Historia studyjnych albumów AC/DC jest lekko zawiła i takież zamieszanie dotyczy krążków z początkowych lat działalności i aby o tym sobie wspomnieć w ramach archiwizacji podstawowych faktów i przede wszystkim osobistych refleksji, dobrym momentem uważam będzie spisanie tekstu dotyczącego właśnie Dirty Deeds Done Dirt Cheap. Tym bardziej że jako osobnik przyspawany przede wszystkim do okresu od Let There Be Rock z chronologiczną trójką zdecydowanie mniej niż z wszystkim po 1977 roku mnie łączyło. Tak sobie kiedyś (grube lata temu) ubzdurałem, że za właściwy start uznam album numer 4 i dłuuugo się tego założenia trzymałem. Okazało się jednak, iż czaso-okres wydawniczy przypadający na lata rozpoznawalności li tylko w rodzimej Australii i powiązanej z nią brytyjskiej korony, niewiele lub niczym nie ustępuje jakościowo temu już zamerykanizowanemu, a reedycje spóźnione nieco mieszając w historii wydawnictw ekipy z dalekiego kontynentu, tak naprawdę można z łatwością powpisywać w charakterystyczną dla "ejsidisi" minimalistyczną ewolucję muzyczną. Natomiast przechodząc do właściwej rzeczy, Dirty Deeds Done Dirt Cheap pokrótce jest bardzo przyjemnie osadzone w klasyce rock'n'rolla i takie numery jak There's Gonna Be Some Rockin' czy Rocker bardziej pobrzmiewają niczym ikoniczne standardy typowe dla czasu przełomu lat 50/60, niż zawierają w sobie już esencjonalny schemat piosenek ekipy braci Young. Wiadomo (są tacy którym wiadomo), że poniekąd w branży nie pojawili się dopiero pod szyldem "napięcia", ale już wcześniej dzięki starszemu bratu nieco udzielali się w inicjatywach znacznie mniej ostrymi riffami nabitymi. Kto nie zna tej historii, zalecam się z nią zapoznanie i gwarantuję, iż zaskoczeń podczas jej studiowania nie zabraknie, kiedy na przykład wpadnie się na The Easybeats z Georgem Youngiem w składzie. Wracając jednak do sedna (jeśli tutaj takie jest w ogóle do zidentyfikowania), to trójka brzmi niczym sprawnie zbita w spójność hybryda czystego rock'n'rolla (wspomniane), bluesowego bujania (Ride On) oraz właśnie rozpoznawalnego jako "ejsidisowy" styl grania w pozostałych kawałkach, gdzie prym wiedzie przede wszystkim z od razu rozpoznawalne wiosło Angusa. Styl się tutaj po prostu krystalizował i dzisiaj można spotykać się z różnymi, często biegunowo odmiennymi o tym czasie opiniami - od podobnej do mojej w miarę entuzjastycznej (gdybym wówczas był świadomym odbiorcą muzyki i na bieżąco podczas jej wydawania ją odkrywał, uszami bym klaskał z entuzjazmu), po te znacznie mniej satysfakcję w mądre zdania wtłaczaną i ja akurat nie bardzo je rozumiem, gdy leci taki ikoniczny już Problem Child (he he, dwa razy!), porywający wręcz Squealer czy tytułowy znakomity numerek. W moim przekonaniu nuta przednia - absolutnie nie jakaś letnia. :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą AC/DC. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą AC/DC. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 12 listopada 2023
niedziela, 12 września 2021
AC/DC - Powerage (1978)
To chyba arcy paradoks, że do pełnego wkręcenia w taką przecież w zasadzie regularnie prostą nutę, trzeba dojrzeć i na muzykę spojrzeć z perspektywy starcia złożoności z prostotą właśnie. Aby w pełni docenić jej walory zachłysnąć się wpierw, a potem zmęczyć dźwiękową rozwodnioną pretensjonalnością całej tej mega ambitnej (także duchowo) sceny progresywnej czy tej matematycznie precyzyjnej (dla odmiany pozbawionej w ogólności ducha). Wówczas dla równowagi sięgnąć po muzyczną esencję, najlepiej w totalnie klasycznym wydaniu. Piszę o własnych doświadczeniach i próbuje przekonać o ich mało wyjątkowym charakterze - z subiektywnych przeżyć zrobić regułę i myślę, że nie jestem akurat w tym konkretnym przypadku aż tak daleko od prawdy. Pukałem się w czoło swego czasu, że niby jak to taka powtarzalność z płyty na płytę zasługuje na takie fanowskie uwielbienie, a jeszcze bardziej kultowy status. Aż do chwili kiedy nastąpiło to co powyżej zasugerowałem i moje oczy się szeroko otworzyły. Odtąd zacząłem czuć to czego dotychczas nie byłem w stanie poczuć i zacząłem wychwytywać smaczki, a sam duch oryginalnego "kangurzego" rock'n'rolla zdobył moje serducho. Nie będę jednak pisał o szczegółach tkwiących w specyfice traktowania wiosła przez wiecznie na scenie smarkatego Angusa, jak i nie wystukam również na klawiaturze kilkudziesięciu słów zachwytu nad klasyką klasyki, bowiem kolejna okazja do tego nie potrzebuje by udowadniać tego co już się we wcześniejszych reco-refleksjach albumów legendy dowodziłem. Dodam tylko, aby nieco wyróżnić Powerage, iż krążek to taki, który znalazłszy się pomiędzy dwoma niekwestionowanymi spiżowymi (podkreślam odporność na korozję i ścieranie :)) pomnikami (znaczy Let There Be Rock i Highway to Hell) nie posiadał jednego ich wspólnego waloru. Nie miał tej jedynej kompozycji, która się decydującą chwytliwością wyróżniała. Dlatego myślę, iż pośród w/w to płyta mniej popularna wśród szczególnie tych fanów, którzy podczas podejmowania wyborów sugerują się bardziej miejscem na listach przebojów niż własnym instynktem. Powerage to całościowo monolit, zwięzła jest jego treść i chyba przez pryzmat zamykającego track listę numeru, nie do końca w przekonaniu samych muzyków udana próba wypromowania hitu, bądź największego hitu z poprzedniczki zdyskontowania. Słyszycie? Słyszymy czego oczekiwali po Kicked in the Teeth. :)
sobota, 21 listopada 2020
AC/DC - Power Up (2020)
To ci dopiero niespodzianka! Toż to mimo niepodważalnego faktu, iż to zawsze były nie do zaorania stare sukinkoty, to jednak... hmmm.... cała seria dramatycznych wydarzeń (śmierć filaru w osobie Malcolma Younga, poważne problemy zdrowotne Briana Johnsona), plus niestety dość żałosne próby zastąpienia tego ostatniego przez (sorry jego fani) jebniętego obecnie Axla Rose'a oraz względnie słaby poprzedni studyjny wypiek, dawały nie tylko powody do obaw o dalsze losy legendy, ale one wręcz mnie już przekonały, że lepiej ikonie zejść już z barykady będąc "w miarę niepokonaną". Krzyżyk został postawiony, pogodziłem się z tematem - przepracowałem cios w postaci ostatecznego braku nowych numerów, które mogłyby brzmieć dosłownie jak wszystko co wcześniej nagrali, a co od lat z powodzeniem tak samo nagrywali - bo fani nic poza odświeżaniem tych samych rymów od nich nie wymagali. Wpierw środki uspakajające odstawiłem, potem leki zwalczające depresję do kosza trafiły, bym za chwile dowiedział się, wpierw że Boober (znacie Fraglesy?) może z powodzeniem dalej skrzeczeć i w chwilę później, iż pracują nad nowym albumem. Na cóż więc przechodziłem osobiste kryzysy? By czekać jeszcze kilka lat na ich koniec? Aby rozczarować się płytą o jakości podobnej do Rock or Bust? Stąd radość przemieszała się ze sceptyczną wstrzemięźliwością - pytania zagotowały się we łbie. Co będzie, co będzie? Co jest? Jest fantastycznie, rewelacyjnie, kapitalnie, super, mega i ekstra! Oczywiście tak samo, bliźniaczo itp. Jest po całości energetycznie, z werwą i ku*** optymistycznie. Jakby dziadki trzy razy większą dawkę wspomagaczy przed wejściem do studia dostali. Jakby przed umowę z Diabłem na wieczną młodość odnowili! Jest tak ejsidisowo jak tylko było możliwe. Ejsidisowo z mniejszym udziałem bluesa, za to z podwójnym stężeniem rock'n'rolla w ich charakterystycznym ejsidisirollu. Cóż więcej pisać ponad to ostatnie zdanie? Zdanie oddające całą pieprzoną prawdę o PWRϟUP. :)
sobota, 18 stycznia 2020
AC/DC - Let There Be Rock (1977)
Przed kilkoma dniami zaledwie, popisywałem się tekstem w temacie najnowszego krążka epigonów legendy, czyli inaczej "pastwiłem" się na Boneshaker Airbourne i tam pozwoliłem sobie na kluczową uwagę, że jakby australijski klon australijskiej legendy bardziej poszedł w stronę sięgania po wysokie napięcie z krążków z czasów Bona Scotta, niźli zachłystywał się wyłącznie stylem z ejtisowego okresu działalności kapeli braci Young, to z pewnością ten niewątpliwy talent jaki jego członkowie posiadają mógłby eksplodować znacznie bardziej ekscytującymi dźwiękami. Tyle że nie miałem wtedy czasu i miejsca by dodać, iż jakby chłopaki się nie starali i jakby mocno nie zarzynali gitar, to po prostu nie mają na pokładzie klona Bona, więc w sumie to i tak wszystko na ch**. O tym jaka to przepaść już od startu genialnie pokazuje Let There Be Rock, czyli album który moim rówieśnikiem, a te dwie kosy w roczniku idealnie korespondują z jego charakterem. Nawet jeśli współczesne zabawy z gitarami spod znaku metalowego cięcia ostrych riffów potrafią upuścić znacznie więcej krwi, to nie posiadają takiej łobuzerskiej natury, bowiem w zasadzie skupione są na wystudiowanych pozach i niemal akademicko rozpisanych nutach zamieszczonych w uporządkowanych pięcioliniach. Zupełnie odmiennie od charakteru gry Agnusa i spółki, w której dusza, a nie techniczna masturbacja w pierwszym planie dominowała. Tu się kur** gra z łapy i piece rozgrzewa do czerwoności, a jak pomiędzy pioruny wciska się leniwego bluesa (Crapsody in Blue), to on nie smuci, tylko zrywa babeczkom biustonosze - taki w nim seksualny drive, chociaż nawet jedno słowo o numerku wprost nie pada. :) Jednak nie on i nie reszta z siedmiu kapitalnych otwieraczy jest tutaj hiper mega hiciorem. Nim evergreen tak tłuściutki jak jej bohaterka o rozmiarach tak nie modelowych jak możliwie największy koszmar całej branży modowej. Forty-two, thirty-nine, fifty-six i możesz powiedzieć, że nic jej nie brakuje! Sto procent kobiety, sto procent Rosie! "Burdelowy" hymn wszech czasów, który w wersji koncertowej po prostu doprowadza do masowego muzycznego orgazmu.
czwartek, 9 czerwca 2016
AC/DC - Highway to Hell (1979)
Jest rok 2016, niemal już połowa, a ja piszę te
kilka zdań w zupełnie od niedawna nowych okolicznościach dla AC/DC. Grupa,
która zdecydowaną większość kariery przetrwała w żelaznym składzie z
niewielkimi roszadami na pozycji pałkera oraz tą najistotniejszą zmianą
frontmana, teraz rozsypuje się na moich oczach niczym domek z kart. Tracą
Panowie zdrowie, jeden po drugim i siłą rzeczy (to nieuniknione) zejść muszą ze sceny. Na
początek Malcolm, teraz Brian Johnson i pytanie kto następny? Kapela podtrzymywana w sposób nieco kontrowersyjny w koncertowym rytmie za sprawą angażu (rany
boskie) statycznego, bo z uszkodzonym kulosem Axla Rosa nie poddaje się jednak
i jak donoszą ci, co mieli okazję ich w tym zestawieni na żywo zobaczyć (osz
cholera) dają radę. Nie widziałem i zapewne już nie zobaczę ich z Axlem
(dobrze/niedobrze – cholera wie), więc powstrzymam się od grubej spekulacji w
kwestii ocennej, pozwolę sobie tylko na jedną kąśliwą uwagę. Mianowicie jak
pomyślę, że dziadek w krótkich spodenkach hasający po scenie doładowany słuszną
porcją tlenu aby uratować trasę (opcja pierwsza, dla kasy, opcja druga, dla
uciechy fanów – właściwą odpowiedź proszę sobie indywidualnie zakreślić)
angażuje gwiazdora z poważnymi zaburzeniami osobowości, to automatycznie mój
niepokój zostaje wzbudzony. Trzeba wiedzieć (pozwolę sobie na brawurowy cytat)
„kiedy ze sceny zejść niepokonanym”, by na drwiny się nie narażać i nie
ryzykować utraty opinii koncertowego tornada, które jak sam byłem świadkiem w
2010 roku zmiata ze sceny wszystko! Chce wierzyć, że pomimo tak dużych
problemów ten rock’n’rollowy pociąg przejeżdża z impetem pozostawiając za sobą
charakterystyczny zapach spalin. To pewne – to już koniec, tylko odwleczony
nieco w czasie. Żegnaj legendo i proszę odejdź z klasą, niech Angusowi nie
przyjdzie do głowy pomysł by nagrywać kolejny album, tym bardziej z zastępstwem
wokalnym. Ja zamiast wymuszonych działań studyjnych zdecydowanie wole zapuścić
sobie klasyki i co ciekawe coraz częściej te z epoki Bona Scotta. Gdzieś
następuje we mnie pewna przemiana i jak uwielbiam kołyszące bluesy ze
środkowej fazy Johnsona to teraz z atencją zarzucam longi z lat
siedemdziesiątych, a wśród nich co jasne Highway to Hell. Te drapieżne rockery,
bez wyjątku kipią potężną energią rozsadzającą głośniki i podgrzewającą krew w
żyłach to najwyższej temperatury. Bo to płyta przepełniona testosteronem,
napompowana adrenaliną, gdzie czuć gorący temperament Australijskich rockmanów.
Nie ma na Higway to Hell jakichkolwiek wypełniaczy, brak nawet chwilowych
przestojów (Night Prowler to żadna ballada - rzekłem :)) – jest gorrrąco, jest krew, pot ale nie ma
łez. Bo prawdziwi mężczyźni nie łkają (ewentualnie tylko wypluwają z siebie
gorycz). Korzystają z życia pełnymi garściami chwytając we własne łapska
kobiece wdzięki, idąc przez życie z uśmiechem na gębie, arogancko zdobywając
poklask i uznanie. W towarzystwie brylują, sypią żartem, czarują, rozsiewają
feromony, są samcami, nie ciotami. Czasem schodzą do piekła, lecz tylko by
pobudzić w sobie determinację, strzelają płomieniami miłości, kochają na całego
i tego samego oczekują od swych niewiast. Bawią się setnie i kurwa niestety
kończą swój żywot zbyt wcześnie. Pozdrowienia dla króla życia, ukłony dla wiecznego Bona Scotta!
P.S. Mężczyźni też nie przepraszają, tylko informują jak czują, że trzeba. Zatem by była jasność, nie jestem homofobem, żadnym też seksistą – to tylko Highway to Hell mi tak robi!
czwartek, 2 kwietnia 2015
AC/DC - For Those About to Rock (1981)
Wystartowałem ostatnio z refleksjami w 1980 roku przy dźwiękach dzwonów, by teraz przenieść się o rok do przodu i przy salwach dział oraz zmiatającej z powierzchni ziemi wszystko mocy, dać porwać się kolejnemu klasykowi. Back in Black na tyle skutecznie wzbił w powietrze pył, kurzem przesłonił rockowy świat by jego następca w postaci For Those About to Rock utrzymał ten stan bez większych problemów. Fakt bezsporny, że kontynuując serie ciosów wyprowadzonych przez album o dzwonów piekielnych mocy, nie przyniósł równie popularnych przebojów. Jednakże nikt kto małżowin usznych nie poddaje wyłącznie plastikowej popowej estetyki dominacji, stwierdzić nie może, że zawodem salwa ta armatnia się okazała. Potężny groove, bluesowy klimat, bez napinki - zwyczajnie luz, blues i najebka. ;) Z przytupem, rytmiczną bujającą, żwawą jak cholera kompresją. Nóżka podryguje, szyjka i główka rytmicznie pląsa, a zadek kręci wywijasy. Parafrazując na koniec klasyka (tego od pudełka czekoladek jak życie :)) - jak w tle grają AC/DC to wszędzie gdzie idę to tańczę, takim oczywiście stylowym angusowym krokiem! :)
środa, 25 marca 2015
AC/DC - Back in Black (1980)
Co tu dużo gadać, pisać, strzępić sobie język - jak ktoś w te skoczne kangurze podrygi wkręcony, to nie obce mu tragiczne okoliczności powstania tego albumu. Bon Scott był się zadławił wymiocinami po kolejnej hulance alkoholowej - przynajmniej taka wersja oficjalna, a że ja nie jakiś tam pierwszy lepszy zwolennik teorii spiskowych, zatem jej bez ewentualnej konieczności dedukcyjnymi metodami nie podważam. Niepokorna to dusza była, prawdziwy rock'n'rollowy hero, synonim niemal nośnego hasła od zawsze z rockowym trybem życiem kojarzonego - typ którego zastąpienie w szeregach formacji z pewnością proste nie było. Smutek i żal biciem dzwonów oznajmiony, po czym już tylko to co w markowym stylu AC/DC najwspanialsze z głośników rześkim potokiem się wylewa. Brian Johnson od pierwszego skrzeku zaskarbia sobie sympatię, stając się z miejsca równoprawnym trybem tej piekielnej machiny, ustępując pola na placu manewrów odbywanych przez Australijczyków jedynie dorosłemu facetowi w mundurku szkolnego smarkacza. I tu sedno wszystkich krążków tej legendy - Angus i firmowa z nim bodajże wyłącznie kojarzona charakterystyczna gitarowa maestria. Człowiek gitara trafnie to ujmując! :) On na niej nie gra, on pozwala jej żyć własnym życiem, wyzwala magiczne wibracje bez konieczności użycia skomplikowanych technicznych fajerwerków - wyłącznie naturalny feeling i tyle! I jeszcze jedno co czarny ten krążek, tym wyjątkowym dla mnie czyni. Let Me Put My Love Into You, bowiem ten zlepek słów i bombowy dźwiękowy wytop jest balsamem na wszystko co wkurwienie przynosi. Nic tak sprawnie nie poprawia mi nastroju jak ten numer, w codziennej szamotaninie z losem taki zastrzyk pozytywnej energii wart każdej ceny!
wtorek, 6 stycznia 2015
AC/DC - Rock or Bust (2014)
AC/DC
nowy album wydaje, czyli wszyscy na baczność i zagryzamy nerwowo pazury, wiedząc jednocześnie, czego można się spodziewać po długowiecznej legendzie.
Oni grając od lat umownie rzecz biorąc to samo, u schyłku kariery przecież
rewolucji nie przeprowadzą. I tego oczywiście nie czynią, na swoim kolejnym
albumie umieszczając pełen klasyczny wachlarz wszystkich patentów, jakich od
zarania używają. Brian Johnson skrzeczy w swoim firmowym stylu, Phil Rudd nabija
toporne rytmy, a Angus wiosłuje tak jak on tylko potrafi, czarując finezją i
polotem w obrębie na wszelkie już sposoby wyeksploatowanej formuły. Bo ten gość
nie potrzebuje szczególnej, ponadnormatywnej technicznej biegłości,
nowoczesnych fajerwerków, by wszystkich wokoło porywać. Bierze gitarę w łapy i
gra, a magia sześciu strun jedynego w swoim rodzaju wymiaru nabiera. I to by
było na tyle, gdyby dwie ważkie kwestie nie miały istotnego wpływu na efekt końcowy tej już siedemnastej (jeśli trafnie zliczyłem) studyjnej płyty. Pierwsza,
może o mniejszym kalibrze, ale dla mnie swoją negatywną właściwość posiadająca. Okładka,
tak kiczowata, gdzie tam, ona chujowa tak, że więcej nie chce mi się o niej tu pisać. Druga to czas trwania, czyli niewiele ponad trzydzieści minut - to
zdecydowanie za mało. Jedenaście numerów przelatuje zbyt szybko i do tego z
wyraźnym poczuciem jednostajnego wymiaru wszystkich kompozycji. Jest w umiarkowanym
tempie, bez momentu kulminacyjnego, czy prób przełamania chociaż odrobinę tego
schematu. Brakuje tu jednej, czy dwóch prób zagrania klasycznego mozolnego
bluesa, takiego po części nawet improwizowanego, pełnego luzu i spontaniczności, który wpuściłyby
trochę powietrza do programu płyty. Nabiłby czas trwania o kwadrans i uczynił
Rock Or Bust pełnoprawnym następcą Black Ice, bo teraz on tylko takim suplementem do
poprzedniego wydawnictwa się wydaje - zbiorem numerów, które nie zmieściły się
na "czarnym lodzie". Chyba że na końcowym produkcie swoje piętno odcisnęła wieść o chorobie
Malcolma, którego gry tutaj już niestety zabrakło. Jakby ekipa AC/DC w tym
przełomowym momencie impet straciła, inspiracji by brakło, a zdrowie
przyjaciela naturalnie priorytetem w stosunku do komponowania się stało. Coś
jest na rzeczy, a mnie spekulowanie pozostało do momentu aż powód okrojenia
czasowego najnowszej produkcji się wyjaśni. Niestety mimo, że numery poziom
jako osobne rozdziały trzymają to już w układzie albumu tak do końca rady nie
dają. To powód, który nie pozwala mi patrzeć na Rock Or Bust inaczej jak na
solidny materiał bez tej iskry, co o wyjątkowości by przesądzała. Naprawdę
żałuję, że w bardziej entuzjastycznym tonie o niej nie mogę się wypowiedzieć.
sobota, 18 stycznia 2014
AC/DC - Live at River Plate (2011)
Gorąca latynoska publiczność, stadion wypełniony po brzegi - wrzący niczym wulkan! Nieprawdopodobne jakie emocje Angus z ekipą wywołać potrafią! Kilkudziesięciotysięczny jednolity organizm, z każdą komórką bez wyjątku zaangażowaną do produkcji niekończących się pokładów energii! Malkontenci mogą sobie pierdolić, że AC/DC to toporne, jednorodne, wciąż w kółko odgrywane akordy, co oznacza rzecz jasna, że kompletnie nie ogarniają istoty rock'n'rolla. :) On przecież przede wszystkim żywiołowym, spontanicznym wulkanem gorącej dźwiękowej lawy. On oddaniem fanów nie tylko w koncertowym amoku, ale banałami się posługując także życiem takim stylem na codzień. Budzić się z rockiem, zasypiać z rockiem, a w międzyczasie wdychać go bezustannie niczym tlen. To wypisane na twarzyczkach ;) mają ci wszyscy jebnięci pasjonaci wspierający z zaangażowaniem każdy gest Australijczyków. Ci wszyscy przyozdobieni pulsującymi, kiczowatymi rogami, odziani w czerń skór i błękit jeansu z tatuażami jednoznacznie podkreślającymi co jest dla nich religią. To oni wyznawcy! A w centrum ich uwagi - żywe bóstwa, przyjmujące ofiary wypocone w tym obłędnym rytmicznym tańcu. Esencja fenomenu AC/DC na scenie - stateczni, jednowymiarowi Malcolm i Cliff, wybijający toporne rytmy nonszalancki Phil oraz centralne postaci w osobach wypluwającego z trzewi hedonistyczne teksty Briana oraz Angusa, herosa gitarowego, którego więź z instrumentem (sic! :)) niczym syjamskie bliźniactwo. Stary z niego dziad, a może! :) Znaczy chce, to może - dotleniany ale jary, taka parafraza się tu naturalnie wciska. W swojej scenicznej roli mentalnego i fizycznego gówniarza, w tym charakterystycznym wdzianku, odgrywającego z kumplami swój obowiązkowy show. Fakt, schemat Panowie odwalają od lat już utrwalony z seksistowskim (nikt Pań do prezentowania swoich walorów tu nie zmusza:) tłem The Jack, dmuchaną, bezpruderyjną :) lalą o wydatnych kształtach Rosie zwaną, salw armatnich czy z dyndającym wokalistą na dzwonie piekielnym. Przewidywalne szablony, jednak życzyłbym takiego ładunku emocji jaki tu zawarty wszystkim nowatorsko spostrzegającym materie live. Nie ma co więcej pieprzyć banałów ;) bo czym i w jakiej formie po czterdziestu latach legenda pozostaje, każdy kto jakąkolwiek wiedzę na temat rocka posiada, doskonale widzi. Dodam jeszcze jedynie, że cała oprawa, rozmiar sceny, wybieg dla Angusa, światła i brzmienie nie dają powodu do najmniejszego rozczarowania. Pełen profesjonalizm, a w porywach czysta niemal magia. Ciesząc się z wizualnej i muzycznej uczty na Live at River Plate zawartej wracam także do wspomnień jakie w mojej pamięci na lata pozostaną. I chociaż zamiast na konkretnym stadionowym obiekcie, na pastwisku Bemowskim w 2009 roku gościli, a brzmieniowe pogłosy ze względu na specyfikę miejsca nie do uniknięcia były, to te niedogodności bladną w starciu z dumnym stwierdzeniem. Ja pierdolę AC/DC na żywo widziałem!
P.S. Dla spostrzegawczych! Zauważyliście może tą rozpromienioną buźkę podskakującego na barana, może maksymalnie dziesięcioletniego gówniarza? Gdyby kurwa mój ojciec takiej muzy słuchał, ile bym więcej wspomnień zajebistych z dzieciństwa posiadał! :)
czwartek, 28 listopada 2013
AC/DC - Ballbreaker (1995) / Stiff Upper Lip (2000)
Dominująca teoria, dotycząca
twórczości AC/DC podobna jest tej, z jaką utożsamiana działalność ekipy
Lemmy’ego Kilmistera. Znaczy, że w kółko nagrywają to samo, w różnych
wariacjach i konfiguracjach. Znając więc jeden album, wiemy co znajdziemy na
każdym innym. Pozwolę się grzecznie nie do końca zgodzić z takim uproszczeniem,
bo chociaż koncertowe oblicze Australijczyków do pewnego wspólnego mianownika
sprowadza numery z różnych okresów, jednako studyjne krążki, to już zupełnie
inna bajka. Po pierwsze – brzmienie, oczywisty i chyba najpoważniejszy powód, by
z innej perspektywy oceniać płyty formacji, pozwalający wyraźnie wyodrębnić
okresy działalności. Charakter albumów z pierwszej fazy kariery przez to
zupełnie różny się wydaje. Bez porównania on przykładowo z tym, co kiczowaty plastikowy
sound z lat 80-tych z kompozycjami grupy zrobił. Po drugie, osoba wokalisty, a
na myśli mam tutaj wyraźną przemianę za sprawą zastąpienia Bona Scotta przez
Briana Johnsona. Dobra, starczy może, nie będę się już rozwijał i truł dupę
szerokimi, ultra precyzyjnymi analizami i przejdę już do sedna, a co myślę o
okresie przed i po będących głównym tematem tych mądrości, zapewne gdzieś w niejasnej przyszłości odważę się przyznać. Dla mojej
muzycznej wrażliwości i szczególnego sentymentu dla produkcji z lat 90-tych, Ballbreaker i Stiff Upper Lip są kwintesencją tego, czym AC/DC jest oraz co najważniejsze, jaki efekt można
było osiągnąć z idealnej symbiozy kompozytorskiego talentu, kapitalnego
wyczucia groove'u, pełnego zaangażowania w muzykę i świetnie dobranego brzmienia.
Zasługa tu nie tylko techniki, ale przede wszystkim doświadczenia, dojrzałości
producentów czy inżynierów dźwięku, by sound szybko się nie zestarzał lub wartko trącił
kiczem za sprawą zbytniego wykorzystania modnych w danym czasie patentów. Na
Ballbreaker i Stiff Upper Lip od tej strony wszystko się zgadza i uwag
bynajmniej mi brak. Brzmienie rzecz istotna, jednak fundamentem jakości, jasne że są same numery, a w głośnikach ze współpracy podstawowego rockowego
instrumentarium uzyskano fantastyczny w subiektywnym moim odczuciu poziom. On
na gruncie soczystego bluesa osiągnięty, tego, co od zawsze na krążkach AC/DC fundamentem, jednako w powyższych przypadkach sprowadzonego do korzennej wersji,
okrojonej z szarpanej maniery goszczącej na produkcjach legendy do tamtej pory.
Mniej tu typowej przebojowości, a znacznie więcej atmosfery, kawałki mniej szalone,
silniej dojrzałością spowite. Na koniec podzielę się jeszcze taką oto
bezpośrednią refleksją. Wiem, że dla wielu, to co te „kangury” grają wiochą zajeżdża i buraczanym muzykowaniem dla „czerwonych karków”. Takich typów, co zamiast
salonowej literackiej maniery, wolą saloonową (tak się to pisze?) medytacje przy browarze lub szklaneczce łyskacza w towarzystwie kumpli i fajnych dziołch.
I to fakt, proste to jest łupanie, ale zawiera takie stężenie pozytywnych emocji, jakich
w ultra technicznych, skomplikowanych dziełach dla pseudointelektualnej elity
ze świecą szukać. Człowiek zapierdala (o jakie brzydkie wyrażenie), od rana
niemal do wieczora ujebany (znów te wulgaryzmy) w gnoju, smarze czy innym
paskudztwie i na koniec dnia ochotę ma zabawić się, a nic tak w nią
skutecznie nie wkręca jak brzmienie wiosła Angusa. Zatem trza wbić do
speluny i troski daleko poza zasięgiem świadomości przez chwilę pozostawić. Żyć
po prostu, a ten intensywny jego wymiar po części (sporej) dzięki tym dźwiękom
uzyskiwany. Cóż więcej od muzyki w takich warunkach żądać, kiedy ona pobudza i radość
przynosi. AC/DC wiecznie żywe pozostaje, czy napędzane energią ziemi, kosmosu, tą Boską czy zwyczajnie od fanów pochodzącą gówno (znowu prostactwo co mam je we krwi się odzywa) mnie to
obchodzi! Ważne, że ona niewyczerpana, że JEST i BĘDZIE do końca! Rzekłem!
P.S. W żadnym przypadku nie pisałem
o sobie, bo robotę mam czystą jak łza – zero nerwówki czy frustracji, przecież
do k**** nędzy (chamstwo werbalne po prostu) studia skończyłem. :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)









