Pokazywanie postów oznaczonych etykietą David Michôd. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą David Michôd. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 lutego 2026

Christy (2025) - David Michôd

 

Ktoś mi powiedział, że walczę tak, jakbym chciała zniszczyć tych którzy mnie skrzywdzili. Jakbym miała w sobie demony. Może to prawda?”. To zdanie z otwarcia, kołacze w głowie przez cały seans i w dodatkowym osobistym kontekście budzi mój strach, wespół ze skrajnie innym, krytycznym przekonaniem, że może brak mi tej determinacji i przez to pozwalam się coraz częściej i ofensywnie na jednym, emocjonalnym polu upokarzać. Christy zacięta, poniekąd przerażona siłą jaką uwalnia z podświadomości, ale też jak się okaże wraz z rozwojem wydarzeń, Christy słaba, bowiem nie potrafiąca się obronić w naprawdę właściwych momentach kryzysowych. Historia z głębokim dnem zagościła u mnie na ekranie, szczególnie warta uwagi jako psychologiczna przestroga, ale i posiadająca atut otwierający oczy i budujący wewnętrzną zaporę. Przykre tylko iż dramatyczny pierwiastek jest jakoby konkretny (łza się zakręciła, policzek zwilżyła, bo Sydney Sweeney przekonująca), ale ciężar gatunkowy fundamentu był gigantyczny i można było go jeszcze intensywniej wycisnąć. Fajna technicznie bokserka się ujawniła, zdaje żywej wody talent do tego sportu u Sydney i aktorsko bardzo sympatycznie wypadła, a u jej boku dla jej w fabule zguby, nie do poznania z początku, też aktorsko bardzo ok, co żadnym zaskoczeniem Ben Foster. Autentyczna opowieść gruba, opowiedziana porządnie jednak bez błysku. Potencjał większy niż to co reżyser z tego wyciągnął. Skupił się na drodze do tragedii, merytorycznie poszedł w dobrym kierunku i walki dobrze ogarnięte przez sztab współpracowników zostały, ale konstrukcja całości, to chyba za intencjami nie nadążyła. Nie wiem, czegoś mi brakło by przeżyć jeszcze bardziej tak jak należy. Choćby wymienieni aktorzy dwoili się i troili, wyszło li tylko niby poprawnie. Prądziło ale nie błysło, a oczekiwałem że błyśnie. 

czwartek, 14 listopada 2019

The King / Król (2019) - David Michôd




Jak zdążyłem się już przekonać, Król jest skrajnie oceniany - od zachwytów po ostrą werbalnie i osadzoną na historycznej „prawdzie” krytykę. Mogę postarać się zrozumieć ubolewania często histerycznych historyków nad nieścisłościami, tym bardziej koneserów literatury klasycznej nad (jak to barwnie ktoś ujął) „spauperyzowaniem” Shakespeare'a, lecz owo kurczowe przywiązanie do faktów i języka w moim przekonaniu fanatycznie zmienia optykę, odciągając uwagę od istoty. Być może manifestuje w tym miejscu swoją ignorancję, tym samym zasługuję na publiczną naganę, być może też straszliwie błądzę interpretując zamiary i motywacje ekipy kierowanej przez Davida Michôda, ale ponad powyższe przekłamania i uproszczenia stawiam podstawowy walor dobrego kina, który w tym przypadku zdominował i odwrócił moją uwagę od dyskusyjnych kwestii pragmatyczno-formalnych. W moim przekonaniu Król to doskonały przykład produkcji, która unikając banalnych rozwiązań uatrakcyjniających jej odbiór oraz jednocześnie nie zapuszczając się w rejony całkowicie odbierające jej atrybuty przyswajalności, przez szersze niż tylko ograniczone do elit intelektualnych forum, uzyskała gigantyczną siłę oddziaływania przede wszystkim przez genialnie zbudowany niepokojący klimat. Film stoi mistrzowską stroną wizualną i przejmującym muzycznym tłem, ponadto ascetycznie sączona ponura narracja i konsekwentnie generowane napięcie, przyczynia się znacząco do uzyskania wręcz hipnotycznego efektu. To historyczny thriller polityczny (inaczej brawurowe strategicznie szachy w świecie władzy) i równocześnie symetrycznie, kostiumowy dramat psychologiczny - innymi słowy kronika przerażających przemian osobowościowych, dostosowujących główną postać do oczekiwań związanych z zajmowaną pozycją. Mrożący krew w żyłach seans, w którym okrucieństwo tkwi w ambicjach i urojeniach, wespół usypujących fundament dla potencjalnego obłędu. Kapitalnie zagrana (naturalnie Chalamet, Edgerton, Pattison, Mendelsohn), potwornie smutna epicka opowieść o brzmieniu władzy i cenie wojennej pożogi, z silnie stężonym i sugestywnie wyeksponowanym złem czającym się w mroku ludzkich żądz. Ale to tylko opinia osoby, która swego dawno minionego czasu na lekcjach historii średniowiecznej i literatury klasycznej bujała w obłokach zafascynowana rozrywkowym kinem przygodowym. :)

wtorek, 13 stycznia 2015

The Rover (2014) - David Michôd




Specyficzne kino dla koneserów tego rodzaju formy! Ja akurat do tego gatunku się nie zaliczam, zatem większej satysfakcji nie odczułem i nie zamierzam pozować na krytyka czegoś, czego nie bardzo pojmuję. Większego sensu w realizacji tego rodzaju kina nie widzę, stąd stwierdzę jedynie z obowiązku archiwizacyjnego, że muzyka z tymi trwożącymi odgłosami całkiem całkiem, aktorskie kreacje bez zarzutu, a scenariusz intelektualnie niewymagający i absolutnie przewidywalny. Sporo kurzu na drodze, mordy zakapiorskie, przepisowo bruzdami zorane i brutalność o wysokim współczynniku śmiertelności, czyli kino drogi w postapokaliptycznym wydaniu. Tyle i tylko tyle. Obejrzałem i już zapomniałem. I tylko wciąż zastanawia mnie, dlaczego oni na początku go nie sprzątnęli?

Drukuj