Surrealistyczny nieomal klimat w czymś co zapowiadało się jako film muzyczny, bliski ramowo musicalowi, a okazało się taneczną tragifarsą „niesamowicie bolesną opowieścią o destrukcyjnej sile obsesji i uzależnienia od pasji, pracy i perfekcjonizmu” - inaczej autobiograficznym obrazem finezyjnie opowiadającym o tragicznych w skutkach, dramatycznych losach samego jego twórcy. Brutalnie gorzkim, skomponowany odważnie, nieco przedwczesnym testamentem oryginalnego reżysera, barwnego choreografa, utalentowanego tancerza, w którego wcielił się znakomicie Roy Scheider. Oddając i przelewając na ekran mam pewność w zgodzie i przy naturalnie akceptacji twórcy i tworzywa jednocześnie, wszystkie jego tak karykaturalne, jak i skrajne cechy, jakimi między innymi arogancja i oddany sztuce fanatyzm. Fosse postać kontrowersyjna, świadomie nieodporna na pokusy i dominująco biernie agresywna, narcystyczna jak można domniemać, ale i twierdzę ironicznie, satyrycznie autokrytyczna na własnych, prowokująco groteskowych zasadach. Tworząca za życia dla siebie epitafium - być może tak samo pretensjonalne, jak błyskotliwe. Świetny Roy i znakomicie zaadaptowana i potraktowana jazzującym pulsem broadwayowska muzyka. Powiązanie w fundamentalnym anturażu tradycyjnej burleski, późnych, dość posępnych (mimo że swobodnych), obskurnych, tandetnych wizualnie lat siedemdziesiątych. Widowiskowy spektakl w którym podskórnie pulsuje kontemplacyjne gorzkie przesłanie, gdzie show musi trwać pomimo swego destrukcyjnego charakteru - napędzane animuszem deksedryny i dla uspokojenia zarazem równoważone jak i podsycane gigantyczną ilością nikotyny. Potrzeba chwili aby się pozwolić wkręcić w ten psychologiczny klimat upatrzony psychodeliczną dziwacznością i osobliwie oryginalną, a zarazem szokującą artystyczną filozofią. Upstrzony mrocznymi odjazdami, zagospodarowany scenami, które przemawiają na innym niż standardowy kinowym poziomie. Dzisiaj od tamtej pory kino widziało już niemal wszystko, trudno zatem mu zaskoczyć, a wtedy wyobrażam sobie że podzieliło i mogło namieszać (mnóstwo nagród), gdy tym bardziej przemysł filmowy tkwił jeszcze w dużym rozkroku, pomiędzy przywiązaniem do kostniejącej tradycji firmowanych legendą Franka Sinatry i tendencjami rozerotyzowującymi czy antyestetycznymi - w tymże układzie odniesienia mocno szokującymi. Być może ja sam spodziewałem się prawie jeden do jednego drugiego Kabaretu, a otrzymałem podobnie nakręconą formę narracyjną, bliską wizualną (sceny tańczone, kadry, montaż, dynamika podobna), lecz zdaje się totalnie odmienną, rozbudowaną obficie o konteksty, konwencją w sensie właśnie filozofią, w jakiej nie wiadomo „gdzie kończy się łgarstwo, a zaczyna prawda”.
niedziela, 17 maja 2026
środa, 18 marca 2026
Lenny (1974) - Bob Fosse
Mierzyłem się po seansie dni ładnych kilka i zmierzyłem się z Lennym z przypadku, gdy poszukując wspólnych z Lalu filmów z przeszłości wspólnie akurat nie obejrzanych, moglibyśmy taki jeden z wielu zapewne razem obejrzeć. Pomógł dokument o Lizie Minnelli gdzieś w przestrzeni klasycznej telewizji linearnej napotkany późnym popołudniem, wczesnym wieczorem i oczywista w nim obszerna wzmianka o Kabarecie, niezgłębionego wciąż Boba Fossa, w szerszym zakresie znajomości jego filmografii. Trafiło więc na Lenny’ego tym sposobem i ustrzeliliśmy tym samym zdecydowanie w punkt dzierlateczkę pośród różnych możliwości. Trafienie tak fantastyczne ze względu na jakość artystyczną, gdzie prym wiodą znakomite aktorskie kreacje z tą oczywiście kluczową, pierwszoplanową znakomitego (być może tutaj najznakomitszego w karierze) Dustina Hoffmana, jak i estetykę którą otoczył swoja biograficzną przypowieść Fosse. Obraz z wyeksponowaną najczarniejszą, jaskrawą czernią i najbielszą, czystą bielą, a pomiędzy skrajnościami stonowane ziarniste szarości, więc wizualna strona wygląda niczym autentyczny film archiwalny z epoki, tylko podkręcony klimatem tak montażowej jak i popkulturowej awangardy. Forma, opowiadanie o opowiadaniu (zeznania byłej żony, matki i menadżera), to sam w sobie fundamentalny walor w pomyśle zawarty, a treść jaką w sobie zawiera dostarcza prócz intrygującego materiału do analizy społeczno-psychologicznej, także mnóstwo wyrazistych, pulsujących i kłębiących się emocji. Lenny Bruce bowiem okazał się postacią niezwykle interesującą praktycznie charakterologicznie i osobowościowo teoretycznie - poważnym komikiem, społecznym stand-uperem zaangażowanym obyczajowo i z rozpędu też politycznie, gdy normy funkcjonujące w otoczeniu i ich kompletne nieprzystawanie do realiów budziły usprawiedliwiony wstrząs etyczno-moralny u kogoś kto hipokryzji za tolerowany stan uznać nie był w stanie. Człowieka przez swoją niezgodę i prowokującego do myślenia, często uzasadnienie stosującego wulgarny styl bycia (gagatek uzależniony z wielkim ego, czasem okrutny, ale nie napiszę że nie bez powodu) i ze względu na wzorce współżycia społecznego zawodowego prześladowany przez establishment i przez tenże tak finalnie doprowadzony na skraj obłędu z bezradności, jak po drodze pozbawiony możliwości działania i zarobkowania, mimo że jego bezkompromisowość popularność w środowisku scenicznych komików, pół szołmenów (jak na dzisiejsze warunki) rozgłos, sukces i pieniądze w międzyczasie mu gwarantowała. Tragiczna postać wyprzedzająca swoje czasy, wielowymiarowa i nieoczywista, zmarła w kwiecie wieku po przedawkowaniu, uwikłana w sądowe batalie i tragicznie uległa ostatecznie kompletnej znieczulicy prawnej, co fenomenalnie Fosse ukazał, tak oryginalną rozwijając narrację, jak i zamykając ją wymownymi, pełnymi między wierszami współczucia scenami końcowymi. Stworzył mocne, nieco paradokumentalne, szczere do bólu emocjonalnie i artystycznie wyraziste, bezwzględnie angażujące, przede wszystkim o pełnym sprzeczności i słabości, ale bez pogardy i bez strachu przed oceną przez pryzmat własnych wad człowieku w konflikcie z obłudą - w obronie wolności słowa ważne KINO. Ważne cholernie, bowiem dotykające mnie tematycznie, bardzo obecnie osobiście.
P.S. „Igrać z najbardziej uświęconymi pojęciami, z najbardziej czcigodnymi uczuciami, próbować ich siły i szczerości, rozkładać je odczynnikiem uśmiechu, prowokować obłudne oburzenia, demaskujące dyskusje, wpuszczać powietrze, ośmielać do myślenia, iżby pośród walących się bałwanów zostało to, co naprawdę jest szanowane - oto zadanie, które chciałbym spełniać wedle sił moich.” - Tadeusz Żeleński-Boy
wtorek, 26 marca 2024
Cabaret / Kabaret (1972) - Bob Fosse
Ach te garlandowskie oczyska i ta też po mamusi charyzma oraz zwłaszcza głos Lizy Minnelli, ale i ach Pan porywający Konferansjer (Joel Grey), ach też te pamiętane przez już dekady piosenki/muzyka autorstwa tandemu John Kander, Fred Ebb oraz ach ta chorografia Boba Fossa! Rozbawiony i roztańczony w zadymionych klubach mimo kryzysów dekadencki Berlin na ekranie i same początki nazistowskiej ideologii, niszczącej systematycznie względnie demokratyczne struktury. Zestawienie ze sobą może nie całkowicie, ale jednak wolnościowych obumierających idei, z rozpychającym się ekstremalnym zamordyzmem potęgowanym sprzedawanymi znoszącemu wciąż upokorzenia Traktatu Wersalskiego społeczeństwu obsesjami. Dzieło z takimi scenami że dech zapiera, a jedną która prócz zachwytu dosłownie, gdy naturalnie znamy dalszą ewolucję radykalnych nazistowskich przemian, wręcz krew w żyłach mrożącą. Niezwykle jest w głównym wątku to namiętne połączenie miłości i zazdrości, musicalowej rozrywki z powagą tła społeczno-politycznego i sugestywnym komentarzem do wychwycenia pomiędzy słowami. To tło z obrzydliwie bogatymi elitami, kompletnie oderwanymi od rzeczywistości, pośród których także wkrótce bezlitosne prześladowane żydowskie rodziny potentatów finansowych. Żyjące jeszcze w oszukującej samych siebie radykalizującej się w dużej części podobnie jak plebs i wieśniactwo niemieckiej arystokracji – w złudnej symbiozie z traktowanymi jako pożyteczni głupkowie nazistami. Scenariusz bez wielkich fajerwerków, ale gruntownie przemyślany i dzięki temu naprawdę wspaniały. Rozwój w nim wydarzeń pasjonujący i ekscytujący do finału. Dzieło w historii kinematografii pełne pulsującej dramaturgii i jednocześnie uroczo niewinne i nie dziwię się, że otoczone aurą dzieła wyjątkowego. Wspaniały, mądry film - wspaniały, mądry musical. Kłaniam się mu nisko.


