niedziela, 27 września 2026

Tony (2026) - Matt Johnson

 

Lukam teraz aby poznać, jakim dorobkiem kierowniczym Matt Johnson może się pochwalić i choć on skromny ilościowo, to przychylność ocen z "filmweba" przynajmniej dwie jego ostatni produkcje (z naciskiem na Nirvanna the Band the Show the Movie) wysoko ocenia. Spróbuje tych smaków jak odnajdę w czeluściach netu, bowiem przyznaję iż mi typek zaimponował, mimo iż Tony nie jest czymś formalnie totalnie porywającym, a bardziej sprytnie i mądrze wkleja się w mam nadzieję rodzącą się tendencje do robienia filmów o znanych postaciach, lecz bez konieczności przelatywania w w ciągu dwóch do trzech godzin, przez każdy moment z ich życia z prędkością błyskawicy, by finalnie otrzymać coś na kształt, po łebku odhaczania faktów chronologicznie. Zamiast tego, kręcąc o prawie liderze moich fascynacji z obszaru odkryć podróżniczych i kulinarnych (Makłowicz jest jednak naj naj piękniejszy :)), zamiast wyliczać podpunkty, detale z biografii Johnson daje do posmakowania samo rozrywkowo gęste z jednego z najważniejszych dla jego historii momentów. Podaje na stół esencję myślę, czym zajebista szkoła życia jaką Tony-Anthony przechodzi, podczas pierwszych wakacji studenckich. Fakty z pamiętnika tego okresu, to też wyłącznie domniemam inspiracja dla autora scenariusza, (reżysera), gdyż jakby tak życie jeden do jednego pokazać, to nie wierzę by w realnym świecie aż z takim fajnym tempem i ikrą było. Bardzo szanuję w tej sytuacji tą koncepcję dodawania by świetnie prądziło, bo dzięki zabiegowi temu ogląda się fantastycznie dobrze inspirujące, pełne burzliwej przygody zdarzenia, w przyjemnej, choć niepozbawionej niebezpiecznych pokus (patrz narco kuszenie) rzeczywistości, beztroskiej mimo wszystko młodości. Lata siedemdziesiąte w kolorowej pigułce, newralgiczny moment w kształtowaniu osobowości Bourdaina, gdy dostaje lekcje pokory oraz ostrożności. Spotyka ludzi odciskających na jego sposobie myślenia o tym co chce robić nieusuwalny ślad - seryjnie to dostając większe i mniejsze prztyczki w nos i kolejne okazje do ustalenia odpowiedniego kierunku nawigacji. Losu przekornego doświadczenie, w szybkim trybie akcja-reakcja, bowiem wchodzisz w to - łapiesz - korzystasz z uchylonych drzwi, albo spadaj! Dlatego tak mi teraz entuzjastycznie po powrocie z kina (działo się to kilka dni wcześniej), gdy bardzo przyjazna, idealnie wyważająca pesymizm i optymizm, trochę niezależna i trochę hollywoodzka ballada bez napinki i moralizatorstwa prostego mi mocno do głowy weszła. Tak tak – uważam, że na taki film akurat rockman kucharz Bourdain zasłużył i takim hołdem uczczony byłby zadowolony - nawet jeśli jego entuzjazm osobisty nie zawsze był po jego wyrazie twarzy widoczny i tu też pewnie głęboko tkwiący smutek nadwrażliwości oraz wysoki stopień skromności dałby znać o sobie. Wiecie, fajnie że mnie tak widzicie, ale czy ja zasłużyłem i takie tam inne. :) Świetny, gdyż na fulla autentyczny był to bowiem KOLEŚ. Szkoda sukinkota. Gigantyczna szkoda. Dziękuję ogromnie za Tony'ego Johnsonowi, szczególnie że nakręcił film z serduchem o kolesiu z serduchem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj