, turbo rozrywkowego, ale i wprowadzający gatunek w nowoczesne ówcześnie realia. Dla jednych klasyk w całej historii kina, a dla innych tylko kina gorszego, klasy B. Są też tacy którzy uznali, bądź uznają go (choć młode chyba pokolenie lubi takie kinowe archaizmy) za kiczowatą rozrywkę. W sumie to z prawdziwą, fundamentalną magią kina można mieć do czynienia, gdy kręci się z ciężarem determinacji niemal amatorskiej i robi się coś świeżego, bez względu jak to się później produkt na rynku starzeje. Tak czy siak, dziewięćdziesiąt minut które zapewniły totalnie niespodziewane przychody, uratowały twórcom zastawione w banku dupy i otoczyły się myślę że wciąż głęboko oddychającym kultem. Nich nam żyją!
niedziela, 27 września 2026
Tony (2026) - Matt Johnson
Lukam teraz aby poznać, jakim dorobkiem kierowniczym Matt Johnson może się pochwalić i choć on skromny ilościowo, to przychylność ocen z "filmweba" przynajmniej dwie jego ostatni produkcje (z naciskiem na Nirvanna the Band the Show the Movie) wysoko ocenia. Spróbuje tych smaków jak odnajdę w czeluściach netu, bowiem przyznaję iż mi typek zaimponował, mimo iż Tony nie jest czymś formalnie totalnie porywającym, a bardziej sprytnie i mądrze wkleja się w mam nadzieję rodzącą się tendencje do robienia filmów o znanych postaciach, lecz bez konieczności przelatywania w w ciągu dwóch do trzech godzin, przez każdy moment z ich życia z prędkością błyskawicy, by finalnie otrzymać coś na kształt, po łebku odhaczania faktów chronologicznie. Zamiast tego, kręcąc o prawie liderze moich fascynacji z obszaru odkryć podróżniczych i kulinarnych (Makłowicz jest jednak naj naj piękniejszy :)), zamiast wyliczać podpunkty, detale z biografii Johnson daje do posmakowania samo rozrywkowo gęste z jednego z najważniejszych dla jego historii momentów. Podaje na stół esencję myślę, czym zajebista szkoła życia jaką Tony-Anthony przechodzi, podczas pierwszych wakacji studenckich. Fakty z pamiętnika tego okresu, to też wyłącznie domniemam inspiracja dla autora scenariusza, (reżysera), gdyż jakby tak życie jeden do jednego pokazać, to nie wierzę by w realnym świecie aż z takim fajnym tempem i ikrą było. Bardzo szanuję w tej sytuacji tą koncepcję dodawania by świetnie prądziło, bo dzięki zabiegowi temu ogląda się fantastycznie dobrze inspirujące, pełne burzliwej przygody zdarzenia, w przyjemnej, choć niepozbawionej niebezpiecznych pokus (patrz narco kuszenie) rzeczywistości, beztroskiej mimo wszystko młodości. Lata siedemdziesiąte w kolorowej pigułce, newralgiczny moment w kształtowaniu osobowości Bourdaina, gdy dostaje lekcje pokory oraz ostrożności. Spotyka ludzi odciskających na jego sposobie myślenia o tym co chce robić nieusuwalny ślad - seryjnie to dostając większe i mniejsze prztyczki w nos i kolejne okazje do ustalenia odpowiedniego kierunku nawigacji. Losu przekornego doświadczenie, w szybkim trybie akcja-reakcja, bowiem wchodzisz w to - łapiesz - korzystasz z uchylonych drzwi, albo spadaj! Dlatego tak mi teraz entuzjastycznie po powrocie z kina (działo się to kilka dni wcześniej), gdy bardzo przyjazna, idealnie wyważająca pesymizm i optymizm, trochę niezależna i trochę hollywoodzka ballada bez napinki i moralizatorstwa prostego mi mocno do głowy weszła. Tak tak – uważam, że na taki film akurat rockman kucharz Bourdain zasłużył i takim hołdem uczczony byłby zadowolony - nawet jeśli jego entuzjazm osobisty nie zawsze był po jego wyrazie twarzy widoczny i tu też pewnie głęboko tkwiący smutek nadwrażliwości oraz wysoki stopień skromności dałby znać o sobie. Wiecie, fajnie że mnie tak widzicie, ale czy ja zasłużyłem i takie tam inne. :) Świetny, gdyż na fulla autentyczny był to bowiem KOLEŚ. Szkoda sukinkota. Gigantyczna szkoda. Dziękuję ogromnie za Tony'ego Johnsonowi, szczególnie że nakręcił film z serduchem o kolesiu z serduchem.
sobota, 26 września 2026
Eagles of the Republic / Orły republiki (2025) - Tarik Saleh
Trzeci film arabsko osadzony autorstwa Tarika Saleha, mieszkającego na co dzień w Szwecji pół krwi egipskiego reżysera. Nie kojarzę jego filmu żadnego poza tą, z pochodzeniem związaną tematyką, więc odnoszę się do jego twórczości, z perspektywy jedynie tychże trzech materiałów i w kontekście egipskiego ustroju oraz tamtejszej sytuacji politycznej - trylogii w pewnym sensie. Tym razem Saleh rysując obraz dyktatury mnie w stu procentach nie przekonał, gdyż zabrakło mi ostrości i wyrazistości. Historia zatem jaka z natury powinna szarpać i wywoływać dyskomfort a wręcz strach, tylko bardzo nielicznymi momentami wymienione wzbudza. Ciekawi i do porównań z reżimami europejskimi mnie zachęca, lecz też niekoniecznie spełnia wysokie wymagania warsztatowe, gdy aktorstwo jest zmanierowane, jakie bardziej pasuje do opowiadania tandetnie egzaltowanego (popularne, kiczowate kino bliskowschodnie, tureckie czy południowoamerykańskie), niż do na serio filmu politycznie osadzonego, gdzie autentyzm kluczowy. Trudno mi było znosić tą wadę i po raz pierwszy w kontekście filmów Saleha odczuwałem poważny niedosyt poprzez rozczarowanie. Pozornie wszystko ponownie grało i było kręcone co najmniej poprawnie łamane przez porządnie, lecz nie ma w tym tym razem estetycznej wrażliwości na poziomie wymaganym, a sama dramaturgia zaskakująco mało efektywna. Niestety też do głosu doszło chyba przekonanie reżysera, iż jego nadworny aktor Fares Fares, nadaje się i tym razem do roli głównej, bowiem w praniu okazuje się, iż chwilami wypada jakby zamiast niego w role bardziej na poważnie wcielił się Sacha Baron Cohen. To być może subiektywne, przesadzone odczucie, które bez względu na jego ewentualne osobiste przejaskrawienie, odbija się jak czuję na całościowym odbiorze produkcji. Fares mi nie pasuje na ten akurat pierwszy plan, co trąca pierwszy klocek domino, przez co struktura filmu się poniekąd sypie. Bez względu na temat i całkiem dobry scenariusz - pomimo to psując powagę efektu końcowego. Dziwne odczucie, kiedy byłem na starcie przekonany, że dostanę kino pewne kapitalnych właściwości, a teraz muszę punktować krytycznie warsztat, miast rozpisać się o nieetycznych wyborach bohatera, jaki być może boi się o własną pozycję i utratę wygodnego życia jeszcze bardziej niż o bezpieczeństwo rodziny. Film nie porywa, stąd i nie motywuje do głębszej analizy - a powinien do cholery! Powinien przynajmniej być o dwie klasy lepszy od kompozycji na plakacie - nomen omen zwiastującej ubolewam realny jego poziom.
piątek, 25 września 2026
Love Me Tender / Kochaj mnie czule (2025) - Anna Cazenave Cambet
Kameralny i intymny, wydawałoby się z początku iż dramat sądowy, a może prawny czy społeczny, bo kwestie urzędowe i socjologiczne decydujące i bezpośrednio wpływające na dramaturgię, która wiąże zewnętrzne oddziaływania z wewnętrznymi odczuciami i reakcjami. Właściwie jednak sądowa batalia bezpośrednio na ekranie się nie pojawia, stanowi jedynie napędzające stany emocjonalne tło, a na przodzie sceny uczucia i ich często skrajne konsekwencje. Kobieta tutaj pod ścianą, poddana proceduralnej, w znaczeniu formalnym pozbawionej szczątkowej nawet empatii udręce. Kobieta w matni bezradności wobec skomplikowanych, z natury troskliwych, w praktyce zimnych prawnych przepisów, finalnie w poczuciu gigantycznego żalu, pogodzona z utratą kontaktu z synem – właściwie dla jego dobra, jakby nie zabrzmiał potwornie taki wniosek, jako jedyne dojrzałe rozwiązanie. Ciekawa perspektywa i emocje jakie pulsują, ale okoliczności i zdrowy rozsądek starcia z nimi wymagają zimnej krwi, schłodzonej nienaturalnie perspektywy - wręcz nadludzkiej siły. Cierpliwość i pozorny spokój stojący za efektem widocznym dla urzędników, to gigantyczne obciążenie psychiczne, straszliwy dramat wewnętrzny, niedostrzegalny w swej istocie i intensywności dla oczu zewnętrznych. Świetna Vicky i wrażliwie poprowadzona w fabule narracja, gdyż to nie tylko fakty ale i artystyczne, nie przesadzone intencje. Jednako obraz broniąc się zdecydowanie i oferując psychologiczne doznania rzadkie, bowiem maksymalnie subiektywne, w całym rozrachunku nie szarpie aż tak, abym po seansie jeszcze bardzo długo nie mógł o nim zapomnieć. Lalu która Kochaj mnie czule zaproponowała do polecajki się dołącza, ale też przestrzega, aby aż na poziom kultowych nagród filmowych poprzeczki mu nie podnosić.
P.S. Jakby powyższa rekomendacja nie była skuteczna, to dodam, iż jak oglądałem, to jakbym czuł tutaj potrzebę autorki, aby poniekąd (kluczowe określenie) do Sprawy Kramerów dopisać rewersową, kobiecą perspektywę.
czwartek, 24 września 2026
Powiedz mi, co czujesz (2026) - Łukasz Ronduda
Bardzo bardzo w porządku kino o charakterze fragmentami quasi etiudowym, w ogólnym formacie na poważnie pełnometrażowo fabularnym. Ale moją sympatię akurat łatwo zdobyć, właśnie takim sposobem filmowania i opowiadania, kiedy w tle tak swojska muzyczna alternatywa, jak też jako dodatkowy atut współczesna Warszawa. Miasto które męczy i boli zgiełkiem, ale też przyciąga i fascynuje feerią różnorodności ludzkiej i możliwościami spędzania czasu nieszablonowymi. Szanuję też szerokie spojrzenia na terapeutyzowanie w kinie - traum rozdrapywanie w formule artystycznej dramy, gdy fundamentem realne, a nie podbijane do poziomu nadinterpretowanego problemu, pospolite kłody rzucane pod nogi przez rzeczywistość. Gdy szczególnie konsekwencje dzieciństwa (kiedy starzy nieświadomie, sami doświadczani, bezradni i sfrustrowani rozpieprzają łeb na resztę życia), domagają się, wyjąc wręcz w człowieku przepracowania przez pryzmat dzisiejszej świadomości psychologicznej. Analizy na przykład wzorców bliskości, w zaburzonym kształcie odciskających piętno na podejmowanych próbach tworzenia związków, relacji. Miłości jako wyważonej empatycznej trosce, jaka wierzę potrafi naprawić „popsutych”, tkwiących w odległej czasowo, a wciąż rezonującej przeszłości biedaków, jeśli trwałość samego uczucia nie załamie się pod ciężarem wyzwania. Tak spostrzegam film Łukasza Rondudy, który dostarcza tak samo sporo ciekawych, ostrych alegorii, jak wprost silnych, odczuwalnych i równie przytłaczających co napawających jednak optymizmem emocji, gdy poza tematem jest to uroczo intymnie zagrane, przez zupełnie różną warsztatowo obsadę - patrz główni młodzie bohaterowie w kontraście do pary wcielającej się w postaci fantastycznie naturszczykowatych, mnie zachwycających autentyzmem Patryka rodziców. Dzięki temu obserwowałem odmienne wewnętrznie dramaty kapitalnie zestawiających kontrastujące oblicza dwóch mentalnych światów - wsi pozornie twardej, na nowe idee głuchej i stolicy świeżymi wpływami przesiąkniętej. Obejrzałem z otwartą już głową, przekonująco prawdziwy bo przefiltrowany przez wiek reżysera, dojrzały głos "młodego", inteligentnego pokolenia - konkretnie wzruszony.
P.S. Dodam, iż dopiero po seansie skojarzyłem z jakim tytułem od razu powinienem powiązać Łukasza Rondude.
czwartek, 17 września 2026
Mastodon - Marrow Deep (2026)
Los dla Mastodon w ostatnim czasie nie był łaskawy - tragedia związana ze śmiercią Brenta Hindsa z pewnością odcisnęła się na stanie mentalnym i kierunku rozwojowym, ale Brent już wcześniej odszedł bądź wyleciał z zespołu i gdy zginął w tragicznym wypadku, jak Internet donosi był w "zajadłym konflikcie z kolegami z zespołu". Spuszczę myślę w tym miejscu zasłonę milczenia na powody i konsekwencję różnicy zdań, bo to już z perspektywy dalszych wydarzeń mało było znaczące, a Mastodon (jak by to nie zabrzmiało okrutnie), tak czy siak następcę Hushed and Grim nagrywałby bez udziału istotnego współkompozytora. Cóż, można rzec ch** tak miało być - muzyka musiałaby się obronić w okrojonym lub zmienionym składzie, ale życia człowieka szkoda i to bez względu na istotę ówczesnego stanu emocjonalnego ofiary. Mamy zatem początek drugiej połowy 2026 roku i najważniejszy w karierze sprawdzian dla pozostałej trójki muzyków wspartych jak się okazuje dwójką nowych instrumentalistów i gościnnym udziałem kilku ze środowiska około rockowo-metalowego gwiazd. Robi ta lista wrażenie, bo żaden z siódemki wspierających (luknijcie sobie sami kto to i ile od siebie w numery włożył) sroce spod ogona oczywiście nie wypadł, a pomoc każdego z nich to przede wszystkim gest wsparcia i sympatii w przełomowym dla grupy momencie. Przechodząc jednak do sedna, czyli tak wartości rzeczywistej nowego materiału, jak sposobu w jaki na mnie od startu do dnia dzisiejszego oddziałuje, to po pierwsze i najważniejsze, że Marrow Deep jest krążkiem jaki wkręca się znacznie dłużej w głowę od dwupłytowej, nieco przeładowanej, mimo że doskonałej, bowiem chwytliwie skonstruowanej Hushed and Grim. Tam więcej materiału było, a ogarnięcie jego paradoksalnie łatwiejsze, natomiast tutaj czas trwania porównywalny z Blood Mountain (około 70 minut), a wyzwanie trudniejsze. Cecha istotna Marrow Deep to właśnie jej złożoność i nieoczywistość, w sensie zbudowania numerów jakie z czasem ukazują wszystkie walory i melodyjność do jakiej trzeba skrupulatnie i konsekwentnie docierać, aby ją dostrzec i naturalnie docenić. Docenić, gdyż nowe jest zbudowane z od dawna znanych składników, lecz posiada też mnóstwo naleciałości pochodzących od klasycznych czy wręcz legendarnych ekip. Ja więc słyszę motywy jakby wręcz wycięte z historii Black Sabbath czy QOTSA (wymieniając te najbardziej wyraźne), ale i całą gamę autocytatów, czyli korzystania z wątków jakie gdzieś kiedyś Mastodon eksplorował i w procesie ewolucji przepoczwarzał (patrz The Vampire's Demeanor - prawie ha ha kopia jeden do jednego... wiadomo czego), a dzisiaj próbuje je na nowo zinterpretować - dodam z sukcesem. Sukcesem, bo nowe, choć jak można wyczytać z moich odczuć nie całkiem świeże, posiada jednak walor decydujący o jego komplementowaniu, jakim przede wszystkim fakt, że album obszerny nie wywołuje odczucia odsłuchiwania jakiejś bez żywej pasji, w melagomanii stworzonej kolumbryny. Ta ponad godzina jest bardzo zgrabna, a kiedy wybrzmiewa ostatni akord czy riff, ma się ochotę powtórzyć to doświadczenie, czego akurat brakowało gdy przestawał się kręcić poprzednik. Można by tez napisać, że to specyficzna sytuacja, jeśli uznać iż dwu-płytowiec miałby przynosić nowe rozwiązania, a Marrow Deep raczej niczym nie zaskakuje, prócz reinterpretacji tego co już kiedyś w dyskografii Mastodon na różne też sposoby się pojawiało. Chcę przez to dać do zrozumienia, iż nowe aplikuje słuchaczowi detoks od bardziej mainstreamowej chwytliwości, oferując powtórkę niby z rozrywki, lecz w formule nie tylko schlebiającej gustom starej, bardziej gruzolubnej gwardii, ale też powtórkę jako sypie cytatami z własnej przeszłości, a jednak te nie wywołują dojmującego odczucia iż Amerykanie nie mają już kompletnie pomysłu na otwieranie nowych drzwi i stają przed właściwie ścianą. To nie jest wyciąganie z lamusa arsenału pokrytego rdzą, lub odbijanie w stronę ślepej brutalizacji jak to robią od lat (szukam pierwszych z brzegu i wpadam na Paradise Lost), a mielenie starego i inspiracyjnego (to ten hołd dla wielkich) bez posiłkowania się nostalgią. Bardziej czuję tutaj potrzeby zaznaczenia punktu referencyjnego, który w przyszłości opisze nowe kierunki, a dzisiaj daje poczucie bezpieczeństwa, jakiejś ostoi, gdzie się muzycy zatrzymają i już z komfortem czasu i bez presji nagłego PRZEŁOMU, określą azymut na kolejne lata. To naprawdę rozsądna strategia, a jak nie tylko w tym momencie daje im kredyt zaufania, bowiem dojrzale wyszli z opresji nie panikując, ale i sam Marrow Deep postawię obok najlepszych dotąd dokonań grupy, czując że ten materiał za każdym odsłuchem zyskuje i ma szansę stać się synonimem nie wyłącznie zimnej krwi jaką Mastodon zachował, lecz zwyczajnie dowodem na to, że Ci muzycy to są naprawdę wielcy artyści. Niby zatem kupują sobie CZAS, ale z ogromną klasą!
P.S. Gdybym był wróżką, jaka wyciąga wnioski nie z kart czy kuli, a z analizy, to zakładałbym, iż przyszłość Mastodon to klawiszowe, mocno progresywne innowacje. W syntezatorowej psychodelii teraz ich widzę.
środa, 16 września 2026
The Afghan Whigs - Soft Control (2026)
Śledzę i wręcz pasjonuje się The Afghan Whigs odkąd powrócili, choć prawda jest też taka, że przegapiłem pierwszy z albumów najnowszych i dopiero gdy reckę In Spades w Noise Magazine wyczaiłem (album numeru) i natychmiast odpaliłem album w sieci, poczułem że muszę luknąć poprzednika. Co wówczas poczułem w archiwach blogaska do sprawdzenia, a dzisiaj z kilkutygodniowym zapasem kontaktów z bieżącą świeżynką, przeżywam kolejny raz euforyczne uniesienia, co daje już na wstępie obraz jak bardzo mi się Soft Control podoba. Nie pokuszę się o porównywania poziomu entuzjazmu jakich doznawałem przy trzech pozostałych krążkach z tym obecnym, bowiem nie chodzi tutaj o mierzenie, które konteksty czy okoliczności wypaczają. Skupię się wyłącznie na odczuć wzbudzonych teraźniejszych na wirtualne karty przelania. Od początku, jak tylko startowe single systematycznie ekipa Grega Dulliego wrzucała wiedziałem, że nie ma opcji aby czwórka (liczenie oczywiście dorobku z nowej ery) mnie zawiodła - wszystko mi leżało i nie miałem pytań. Jednak naprawdę wyśmienicie każda z kompozycji zabrzmiała, gdy stała się częścią albumu i w tych wybranej przez autorów kolejności za każdym razem w moich uszach niezwykle powabnie wybrzmiewa. Powabnie gdyż posiada ta muzyka gigantyczny zmysłowy charakter (epickość to tylko iluzja) i nawet gdy mocniej w struny uderzą, mieszając ich własne indie z białym bluesem, to nawet wówczas w dźwiękach przepływa prąd przyjemnie duszę bujający. Groove to w tym kontekście jedno, a drugie to używanie instrumentarium które okrywa główne wątki aksamitną powłoką i marzycielską poświatą. Uważam też że Dulliego specyfika wokalna, jaka czasem potrafi wejść w rejestry graniczące z lekkim fałszem, idealnie w swojej tak miękkiej, chrypliwej, jak i właśnie zaciąganej zbyt dla niego wysoko, bądź za długo ciągnącej wybrzmienia współgra z estetyką wielogłosów w rocku, o proweniencji z muzycznej ciszy. Charakterem miękkiego, jakby z tła dobywającego się dopieszczania smaczkami, mimo wielopoziomowych aranżacji, bez obawy że wciśniecie do nich tak quasi orkiestracji, saksofonu, trąbki, harmonijki ustnej syntezatorów imitujących pianino, czy wręcz gitar i elektroniki szorstkiej doprowadzi do przeładowania. Soft Control jest niezwykle bogate w detale, dociera do mnie za każdym razem odsłaniając kolejne warstwy i tworząc z nich doskonały, dojrzały kalejdoskop pastelowych barw oraz wyrazistych, często niewiele mających wspólnego z klasyczną melodyjnością, gitarowych motywów. W moim odczuciu Soft Control genialnie łączy główne tematy z mnóstwem pomiędzy wierszami, a struktury ponadto spajają w sobie wysuniętą pozornie oczywistą balladową chwytliwość z rodzajem osnuwania pierwszego planu mgiełką tajemnicy. Ta tajemnica to cały szereg aranżacyjnych ściegów, jakie sprawiają że nuta powierzchownie uproszczona, okazuje się utkana mistrzowsko misternie. Piękny krążek - coraz myślę piękniejszy.
poniedziałek, 14 września 2026
Salvador / Salwador (1986) - Oliver Stone
Powstał w tym samym roku co słynny Pluton, lecz nie przebił się równie mocno do świadomości widza i krytyki, mimo że obiektywnie jego dramatyzm nie ustępuje temu, uznanemu za jedno z największych dzieł sztuki filmowej ever. Trudno bezspornie orzec dlaczego i można by domniemywać przyczyny natury politycznej, jeśli by uznać iż Pluton to był akurat obraz mało krytyczny wobec amerykańskiego establishmentu - co jest oczywiście kompletnie pozbawione sensu. Zatem powody leżą gdzie indziej, a możliwe że problem tkwi jednak w sposobie wpływania na emocje widza, gdy porównać silny nacisk charakterystycznej muzyki, uwalniający poruszenie i empatię w Plutonie, a znacznie mniej jej istotne oddziaływanie w Salwadorze. Po drugie postacie w obrazie o wojnie w Wietnamie, zostały zdecydowanie mocniej zarysowane, a ich cechy głębiej oddziaływały psychologicznie na widza, gdy natomiast w omawianym, trafiamy na zachowującego się/grającego, chyba z lekka upośledzoną intelektualnie postać Jima Belushiego i na pierwszym planie tropionego przez kamerę, nieźle stukniętego i nonszalanckiego degenerata jako bohatera głównego - kreowanego uważam świetnie przez Jamesa Woodsa. Człowieka nie jednowymiarowego, postaci nie fikcyjnej (na faktach bowiem ta historia), w którego przypadku pozory bardzo mylą i z czasem odsłaniają prawdziwy, kryty pod maską obraz jego wrażliwości. Z jednej strony ryzykanta motywowanego zarobkiem, sprzedaniem siebie i materiałów za dobrą kasę, a z drugiej człowieka fundamentalnie trzymającego się zasad współczucia, który nie waha się by stanąć po stronie najbiedniejszy i najsłabszych, bez ideologicznych i przeciw ideologicznym przesłankom. Mocno parszywej roboty dziennikarskiej przedstawiciela, w mocno politycznym obrazie, ukazującym prócz doświadczeń codziennego terroru, kulisy wsparcia Amerykańskiego dla ówcześnie trzymającego w Salwadorze władze prawicowego reżimu. Jest też w tym filmie jakiś chaos scenariuszowy, który być może trafnie oddaje chaos politycznym w miejscu akcji. Wstrząsające doświadczenie brutalnej walki o wpływy i widok tychże walk niewinnych ofiar. Potworności ukazane i okoliczności wyłuszczone - dosadnie i z zachowaniem przyzwoitości. Ze scenami jakim może brakuje oszlifowania hollywoodzkiego na poziomie nagradzanego Plutonu, ale w swej surowości równie wstrząsające. Góry trupów na jakie trafiają reporterzy, cykający zarówno dla sławy jak i by ukazać prawdę, makabryczne fotki, to zarówno materiał o którym trudno zapomnieć, jak i zaproszenie do głębszego zrozumienia istoty tak sprzed zakończenia Zimnej Wojny, jak i uniwersalnie współczesnych, kontrolowanych przez mocarstwa konfliktów.
niedziela, 13 września 2026
Ragtime (1981) - Miloš Forman
Technicznie przednia robota, tak ze strony działań wspomagających fachowców poczynając od scenografii czy charakteryzacji po samą, rzemieślniczą jednak reżyserię, jak i aktorskiej ekipy wyczyny o specyfice archaicznego jak na lata osiemdziesiąte kina. Wygląda więc znakomicie, dla oka jest przyjemnością bez wątpienia, ale jest tu mniejsze i oj duże ALE, jakie z pewnością wpłynęło na przekonanie ogólne widza i krytyki (jakie rozumiem), że jest to najmniej (z pozoru - cierpliwości, niżej wyjaśnię) ekscytująca hollywoodzka praca wielkiego Miloš Formana. Problem mój na przykład odnosi się do przez czas jakiś totalnego zagubieni w odczytywaniu o czym jest to w sumie - choć rozumiałem, że treść odnosi się do nowojorskich stosunków społecznych i ówczesnego rasizmu, z okresu pierwszej dekady XX wieku. Nie czułem mimo rozpoznania fundamentalnego przez istotny wstępny czas projekcji, dokąd narracja zmierza i nie potrafiłem dać się wpleść z uwagą w jej rytm, a wszystkie konteksty czasu i miejsca, patrząc z pozycji czysto historyczno-socjologicznej jawiły się jako takie niewyraźne, czy wręcz mdłe, a może potraktowane zbytnio z "ragtajmowym" (skocznym) dystansem. Oddając jednakże Formanowi sprawiedliwość, z czasem scenariusz zaczyna nabierać rumieńców, a marginesy i główny wątek splatać się w nawet poruszającą, zdecydowanie poważną wspólną treść - bez względu iż w założeniu jak mniemam to właściwy dramatyzm niknie w formule klasycznie pod kino lat pięćdziesiątych stylizowanej tragi chyba komedii. Przekaz w niej jasny, że sprawiedliwość to przywilej nie dla wszystkich, a uparte jej terrorem egzekwowanie, to w okolicznościach naświetlonych gigantyczne, samobójcze ryzyko i tym samym zły jak się okaże pomysł. Droga do tragedii i pozbawionej satysfakcji wendety zostaje wówczas otwarta, co nie zmienia przekonania o brutalnej i gorzkiej istocie niesprawiedliwości i ostatecznej porażce uczciwości w konfrontacji z podłością. To powyżej co na wstępie, napisałbym znając zaledwie połowę tej historii. Jest ona bowiem wielowymiarowa i ma dwa elementarne fabularne oblicza. Przyznaje iż od połowy zacząłem o niej radykalnie zmieniać zdanie, bowiem to w jakim kierunku się rozwinęła, jak eskalowała i jak została podsumowana oraz jakie wnioski z niej wynikają, to naprawdę być może unikalna w twórczości Formana sytuacja. Dlatego przepraszam za chwilowe wprowadzenie w błąd, a usprawiedliwiam się faktem, ze dałem się zwieść pozorom, żeby zdać sobie może sprawę, iż nie wszystko jest tym czym się wydaje na początku. Piszę to bardzo smutny, bowiem przez finałową klamrę bardzo przykro mi się zrobiło, bo ta Ameryka to nie taka dla wszystkich bez wyjątku fajna, jak ją od zawsze w Europie malowano.
sobota, 5 września 2026
Gorefest - Erase (1994)
Czasy odległe, wspomnienia wciąż całkiem jednak wydają się świeże - im człek starszy tym bardziej sentymentalny i tym silniej w pamięci odtwarza wydarzenia dawne, niż te sprzed dnia bieżące. :) Pamiętam zatem taśmę z Morbid Noizz nabytą, w okresie gdy wraz z fascynacją trendowym wówczas gotyckim metalem (spora grupa mogłaby logotypów zostać wymieniona), miałem czas na (i wciąż bardzo do dzisiaj lubię) death'n'rolla, zrodzonego myślę najtrafniej oceniając po przejściu Entombed na stronę miast dalszej, przemocowej dla uszu wręcz agresji, to brudu garażowego. Czasy wpierw Wolverine Blues, potem bardziej punkowej jego następczyni, a wreszcie ówcześnie raczej wyklętej, a dzisiaj mocno trzymającej poziom kultu względnego, bo docenionej (ja zawsze byłem na tak) Same Difference. Okres też gdy w death metalu z groove'm wysuniętym spróbowali się w nomen omen łabędzim śpiewie Carcass, a autor tego tekstu zamiast kultem coraz większym otaczać takich chwytliwych łomotaczy jak Obituary czy Bolt Thrower, częściej na uszy zarzucał wtedy w najwyższej formie, a dziś lubiany lecz bez statusu jednak legendy szczekliwy, łysymi baniami się wyróżniający Pro-Pain. W powyżej minimalistycznie opisanych okolicznościach trafić musiałem na Erase, bo raz info że z europejskiego tytana deathu Gorefest ewoluuje, bądź jak kto bardziej radykalnie konserwatywny woli deewoluuje, w kierunku domieszki wyraźniejszej przebojowości. Dwa natomiast, sytuacja w jakiej gardłowy Gorefest był określany najbardziej nisko brzmiącym wokalistą na scenie - nie było stąd opcji aby Gorefest zlać i nie odtworzyć z zakupionej za ciężkie grosze licencyjnej taśmy magnetofonowej. Werdykt wtedy nie był jakiś wyjątkowo euforyczny i też Holendrzy nigdy u mnie nie dołączyli do ścisłej czołówki, a fakt że postukać o nich ochoty tutaj nabrałem, wiąże się poczuciem że mimo iż ołtarzyka im nie budowałem, to zasługują na miejsce na blogasku. Ponadto jak wyrzuciłem z łba przekonanie o Spheres Zarazy/Epidemii, to powiązanie pochodzenia zaraz przypominało o mniej finezyjnych obywatelach Królestwa Niderlandów. Znacząco bardziej topornych i z tego powodu znacząco mniej dla mnie ważnych, bowiem jakby się na poziomie pierwotnym (machanie łbem) na nich nie móc zawieść, tak już te pomysły to raczej kwadratowe aranżacje, groove jednak bez cech zachęcających do bujania (co innego Entombed!) i numery po prostu miałkie, bo żeby ich melodyka za człowiekiem łaziła to nie nie - co innego Bolt Thrower i Obituary, a przede wszystkim z płyt najtisowych Pro-Pain :). Przyczyna jednak elementarnie pierwszoplanowa, iż z czasem Gorefest skleił mi się ze statusem podobnym tego, na jakim Six Feet Under u mnie ugrzęźli, że tak robili coś fajnie i na starcie mogli podać sobie łapy z Obituary, ale im dalej tym wartość muzyczna mistrzów i kopiarzy się rozjechała. Gorefest w sumie położył się u mnie plackiem jeszcze niżej, gdyż w sumie nigdy do pięt nie dorastali takim mocarzom jak podkreślany tutaj na każdym kroku ENTOMBED! W ch** taka brutal prawda.
piątek, 4 września 2026
The Dog Stars / Gwiazdozbiór psa (2026) - Ridley Scott
Jeśli wszystko co poniżej zostało spisane w formie okrojonej do średniej wielkości tekstu, ale jednak sprowadzonego do opisania podstawowych podstaw i umiarkowanie krytycznie ocennie, to naturalnie nie będzie oznaczało, iż nie warto sobie „strzępić pióra” na najnowszej produkcji Ridley’a Scotta. Bardziej wiążę obraną z premedytacją strategię refleksji z przekonaniem kluczowym, że podsumowując za dużo w tym barszczu grzybków pływało, a ilość finałów przed kolejnymi finałami, przez co seans nie mógł się zakończyć była nieco irytująca, pomimo że momentami była to naprawdę udana ballada post-apo, w jakiej skutecznie umieszczono w tle nutki które nie przeszkadzały się autentycznie wzruszyć. Problem jednak istotny, podniesiony na wstępie, iż ogólnie powstała dziwna, choć w miarę spójna hybryda tak rzeczonej ballady wespół z elementami kojarzonymi z refleksyjnymi westernami, ale i scenami niczym z zombie jatki i terroru „plemiennego” jakich moja pamięć zawsze doszukuje się w ikonicznych Mad Maxach, a na koniec niemal jeszcze, żeby już kompletnie widzowi we łbie zakręcić, czegoś w rodzaju horror scie-fi, z totalnym obłędem. Ja nie wiem czy bardziej zawalił człowiek od adaptacji powieści Petera Hellera (podobno bestseller), czy może sam autor poczytnego tekstu przesadził, ale nie trzeba było może by poruszając opowiedzieć o przyszłym czasie, gdy maska cywilizacji zostanie zerwana, w tak nabity po korek „atrakcjami” sposób. Tym bardziej, iż to co wyssano z książki i poddano interpretacji aktorskiej, gdzie doskonały casting rzuca się najbardziej w oczy (szczególnie Brolin i Pearce - super super), do połowy projekcji świetnie oddawało specyfikę brutalnych zasad w świecie bez norm i twardych warunkach wyłącznie dla silnych, szybko przystosowujących się do wymagań charakterów, a strona wizualnie ilustracyjna (krajobrazy i lokacje) naprawdę dobrze współgrały z anomijnym/anomicznym charakterem. Gdyby nie nadmiar nadgorliwości z „grzybkami” i poniekąd jeszcze w jednym z finałów męcząca gadka moralizująca, to byłoby zaskakująco zajefajnie, a tak to niby tak, a niby nie i cholera wie co.
P.S. Poza tym nie robi się takich numerów wiernemu psu (pobudliwy Malinois) - kiedy film ma tytuł The Dog Stars i ta relacja Higa z Jasperem, to pośród "grzybków" najbardziej szlachetny borowik!
czwartek, 3 września 2026
Pestilence - Spheres (1993)
Rok 93 dla death metalu był okresem niezwykle ciekawym, gdy tak już od kilku albumów grający, jak i Ci którzy w różnych konstelacjach osobowych, a znani w środowisku zaczęli ostro w gatunku dziwaczyć - mam na myśli takie pierwsze z brzegu ekipy jak przykładowo Atheist czy Cynic. Zakładam iż dla starych wyjadaczy w death metalowym uniwersum, żadna z tych płyt, mimo że oczywiście mega oryginalnych, nie była takim nowym zjawiskiem jak Nocturnusa The Key z roku 90-ego, więc nie trudno nie zgodzić się ze stwierdzeniem, iż tak eksperymentowanie, ale jednak trendowe, przez ekipę Mike'a Browninga mniej bezpośrednio czy bardziej pośrednio zainspirowane. Pestilence to wówczas był zdecydowanie w stawce jaka mocno w rejony umownie quasi "jazzujące" odjeżdżała, najbardziej z dorobkiem i wysokim statusem prócz Schuldinera Death'u doświadczona formacja. Zanim dotarli do momentu jaki okazał się dla nich ścianą (albo płytą na długo nagrobną), trzy wcześniej longi nagrali i one swoją rolę znaczącą na scenie odegrały. Jednak Spheres przy nich była tą najbardziej intrygującą i budzącą kontrowersję i tutaj rzecz jasna najintensywniej dla siebie nowych terenów poszukiwali (patrz taką bez wioseł miniarkę jak Aurian Eyses, czy miniaturki z wiosłami - Voices From Within/Phileas), ale i oczywiście każdy indeks z Spheres - hybrydowy i wyrafinowany pozostawał. Mnóstwo w nich ekscytujących tak pojedynków, jak i współdziałań instrumentalnych w pozornym chaosie aranżacyjnym, z którego większa ilość przesłuchań wyciska naturalne harmonie skryte za agresją i pozorną kakofonią. Nie jest to mimo wszystko jakaś cholernie skomplikowana faktura, bowiem brutalność często ustępuje po prostu miejsca finezji, a w Personal Energy, to nie mamy wręcz do czynienia z nawet śladową ilością archetypicznych cech śmierć metalu, a czymś w rodzaju powiązania nutek w progresywne fusion. Inaczej pisząc wygibasy, lecz nie skupione na prędkości czy ciężkości, tylko na interesujących frazach tworzących całkiem przejrzystą kompozycję. Natomiast w opozycji do wymienionych stoi reszta numerów, jakie na różnych poziomach natężenia serwują jednak szczególnie dla niewprawnego jeszcze metala, wyszczekaną mielonkę - pierwotnie mało może składną, ale finalnie kreującą bardzo uporządkowanych dźwiękowy wszechświat. Wracając do wstępu i wymieniając największych tego okresu, żadna z tych grup pomimo zbieżności czasu w jakim poszła w kierunku ekscentryzmu, nie może być pomylona z inną. Niby wszyscy uderzyli w podobną estetykę, ale w nacechowany po swojemu sposób. Dla Pestilence syntezatory były odkryciem, dla kogoś innego rozimprowizowane figury basowe czy tkanki pochodzące z flamenco. I bardzo dla eklektycznych ewolucji było to okej. :)
środa, 2 września 2026
Straw Dogs / Nędzne psy (1971) - Sam Peckinpah
Kulminacyjnym punktem, prowokująco dwuznaczna, brutalna zarazem scena gwałtu, kiedy sumie od początku od seksualnych i przemocowych prądów, napięcie było zgęstniałe. Ona młodziutka, bezpośrednia i napalona, świadoma swoich kobiecych atutów, ale i naiwna, gdy faceci wokół niej z mentalnością szowinistycznych brutali, rozbierających ją wzrokiem twardzieli wychowanych w warunkach spartańskich. Typów swoich u siebie, w społeczności zupełnie odmiennej od miejsca pochodzenia jej tkwiącego z nosem w książkach męża Amerykanina. Pogrywała blondynka zazdrością, z męża bezczynnością i swoim seksapilem ryzykowała jak się okaże bezpieczeństwem własne i partnera (okularnika bez cech z początku wirażki) raczej intelektualisty kulturalnego, dobrze wychowanego, niż jakby się z pozoru zdawało gotowego na wszystko furiata w obronie skutecznego. Przewrotny rozwój dalszych wydarzeń jednak mnie zaskoczył, bowiem coś na kształt archetypu dla najbardziej szokującego, flagowego dzieła Haneke’go prognozowałem. Zatem ta gruba eskalacja w kierunkach jakich raczej nie łatwo byłoby dokładnie przewidzieć, do finałowego oblężenia i próby linczu sprowadzona, byłą niespodzianką. Bardziej węszyłem kierunek na zazdrość i ambicje samcze - samce alfa skłonne do bitki dla rozrywki kontra pod kołnierzykiem w pulowerku ofiara losu, a uderzony zostałem obuchem przez pomysł na postać zmieniającą kompletnie pierwotne moje odczucie, z inicjatywą na obronę niczym Kevin McCallister, tylko w wersji total hardcore. Oczywiście odsuwając żarty na bok i rozpatrując sytuację akademicko psychologicznie, to myślę że w teorii taka przemiana jest możliwa do zaistnienia, gdy człowiek przyparty do muru i zdeterminowany do użycia wszelkich środków w defensywie, więc i obraz drastyczny na ekranie jest usprawiedliwiony. Poza tym robiąc pierwsze świadome i pełne podejście do tej filmowej klasyki (fragmenty mi przez lata rzecz jasna przed oczami w TV migały), dotarło do mnie, iż Peckinpah kojarzył mi się nietrafnie jedynie z kinem skierowanym do mniej wytrawnego widza, bo mógłbym wymienić przecież jego widowiskowe westerny i nie byłbym wówczas aż w takim błędzie, a tu taki myk - okazuje się być specem od kina bardzo daleko od wyłącznie ułagodzonej, umownej brutalności. W przypadku Nędznych psów delikatny kompletnie nie jest, dając widzowi twarde kino bez wytchnienia. Kimś kto mógłby śmiało zainspirować Smarzowskiego, robiąc na nim za młodu gigantyczne wrażenie.
wtorek, 1 września 2026
The Passenger / Zawód: Reporter (1975) - Michelangelo Antonioni
Pozbawiony tła muzycznego, wyłącznie z dźwiękami otoczenia, w zasadzie (szanując oczywiście inne role) jednoosobowy i neoczywisty (ach ten dominator Nicholson) polityczny dramat śledczy, a w fazie drugiej już rodzaj ballady o ucieczce wyreżyserowany klasycznie autorsko przez Antonioniego. Może się cholera dłużyć, nie posiadać zbyt wiele kulminacji i może przez to niezbyt ekscytować, ale są za to przeciągane w nieskończoność (nawet bez finalizacji) kumulacje i ta narracja surowa ma swój wdzięki wytrawny, szczególnie gdy kamera konsekwentnie tropi takiego mistrza diabelskiego uroku jakim Jack Nicholson. On tu z ekranu karty rozdaje, operując własnymi atutami przyspawanymi do fizyczności i mimiki, a sama historia i jej turystyczny wymiar (sporo zwiedzania poprzez podróżowanie) jest niczym dodatek do magnetyzmu Nicholsona. Ja jak już dałem poczuć szanuje zarówno giganta Jacka jak i sposób filmowania bez nadmierności - ascetyczny ale nie ubogi oczywiście i daje się z łatwością kupować klimatom jaki budowano w amerykańskim kinie z szorstkich z lat siedemdziesiątych. Niech mi świadkiem mój nieposkromiony zmysł krytyczny, że w to się transowo wciąga i tym można się zaciągnąć, pomimo iż metody i narzędzia z pozoru mało chwytliwe i nośne. Pozostaje jednak czynnik zasadniczy, mozolny flow i jakaś może jeszcze fascynacja brakiem odpowiedzi na rodzące się pytania oraz wiercąca we łbie ciekawość, a głównie to wiarygodna gra aktorska, pobudzająca do sączenia z tego ekstraktu warsztatowego, składniki odżywcze maksymalnie stężone.
P.S. Po spisaniu własnych odczuć doczytałem, że to film jaki „nakazuje być czujnym” i to tak niezdarnie wyżej próbowałem dać podświadomie do zrozumienia.














