Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Juan Antonio Bayona. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Juan Antonio Bayona. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 stycznia 2024

La sociedad de la nieve / Śnieżne bractwo (2023) - Juan Antonio Bayona

 

Wiadomo że ta historia już przez kino została kiedyś zagospodarowana, a że jak coś co się wydarzyło, a w dodatku jest nie tylko potencjalnie, ale już w sprawdzony sposób filmowo wdzięczne, to się po latach często odświeża i pokazuje nową wersję. Ta pierwsza hollywoodzka, ta obecna hiszpańsko-latynoska i sygnowana nie pierwszym lepszym katalońskim nazwiskiem reżyserskim. Bayona ma w swojej filmografii cenione nie tylko przeze mnie tytuły i automatycznie miałem spore oczekiwania co do Śnieżnego bractwa. Początek raczej z tych co to bez większego znaczenia dla sensu całości, coś na kształt „należy konieczny zrobić wstęp”, a dalej sama katastrofa obrobiona poprawnie, tak jak współczesne środki warsztatowo-techniczne pozwalają. Natomiast po kwadransie zaczyna się film - właściwie to co jest uwagi godne jak najbardziej. Zwięzła relacja z kolejnych dni dramatu - dzień, noc, dzień, noc, itd. Walka o przetrwanie, determinacja by przeżyć, a to wszystko o niby surowym obliczu ekstremalnego survivalu, ale jednak gdzieś wygładzone i dla "krytyka" wymagającego „surowego mięcha” emocjonalnego płaskie, także jak na potencjał o konkretnym dramatycznym charakterze. Głód w tej historii robi swoje i nawet mróz nie daje się tak we znaki jak ta fundamentalna potrzeba organizmu, której nie byli w stanie zaspokoić, jeśli nie posunęliby się do etycznie pogardzanego kanibalizmu. W tym przełomowym momencie film się zmienia, po pierwsze stając się mniej obrazem katastroficznym, a więcej dramatem psychologicznym z moralnym kontekstem, więc to naturalne, że jeśli z początku nie szarpał to z czasem emocje liniowo w nim wzbierały, bowiem to ten rodzaj filmowej narracji, w której wyraźnie zarysowany wstęp, rozwinięcie, kulminacja i finał, stąd im bliżej końca, tym siła przekazu mocniejsza. Zatem to moje początkowe narzekanie związane z irracjonalnymi właściwie oczekiwaniami tylko miało mnie przygotować na seryjne wstrząsy i długotrwale obserwowanie człowieka stojącego wobec brutalnego wyzwania, będącego w tych warunkach koniecznością, przed którą się wzbraniał z przekonań etycznych, czy najzwyczajniejszej spektakularnej wizualnie opowieści o indywidualnej i grupowej konfrontacji z odebraniem nadziei. Ja rozumiem że to operatorsko kawał dla wzrokowych wrażeń dobrej roboty, jak i poważny film o ludzkim dramacie – przyznaję (podkreślam) porządnie zrealizowany, ale mnie w sumie wymęczył i nie jestem uczciwie porażony czy wstrząśnięty bądź nawet poruszony, chociaż pod wrażeniem majestatu And z pewnością pozostaję, bo to coś niesamowitego. Lecz film jako całość... hmmm... - odczucia na poziomie The Impossible Bayony. Doceniłem chyba - nie piałem jednak z zachwytu pamiętam!

P.S. Nie mam pewności czy ten osobisty komentarz narratora, który do części scen został dospawany, był tutaj akurat potrzebny. Może lepiej było opowiadać tylko sugestywnym dialogami, obrazem i dźwiękiem, a literacką narrację pozostawić w książkowym pierwowzorze?

poniedziałek, 2 stycznia 2017

A Monster Calls / Siedem minut po północy (2016) - Juan Antonio Bayona




Dziesięć lat czekałem na kolejny taki film! Bo oto w 2006 roku Guillermo del Toro udowodnił, że można zrobić baśniową produkcję, z dojrzałym przesłaniem kierowaną do dorosłego widza i nie ugrzęznąć w uproszczeniach. Zrobić film przepiękny wizualnie, chwytający za serce treścią i muzycznym tłem. Tak też uczynił reżyser wybornego Sierocińca, zapewne poniekąd inspirując się wizualną stroną historii Ofélii i bazując merytorycznie na powieści Patrica Nessa. Stworzył zachwycające dzieło dotykające każdego wrażliwego człowieka niezwykle sugestywnie i działające na widza niczym odtrutka po spotkaniach z napompowanymi do granic możliwości, egzaltowanymi wydmuszkami, bez realnej wartości. Siedem minut po północy mimo, że opowiada o rzeczach oczywistych i uderza w te najwrażliwsze struny, to nie jest w żadnym stopniu naznaczony emfazą. Bo to nie są emocje sztuczne, a intensywnie realistyczne dzięki, artystycznej wrażliwości całej ekipy technicznej pracującej na na ten efekt i przede wszystkim porywającej szczerością i naturalnością roli Lewisa MacDougalla. Brak mi teraz na gorąco jeszcze, odpowiednio zabarwionych ojcowskimi emocjami słów, by opisać jak wyjątkowym doznaniem była obserwacja chłopca, który był za stary by być dzieckiem i za młody by być mężczyzną, a zmierzyć się musiał ze skrajnie wymagającym psychicznym wyzwaniem. Uciekł z niezgody i bezradności przed okrutną rzeczywistością w fantazję, by finalnie zrozumieć sens i pogodzić się z nieodwracalnym. Zrobił to, samodzielnie dochodząc do przełomowych wniosków, dzięki pomocy i inspiracji umierającej matki, najbliższej rodziny i cisowego potwora o potężnym głosie i niepospolitej mądrości. To wzruszające przeżycie, ekspresyjne doświadczenie i wartościowa lekcja, której mam nadzieję nigdy ja oraz ty (czytający teraz tą skromną laurkę) nie będziemy mieć okazji wykorzystać, w podobnie dramatycznych okolicznościach. 

poniedziałek, 3 czerwca 2013

The Impossible / Niemożliwe (2012) - Juan Antonio Bayona




Mieszane odczucia - z jednej strony to solidnie od strony technicznej zrobiona produkcja, gdzie jakikolwiek efekt specjalny nie burzy wrażenia naturalności, z drugiej niestety w oczywisty sposób przewidywalna jedynie w niewielkim stopniu, w niewielu fragmentach rzeczywiście budząca emocje. A tak naprawdę potencjał historii od strony emocjonalnej ogromny i może wystarczyło zrezygnować z banalnej formy - odtwórczej, płaskiej niestety aby efekt końcowy był równie wstrząsający jak cała historia. Ogólnie spodziewałem się zdecydowanie więcej i nawet jako rodzic pomimo naturalnego odczucia powagi dramatyzmu sytuacji jedynie w jednym momencie odczułem mocniejsze wzruszenie. Rzemieślnicza to robota albo emocjonalnie wypalony ze mnie wrak - o co siebie oczywiście nie podejrzewam!

Drukuj