To jest moje kino, takie
które do mojego nieczułego na płaczliwą manipulację serduszka ma drogę
uprzywilejowaną. :) Małe kino z wielkim sercem, znaczy kameralne w formie, ale obfite
emocjonalnie. Stąd jestem obecnie zafascynowany tym, co do tej pory David
Lowery nakręcił i pospiesznie obejrzałem Ain't Them Bodies Saints zachęcony seansem Ghost Story jak i ostatnio The Old Man & the Gun. Estetycznej i merytorycznej satysfakcji dostarczyło mi osadzenie
akcji w prowincjonalnej Ameryce i jej południowych okolicznościach przyrody, jak się można domyślić u schyłku względnie na
przełomie lat 70-tych. Wykreowanie przekonującego naturalnością klimatu i oddanie
bulgocących pod powierzchnią czystych emocji, bez posiłkowania się nieznośną szarżą
uczuciową. Zastosowanie tradycyjnych technik rejestracji obrazu w stonowanych
odcieniach, odrzucające sterylną czystość i kontrastową wyrazistość na rzecz wąskiej palety rozmytych odcieni brązu i
szarości. W tej zadumanej intymnej sztuce filmowej urzekają i świetne zdjęcia eksponujące grę światłem i muzyka w tle podkreślająca z każdą minuta gęstniejącą atmosferę, sugerując nieuchronne zmierzanie do
tragicznego finału. Doskonała gra aktorskiej obsady w osobach Rooney Mary, Casey'a
Afflecka i Bena Fostera – może nie sięgających swoich wyżyn, ale kreujących
postaci przejmująco naturalnie, bez emfazy i ogólnej przesady w gestach czy
mimice. To zapewne będzie dla jednych niemiłosiernie ciągnący się, niemal pozbawiony
akcji glut, inaczej półtora godzinne flaki z olejem, dla mnie natomiast
fascynujący swą surowością i oddaniem jeden do jednego prawdy miejsca i czasu
dramat obyczajowy z żywym pulsem i podskórnym napięciem. Doskonały dramat o
splatających się ludzkich losach i wartej wielkich poświęceń miłości,
stawiających na drodze postaci piekielnie trudne dylematy, a widzowi w moim
przekonaniu jedno zasadnicze pytanie, w kontekście działań pierwszoplanowych
bohaterów. Co jest silniejsze od instynktu samozachowawczego, co jest warte
podjęcia wszelkiego ryzyka? Miłość i tęsknota bracie. Tylko one człowieku!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą David Lowery. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą David Lowery. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 29 listopada 2018
czwartek, 22 listopada 2018
The Old Man & the Gun / Gentleman z rewolwerem (2018) - David Lowery
Jak sięgam pamięcią w
najbliższą przeszłość tj. liczoną może w zakresie kilku lat, to w tym momencie nie
przypominam sobie, bym oglądał tak uroczy film, w sensie, że udaję się do kina na
współczesną produkcję, a dostaję obraz tak poczciwy, który z pełną śmiałością
określić mogę przymiotnikiem retro. Dosłownie jakbym oglądał film zrobiony na
przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, w każdym technicznym detalu
przywołujący skojarzenia z tym okresem – od kwestii wykorzystania światła w
ziarnistym obrazie, po całościowy klimat. Film, w którym liczy się forma i
treść, lecz ani jedno ani drugie nie wychodzi przed szereg i nie przejmuje
dominacji, zachowując idealną harmonię. Film cudnej treści i aktorskiej głębi,
bo dialogi urzekają swoją naturalnością i doskonale eksponują warsztat zarówno
weteranów, jak i perfekcyjnie obsadzonego, fenomenalnie przekonującego (scena w
barowej toalecie!) Casey’a Afflecka - dla którego, na marginesie dodam, spotkanie
z takimi ikonami jak Sissy Spacek (niby babcia, a tyle w niej zawadiackiej ikry), Danny’ego
Glovera (na zawsze sierżant Roger Murtaugh) i wreszcie Toma Waitsa (genialnie
opowiadana anegdota), to zaszczyt był ogromny i zapewne spełnienie szczeniackich
marzeń. Film zaś czarującej formy, gdyż wizualna strona fenomenalnie skorelowana
zostaje z delikatnie jazzującą (to chyba smooth jazz ;)) muzyką, nadającą mu
kształt ballady, płynącej powoli, skupiającej się na detalach, pozwalając poczuć
zarówno silną więź z bohaterami, jak i zaznać przyjemności obcowania z subtelną
sztuką. Film zaskakująco optymistyczny, przez co obecnie wyjątkowy, film ciepły
i nostalgiczny, lecz bez irytującej słodkości, czy drażniącego równie mocno
taniego sentymentalizmu. Film który właściwie opowiadając historie opartą na
autentycznych wydarzeniach, która przecież nie ma bezpośrednio nic wspólnego z
życiem i karierą aktorską Roberta Redforda, stał się rodzajem hołdu jemu
oddanego. Nie trudno przecież w postaci Forresta Tuckera odnaleźć samego
Redforda i nie dostrzec tego, iż pożegnanie z ekranem jest dla niego tak samo
trudne, jak porzucenie złodziejskiego fachu przez filmowego bohatera. Życie dla
pasji, dla jedynego w swoim rodzaju uczucia całkowitego spełnienia – życie w
zgodzie ze sobą i przede wszystkim dla siebie. Utrzymanie harmonii i
stabilności, które wyłącznie odpowiadają za doznanie prawdziwego szczęścia i
pogodzenie się z koniecznością odchodzenia. Może ja zbytnio uległem czarowi Redforda i
nadinterpretuję, lecz nie mogę odrzucić przekonania, iż ten zakamuflowany
manewr reżyserski tak silnie na mnie oddziałujący, był świadomym działaniem
Davida Lowery’ego, który to wykorzystał genialnie temat i splótł go tak
fascynująco z finałowym aktem aktorskiej pasji Redforda. Piękne mu zatem
odejście ze sceny zafundował, pożegnanie z najwyższą klasą będące wspaniałym
ukoronowaniem wielkiej kariery – rozstaniem z planem filmowym, jakiego nie mógł
sobie wymarzyć.
P.S. David Lowery,
trzeba zapamiętać to nazwisko, które w mojej świadomości zaistniało przed rokiem,
kiedy obejrzałem Ghost Story, a teraz pewności nabrałem, że to człowiek z
wielkim talentem do robienia wspaniałych kameralnych filmów z cudowną treścią.
niedziela, 1 października 2017
A Ghost Story (2017) - David Lowery
To jest jeden z tych momentów, kiedy
po zakończeniu seansu na klacie odczuwam przygniatający ciężar, a oddech na co dzień w miarę
miarowy zwalnia w hipnotycznym transie. Taki efekt wywołał obraz Davida Lowery'ego, który jest
doświadczeniem niecodziennym, rzeczą absolutnie wyjątkową i odrębną pośród masy
kina często porządnego, ale jednak po prostu sztampowego. I pisząc te
komplementy podkreślające oryginalność nie mam na myśli zaskakująco prostego
zabiegu z prześcieradłem, ani formatu obrazu z zaokrąglonymi krawędziami, chociaż
w tej prostocie przebiegle ukryty urok. Ja mocniej podkreślić chcę, iż to wyjątkowa
kompozycja emocjonalnej treści, emocjonalnego obrazu i emocjonalnej muzyki.
Kompozycja która zamieszkuje w człowieku i pozostaje jeszcze na długo po
napisach końcowych wywołując dreszcz niepokoju i psychologiczny ferment. Minimum
słów i maksimum emocji, ascetyczne środki, a uzyskany efekt nieprawdopodobnie
złożony. Kontemplacyjny majstersztyk, z błyskotliwą ironią i zadumaną powagą. Żaden
żart łopatologiczny, czy z drugiego bieguna intelektualna masturbacja. To idealnie zbalansowana,
pełna przenikliwej treści i refleksyjnej aury filozoficzna podróż. Cholernie smutna, poniekąd przygnębiająca, ale
absolutnie nie depresyjna egzystencjalna wycieczka do głębi, która pomimo że tak duszę boli, to jednak ma w sobie nadzieję. Przyznaję, że od czasu Comet Sama Esmaila nie
widziałem czegoś równie poruszającego i oryginalnego - jednocześnie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


