Premiera drugiego krążka projektu Branna Dailora ponownie przeszła bez większego echa, mocno zaangażowanej promocji, więc nie tylko ze względu na wielkość, status i okoliczności nie miała szans z rynkowym wejściem nowej płyty Mastodon. Myślę iż Brann z racji szacunku do zrozumiałej sytuacji, żałoby w obozie swojej macierzy, nie podciągnął realizacji The Exodus of Gravity pod promocję Marrow Deep i ja taką postawę darze dużym respectem. Trzeba zachowywać się z taktem, sprowadzając prywatę na margines oraz wierząc w wartość stworzonej muzyki, postawić przede wszystkim na oczywistość, że ona się sama obroni. The Exodus of Gravity daje radę i jest bardzo porządnym rozwinięciem zainaugurowanego, oryginalnego stylu z jedynki. Oddaniem się kosmicznym fantazjom w tekstach, a w części instrumentarium, użycia do zbudowania klimatu zestawu zabawek, które fajnie kojarzą się ze starym stuffem, z okolic gier komputerowych - z wszelkiego rodzaju konsoli. Rozwinięciem konceptu w nieco jednak innym kierunku niż poprzednio, bo gdy album startowy był progresywny i mocno eksplorował eksperymentalne, zawiłe i wymagające tereny, to dwójka jest raz mniej poważna, a dwa bardziej groovy. Mnie akurat przyjęcie tejże strategii podoba się niezmiernie, bowiem słuchalność The Exodus of Gravity to jego najsilniejsza strona, kiedy po wybrzmieniu ma się ochotę jeszcze raz zestaw numerów odpalić. Większa chwytliwość, szybsza, niemal z miejsca rozpoznawalność kawałków i często ich w porównaniu do innych kompozycji osobny charakter (patrz Gilded Eye) czy wejściowy, doskonały Dark Star, powodując, że nie czuć zmęczenia wciąganiem znacząco innej niż zazwyczaj (chyba nikt tej stylistyki nie podrabia) porcji nutek. Jednako nutek jakie za sprawą wokalu Branna nie odjeżdżają aż tak daleko od stylistyki Mastodon - pomimo wielu "ale", jakie się nasuwają, zaraz po tym jak powyższe zdanie zdecydowałem się w tekście umieścić. Tak, to formalnie inne bajki i inne inspiracje, chociaż kolorystyka możliwie bliska. Ostatni Mastodon jest wielki i potrzeba wielu sesji by w pełni tą wielkość dostrzec, mimo że oparty w dużej mierze o autocytaty, zaś materiał Arcadea przyjmuje się niemal natychmiast i można od razu sobie ponucić co niektóre melodyjne motywy. Nawet pośpiewać wraz z Brannem używającym bodaj wokodera do osobliwych przekształceń, które idealnie korespondują z lekko psychodelicznymi syntezatorowymi wątkami, jakie elementarne zawijasy sprowadzają do formuły wręcz bardziej ambitnego popu. Przyznaję iż jestem mocno zaskoczony, na plus rzecz jasna, bo nie oczekiwałem tak fantastycznych pomysłów, tak przyswajalnie opakowanych (patrz Galactic Lighthouse), który mocarność mroku wiąże z jakąś tajemnicą syntezatorową i wokalem akurat wprost ze świata Mastodon. Z drugiej strony trudniej jest mi przegryźć się z przykładowo Starry Messsenger i The Hand That Holds the Milky Way (znacznie bardziej rozjechanych, rozwodnionych :)), jakie jednak nie sprawiają, iż odwołam przekonanie o całościowej chwytliwości The Exodus of Gravity. One są po prostu nie tak przebojowe, co nie oznacza że pozbawione tego pierwiastka. Się okaże za jakiś czas, a póki co jak zaczyna się zamykający Planet Pounder, to intensywnie nadstawiam uszu i do jego końca moja aktywność pozostaje na poziomie małej hipnozy. :)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz