Będzie w miarę krótko - zwięźle ale bez potraktowania aroganckiego z góry, bo mimo że Mickey 17 nie trafił mnie w to miejsce które w wydaniu kinowym potrafi zrobić dosadne kuku albo rozmiękczyć tkankę, to bawiłem się podczas seansu znakomicie - frajda, czysta frajda!. Zasługa podstawowa w tym oddziaływaniu fantastycznego aktorstwa, gdzie w tle prym wiedzie fenomenalny Mark Ruffalo w demonicznie groteskowym, że aż ochy i achy tandemie z jeszcze bardziej przebiegle złowieszczą Toni Collette, a sam pierwszoplanowy Robert Pattison w podwójnej roli, wyrasta mi systematycznie na gościa któremu chyba żadna aktorska twarz w karierze nie będzie obca, mimo iż kiedyś u zarania w jego mega wysokich lotów talent i warsztat nie bardzo wierzyłem. Drugie natomiast to scenariusz jaki wprowadza niezła zamotę, przesłanie także niosąc nie jedynie zabawnie kąśliwe, ale głębsze - przesłanie etyczne. Poza tym dialogi kapitalne i paskudy udane, jakie z pozoru robiły, przez kilka może minut projekcji może mało przekonujące wrażenie, a z czasem ich znaczenie i forma trafiona urosła, nabierając mocy i sympatię niemałą wzbudzając. Wyszło typowi od nieco przehajpowanego Parasite coś naprawdę fajnego, bez nadmiernej spiny podane w warstwie treści, świetnie wizualnie nawiązujące jak mniemam do Piątego Elementu Bessona, bądź Pamięci absolutnej Verhoevena czy w jeszcze mocniej pojechanym stanie cronenbergowskiej eksplozji mrocznej fantazji. Ja kupuję taką stylizację przede wszystkim w tych dwóch pierwszych przykładach, więc trudno bym teraz ponad potrzebę ogólnie nosem kręcił, mimo że ta nieco chaotyczna, zabawna bardzo, jednako dramaturgią nierówno stojąca, jak najbardziej stuknięta wizja wielosztuk nawiązań (władza, etyka, kolonializm, inaczej komentarz społeczny do dystopijnej obecnej rzeczywistości, próżność, chwilowość, ale i dla harmonii szlachetność czy wreszcie po prostu miłość czysta jako równowaga we wszech uniwersum) w jednej formie scie-fi farsy bodaj niekoniecznie wchodzi na poziomy wybitne. Poza tym finał może widowiskowy, ale rozczarowujący, albo przynoszący co najmniej niedosyt. Nosek miał nie strzelać foszka, a strzelił – przepraszam za niego. Mariuszowi się podobało, a nosek wymagający niech cierpliwie poczeka na jakąś ucztę w pełni jego i właściciela porywającą. :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joon-ho Bong. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joon-ho Bong. Pokaż wszystkie posty
środa, 2 kwietnia 2025
wtorek, 29 czerwca 2021
Gi-saeng-chung / Parasite (2019) - Joon-ho Bong
Parasite, status
zaliczone! Z ogromnym jak na sytuację opóźnieniem. Z opóźnieniem całkowicie
świadomie sprowokowanym, bo kino azjatyckie trzymam wciąż na dystans i tylko z
rzadka dopuszczam do siebie bardzo starannie wybrane tytuły. Tytuły, które przejdą
przez wszystkie sita koneserskiej oceny i tak jak w przypadku Parasite, najlepiej jeśli przytulą najbardziej prestiżowe nagrody. W kwestii wyjaśnienia nie mam
awersji do skośnookiego kina, w sumie to nie miałem żadnego racjonalnego powodu by się do
niego zniechęcić, a dystans do niego tkwi może podświadomie w pajacowatych produkcjach
z Jackie Chanem, wcześniej szukając, być może awansujących już od lat do statusu kultu filmów z Bruce'm Lee, a może wprost z obawy, że jak się wciągnę, to przepadnę i nie będę
miał czasu na produkcje hollywoodzkie, bądź co gorsze na te europejskie. Biorąc
pod uwagę całą całkiem złożoną sytuację donoszę, iż nie bardzo rozumiem o co
tyle hałasu i pytam, jakim prawem przyznano Parasite tak kultową, prestiżową nagrodę? Nawet,
jeśli jest to film sprawnie warsztatowo nakręcony, to brak mu atutu wielkich
kreacji aktorskich i co najistotniejsze sama historia zbudowana niby z błyskotliwych
nawiązań społeczno-kulturowych jest jednak irytująco nieznośna przez fakt że
jej groteskowa specyfika śmierdzi sztucznym przerostem formy nad treścią. To oczywiście
maksymalnie subiektywna opinia, która można zmemłać i wrzucić do kosza, jeśli
ma się inną. Nie zmieni to jednak mojego przekonania, że członkowie Akademii
oszaleli lub zwyczajnie ulegli presji trendu na zachwycanie nowoczesnością
kina azjatyckiego, które przecież częstokroć czerpie tak dosłownie i jak w tym przypadku kwadratowo z dorobku tarantinowskiej makabreski. To drugie akurat elita jurorska czyni pierwszy raz, to pierwsze akurat nie pierwszy. :)
P.S. Moja surowa ocena nie
jest w stu procentach wypadkową złego wrażenia, ona w przytłaczającym stopniu
wynika z niezrozumiałego entuzjazmu zawodowej krytyki i często zwykłego widza.
Gdyby nie one byłbym zdecydowanie bardziej wyrozumiały, a może nawet skusił się na symboliczne poklepanie Joon-ho Bonga po ramieniu. Bo Parasite bez wątpienia idzie w stronę przesadnie skompresowanej fuzji gatunkowej, plącze naiwne zbiegi okoliczności oraz pozbawione wiarygodności wątki i ubiera je wszystkie przez pryzmat kontekstu w metaforyczne figury, ale jednak jest filmem o czymś - jest seansem prowokującym do ważnych refleksji.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

