Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bishop Briggs. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bishop Briggs. Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 grudnia 2024

Bishop Briggs - Tell My Therapist I'm Fine (2024)

 


Albowiem byłem niemalże pewien, aczkolwiek tak mini mini się łudziłem. Pewien byłem że Bishop zasuwa już na pełnej w stronę raczej mało nieschematycznego popu z okruchami rockersowych wtrąceń, a łudziłem się, bo w głębi pragnąłem aby się stylistycznie choć trochę zreflektowała i powróciła do klimatów z debiutu, gdzie z dojrzałym wdziękiem poruszała się w oparach soulu, r'n'b i lo-fi. Taką ją poznałem, a taką jaka jest teraz (muzycznie) traktuję niestety z przymrużeniem oka, bo nagrywa pioseneczki bez głębi, jakie przelatują i nawet gdyby brać pod uwagę, że jej maniera ma momentami zaciągnięcia charakterystyką mega gwiazdy w osobie Katy Perry, to kawałki Bishop nie są w stanie przecież podskoczyć superprodukcjom wymienionej królowej współczesnego wypasionego popu. Mocno to irytujące, iż posiadając bardzo dobry warsztat i potencjał głosowy fantastyczny, sprowadza ona go do poziomu bezpłciowego schematu - mając w tym aspekcie przewagę nad nie jedną maistreamową piosenkareczką, sama sobie niejako artystycznie skrzydełka podcina. Jedyny plus z tego co usłyszałem na Tell My Therapist I'm Fine, to wyraźna poprawa stanu jej emocjonalnego, więc i mogę poniekąd zrozumieć ten dryf ku optymizmowi także w sensie nagrywania po prostu piosenek wesolutkich, miast się często topić w poważnych przemyśleniach, osobistych traumach, depresyjnym czy neurotycznym bagienku - jak to u progu kariery miało częstokroć miejsce. Dziewczyna przepracowała grube sytuacje i ich konsekwencje, a jeśli osiągnęła ten sukces dzięki między innymi ucieczce z mroku ku prostocie i teraz śpiewa w cudzysłowiu o dobrym dzisiaj i jeszcze lepszym jutrze, to ja się jednak nie mogę obrazić. Pamiętając jednako jej że przez to mam jedną jej epkę i jeden duży album w sercu. Dwa ostatnie zostawiam fanom, którzy lubią w muzyce bezpośredniość, dosłowność i taniec z wirowaniem. Zawiesić się i zastanawiać Tell My Therapist I'm Fine nie daje okazji. 

wtorek, 12 listopada 2019

Bishop Briggs - Champion (2019)




Właściwie to ja nie przepadam za takimi albumami, co do których już na starcie wiem, że ich pierwszoplanowa chwytliwość spowoduje, iż nic albo niewiele więcej oprócz przebojowości namierzonej już od startu otrzymam. Ewentualnie po kilkunastu odsłuchach złapię niestety dość przygnębiające znużenie i uświadomię sobie, iż to co jeszcze kilka godzin temu, bądź kilka dni wstecz pobudzało, za chwilę dosłownie w kąt bez większego żalu rzucę. W oczywistości ubrany wstęp jest tu akurat jak najbardziej na miejscu, bowiem taki właśnie zdaje się być ten nowy (z wypiekami wyczekiwany) krążek charyzmatycznej Brytyjki. Pamiętając doskonale, iż do debiutu systematycznie powracam i mimo że to muzyka jakoś nie wybitnie złożona, a w zasadzie to zbudowana z popowej banalności i aby to kompletnie miałkie nie było także soulowo-bluesowej wrażliwości z całkiem kreatywnym nowoczesnym elektronicznym zapleczem plus jeszcze tradycyjnie chóralną gospelową duszą, to posiada swój magnetyzm i tą ponad szybko klejącą się do uszu fasadę, ważną aranżacyjnie spójną inspiracyjną wielowątkowość. Natomiast jaki jest Champion to na obecny moment (może się oszukuję) jeszcze do końca nie wiem - prócz tego, że potwornie to chwytliwy i wyrazisty oraz w warstwie lirycznej autentycznie osobisty krążek, a przez te cechy przekonujący właśnie na teraz. Co będzie za miesiąc (a może już za tydzień), kiedy te zaledwie pół godziny już kompletnie przyswoję i czy będę miał jeszcze powody, aby do niego wracać, by bodaj w minimalnym stopniu coś nowego w nich odnajdować. Pewnie nie, ale póki jeszcze cieszy mnie cholernie ta siła przekazu i atrakcyjność formy, mam zamiar nowy album Bishop Briggs chwalić, bo ta młoda dziewczyna, która tutaj podpisuje się pod pracą zapewne większej grupy producenckiej i w co wierzę jest odpowiedzialna w głównej mierze za napisanie materiału na wyróżnienie po raz drugi w pełni zasługuje. Posiada niewątpliwie talent, wypracowała też dobry warsztat i ponadto w niej wrze na tyle gorący temperament oraz umiejętność oczyszczania wrażliwej duszy z zaburzających równowagę niepokojów, że ja jej strasznie mocno kibicuje i naprawdę bardzo doceniam całokształt wykonanej roboty, chociaż to, co w głównym wątku opisałem i to, że to tylko trzydzieści minut nieco mnie martwi i odrobinkę rozczarowuje.

czwartek, 24 maja 2018

Bishop Briggs – Church Of Scars (2018)




Dźwięki te w moim przypadku w internetu czeluściach zostały wyszukane, a w praktyce według algorytmu polecone, gdy kilka klipów Lorde na platformie You Tube zwanej obejrzeć zechciałem. Trafione w me gusta ze stu procentową skutecznością numery Bishop Briggs, wcisnęły się w moje wnętrze na tyle mocno, że już świadomie na pełnowymiarowy album czekałem. Nie zawiodłem się kiedy przyszedł dzień premiery, bo raczej szans na to nie było, gdyż większość numerów z Church of Scars, to te które pojawiły się już na wcześniejszej epce artystki, plus kilka w sieci od jakiegoś czasu hulających, uzupełnione zaledwie pięcioma nowościami. Kompozycje to z terenów muzycznych, które okazjonalnie odwiedzam i moja wiedza w temacie jest przez to naturalnie istotnie ograniczona. Zatem aby nie świrować na znawcę soulu, R’n’B, nie wiem, może też dźwięków bitami nazywanych napiszę tylko, że jeśli muzyka popularna, ta z mainstreamu do mnie płynąca miałaby być zawsze podobnej jakości, a takie artystki jak Bishop Briggs miałyby wyznaczać w przyszłości trendy, to ja jestem spokojny i takim obrotem spraw w branży żywo zainteresowany. Bowiem obdarzona jest ta dziewczyna talentem czystej wody dysponuje niezmanierowaną wrażliwością i jest w swym anty image'u wyrazista i prawdziwa. Posiada wszelkie właściwości bym mógł uwierzyć, że nie jest produktem show biznesu, tylko zjawiskiem autentycznym i to, co nagrywa płynie prosto z jej serducha. Dzięki swym naturalnym predyspozycjom nie potrzebuje zatem już sztabu speców od PR, czy innych cwaniaków kształtujących gusta przez pryzmat pokaźnego przychodu. Nie potrzebuje tych, co spieprzą to, co już teraz jest doskonałe!

Drukuj