Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Robert Eggers. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Robert Eggers. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 stycznia 2025

Nosferatu (2024) - Robert Eggers

 

Fundament uznaję za jasny, oczywisty, chociażby mój własny, wyczekiwany seans prapremierowy był odbyty w sąsiedztwie dwóch jeszcze do niedawna zapewne nastolatek, których posłyszane, wyszeptywane, a jednak donośne dla fotela obok komentarze sugerowały kompletne zaskoczenie z czym mają do czynienia, co jednoznacznie dowodzi, iż historia jako pierwowzór spisana w XIX-wiecznej powieści Brama Stokera i później rzecz oczywista wielokrotnie na cele popkulturalne modyfikowana, była im niekoniecznie znana, zakładając myślę odważnie ale jednak bez ryzyka, że wampiryzm jako fenomen wpierw w formie przypowieści, dalej osobliwości literatury i finalnie ogólnie kultury medialnej już obcy nie. Stoker inicjująco spisał to co posłyszał i do czego w temacie się dogrzebał, wykorzystując tak legendy jak i dość dobrze udokumentowaną postać Hospodara Wołoszczyzny Włada Palownika (jak się okaże pierwowzór najsłynniejszego wampira - dziecka nocy, Nosferatu), doprawiając każdy przekazywany mit własną rozbudzoną fantazją, tworząc rozpalającą do dzisiaj wyobraźnie powieść o uniwersalnych namiętnościach, gdzie przede wszystkim prymarna walka dobra ze złem i miłość pod postacią najsilniejszych żądz oraz wykorzystywany kluczowy wątek nieznanego, przerażającego i podsycającego pierwotne lęki, które to tajemnicze, niezbadane, więc dla gawiedzi godne potępienia. Eggers jako specjalista od kina niebanalnej grozy, kluczenia pośród starych podań, przetwarzania na nowo ikonicznych opowieści i fenomenalny wizualny kreator wziął więc na warsztat jeden z najważniejszych filmów niemieckiego ekspresjonizmu, będący właśnie (podobno z powodów prawa autorskich) jedynie opartą na kanwie stokerowego bestselleru, w skrócie opowieścią o krwawym (bardzo gęste, niemal bordowe drinki preferującym) potworze/demonie i jego też słabości do opętywania pewnej młodej, poszukującej wrażeń niewiasty, która finalnie dla dobra społecznego (uniknięcie gigantycznej zarazy) oddaje się swojemu prześladowcy - podstępnie przy okazji swojego końca, doprowadzając do sczeźnięcia hrabiego Orloka (tak, kwestia praw autorskich). Dowiedziawszy się o planie Eggersa, właśnie tak idąc tropem sugestii i też mając w pamięci genialny Lighthouse, wyobrażałem sobie, iż stworzy wprost zarazem i nowocześnie jednocześnie, a jednakowoż archaicznie wyglądającą nową wersję obrazu Friedricha Wilhelma Murnaua. Okazało się w trakcie kolejnych wypuszczanych w eter informacji, że Nosferatu Eggersa będzie bardziej w ogólności gotycko staroświecki (barwy wyblakłe, gnijące), a nie filmowo klasyczny (monochromatyczna magia), a teraz już wiem jakie jest w rzeczywistości i zanim odniosę się do cech charakterystycznych wyglądu, to przyspieszę i zdradzę, iż według mojej maksymalnie subiektywnej opinii wyszło reżyserowi, specjaliście w te akurat klocki fantastycznie, bowiem mnie zahipnotyzował i ku mojemu zaskoczeniu nie wąsko też przeraził (są tu sceny które niemałe ciary wywołują). Jednak uznaję iż nie przeskoczył wrażeń które pamiętam wciąż po pierwszym wessaniu w niezwykle kreatywny wampiryczny świat Coppoli i co najważniejsze, ufając największym koneserom najklasyczniejszej klasyki filmowej, nie zdeklasował (he he) arcydzieła Murnaua. Nie zdołał dorównać w chronologicznej kolejności pomysłowości tego drugiego, ni utkać tak przejmującej opowieści, wlewając w nią maksimum smutku jaką stworzył ten pierwszy. 

P.S. Tak zgadzam się z ogarniającymi temat już wczoraj moimi przedmówcami, krytykami, konsumento-pasjonatami, iż dźwięk miażdży, a każda klatka to wizualne wypieszczenie ponadprzeciętnie precyzyjne - upojne malarsko. Scenografia, lokacje i pejzaże wytrawnie dobrane, a kolory i gra cieniem fenomenalna, jak i zgadzam się że pod względem sugestywności nie ma opcji aby doskonale technicznie ucharakteryzowany Bill Skarsgård mógł podskoczyć skąpo, umownie wystylizowanym Schreckowi, Kinskiemu (pamiętaj pseudo koneserze o Herzogu) czy bliżej mojego serca, oryginalnie uformowanemu Oldmanowi. Tak tak tak - nie zgadzam się bym mógł się nie zgodzić ze wszelkimi starannie wypunktowywanymi w wysypujących się intensywnie w przestrzeni Internetu recenzjach oczywistościami i jakimikolwiek podpartymi przekonującymi walorami komplementami.

wtorek, 24 maja 2022

The Northman / Wiking (2022) - Robert Eggers

 

Siedziałem jak wryty, totalnie zahipnotyzowany, wpatrzony niczym w transie w przesuwające się obrazy powstałe w wyobraźni Roberta Eggersa i przeniesione z monumentalnym rozmachem, ale i wyczuloną artystyczną manierą na ekran. To nie było więc zwykłe filmu oglądanie, bo i obraz absolutnie do kategorii zwyczajnych nie należał i nie mógł już w założeniach należeć, skoro za jego powstaniem kryła się osoba, która za sprawą produkcji o niekwestionowanym walorze oryginalności w ciągu kilku lat zdobyła solidną przychylność krytyki i równocześnie uznanie posiadającego wysublimowany gust widza. The Northman nie jest może tak "diabelsko" sprofilowany jaThe VVitch: A New-England Folktale ani tak wizualnie ascetycznie sugestywny jak The Lighthouse, ale z pewnością jest tak samo zajmujący i niepokojący jak obydwa i posiada dodatkowo w sobie wprawiający w lęk pierwiastek obrzędowy oraz rozmach epicki, jaki w tym rodzaju opowieści był absolutnie konieczny. A że umysł Eggersa to jakaś odjechana struktura, rzemiosło jego od początku kariery na poziomie ponadprzeciętnym, to powstał obraz z mnóstwem dopracowanych detali (przede wszystkim muzyka oraz do niej ludowa choreografia) i klimatem kunsztownym oraz zaciekle wgryzającym się w podświadomość - także z kreacją Nicole Kidman, której w takim anturażu i z takim obłędem w oczach nie mogłem się spodziewać. Poza tym cała scena, czyli spektakularne widoki z dziką surową przyrodą w dalszym planie. Wiedźmy, klątwy, zbrodnia i wcale nie taka bezdyskusyjna kara - niczym z klasycznej szekspirowskiej tragedii historia wendety, lecz z jeszcze głębszą i bardziej błyskotliwie przemyconą, wciąż aktualną puentą. Brutalny świat prostych zasad - oko za oko, ząb za ząb, zemsta jak religia, wręcz religia zemsty. Prymitywne potrzeby zaspokajania żądzy krwi i dominacji. Podboje za wszelką cenę, bez skrupułów podążanie za instynktem. Krwawe wierzenia, pozbawione głębszej niż tylko pozorna logiki działania, godne potępienia akty bezsensownej brutalności, najbardziej odhumanizowane dzikie zwierzęce żądze i kult siły fizycznej. Równocześnie dominacja ducha walki, prymat siły ducha i równolegle ta bzdurna przemoc, jako codzienność. Bo czasy Wikingów to żadne romantyczne pitolenie, to testosteron w żyłach i umysł pochłonięty walką, pławieniem się w glorii ziemskiej chwały zdobywcy aby po heroicznej śmierci dostąpić zaszczytu przekroczenia bram Walhalii. Jeden z najlepszych i najbardziej sugestywnych obrazów obnażających absurdalność działań przemocowych z pobudek jak się przyjęło przyrodzonej naturalnie gatunkowi mściwości, tak soczyście i intensywnie epatujący tąż brutalną chęcią dążenia do sprawiedliwości. Jednej i jedynej, widzianej i rozumianej z subiektywnej perspektywy bardzo wąsko otwartych oczu, zaślepionych gwałtownymi emocjami. Eggers odarł epokę wikingów z przypisanego jej przez popkulturę romantyzmu, uwypuklając w zamian rolę masowej hipnozy na bazie obrzędowości i ja to bardzo szanuje!

P.S. Spirala nienawiści, krąg zemsty - trwaliśmy w nim, trwamy, trwać będziemy i tylko narzędzia się zmieniają, tylko instrumenty wykorzystywane ewoluować będą. 

czwartek, 12 grudnia 2019

The Lighthouse (2019) - Robert Eggers




Przyznaję się, że porzucony finałem bez wyjaśnień (w nielichym zagubieniu), nie wszystko z tej obłędnie wyeksponowanej historii dwóch pogrążających się w szaleństwie latarników zrozumiałem. Wciąż zgłębiam metafory i wyszukuję świeże konteksty – w interpretacyjnych niuansach i domysłach cholera tonę! Lecz bez względu na skomplikowany jego wymiar analityczny (pierwotna natura lęku, siła podświadomego oddziaływania mitów, długotrwała izolacja czy wprost rzucona klątwa???), jednego jestem pewien! Nie mam najdrobniejszych wątpliwości, że był to aktorski (to trzeba zobaczyć, żeby zrozumieć) i artystyczny majstersztyk. Estetyka w jakiej Robert Eggers umiejscowił narrację i praktyczny wymiar sugestywny użytej "stylówy", to jakiś kosmos pod względem bezpośredniego wpływu efektu wizualnego oraz efektywności zagospodarowania eksplorowanej formuły klimatu na widza. Godne największego podziwu mistrzostwo osiągnięte przez młodego reżysera już przy okazji realizacji drugiego filmu w karierze. Mimo iż debiutowi trudno większe braki zarzucić, to jednak The Lighthouse sięga zdecydowanie ponad wcześniejszy poziom wysublimowania optycznego (scenografia, gra światłem i montaż) oraz psychologicznego oddziaływania i jeszcze mocniej grzebie w ludzkich psychozach. Ten obraz odrzucając jakiekolwiek współcześnie atrakcyjne dla widza sztuczki w rodzaju fabularnych twistów, zasysa delikwenta w swoją ziarnistą szaro-czarną fakturę i potrafi używając niewyszukanych określeń solidnie sponiewierać. On żyje, on pulsuje – jego się odbiera niemal wszystkimi zmysłami, bo widzi (nieprawdopodobne doznania wzrokowe), słyszy (niesamowite opracowanie dźwiękowe i muzyczne) oraz wręcz czuje jego zatęchłą woń (przeszywającą wilgoć, odór stęchlizny). Kino totalne - dopracowane i spełnione. Dzieło to w dzisiejszym kinie absolutnie wyjątkowe, które zbuduje reżyserowi na lata legendę i podniesie przyszłe oczekiwania do niebotycznego poziomu. Produkcja wielce kunsztowna, która odbija się zasłużenie bez cienia przesady silnym echem w środowisku twórców i wielbicieli ambitnej klasyki, nawiązując do archetypicznego kina sprzed niemal stu lat. Sięgając stylistycznie po inspiracje do ikonicznego niemieckiego ekspresjonizmu, powstał film KOZAK (Eggers kozak!!!), który według obecnych standardów filmowych i potrzeb widza, nie miał prawa tak szeroko zaistnieć, a sam pomysł winien być zarzucony już na etapie liczenia funduszy i szacowania wpływów. Nie ma się przecież co oszukiwać, iż wyłącznie dzięki doskonałym recenzjom zapełni kina, a praktyczne doświadczenie jego odbioru, tylko u garstki wytrawnych widzów wzbudzi zachwyt. Myślę że kluczowe w uzasadnieniu tej tezy mogą być osobiście zaobserwowane skrajne reakcje publiczności po finałowej scenie - po wyjściu mogłem dostrzec zarówno pojedyncze niepewne uśmieszki, miny zdradzające kompletne zagubienie, wyrazy twarzy zadziwione, tudzież zniesmaczone oraz te też oczywiście koszmarnie przerażone. Stąd brawa dla Roberta Eggersa za odwagę, owacje na stojąco za programowy w jego twórczości prymat sztuki nad biznesem, oraz podziękowania dla kreatywnego studia i bezinteresownych sponsorów.

P.S. A Pattinson i Dafoe (celem koniecznego wyjaśnienia donoszę), to dokonali czegoś nieprawdopodobnie autentycznego i przerażająco sugestywnego - wbili mnie w fotel klasycznym warsztatem, bo inaczej tej oszałamiającej ekspresywnej pasji w monologach nie można określić. 

środa, 25 maja 2016

The VVitch: A New-England Folktale / Czarownica: Bajka ludowa z Nowej Anglii (2015) - Robert Eggers




Sporą grupę fanów sobie ten film zjednał, szczególnie tych co we współczesnych plastikowych horrorkach niczego prócz spektakularnego kiczu nie dostrzegają. Oni właśnie w prostocie środków i sugestywnej symbolice The Witch odnajdują esencję dobrego filmu grozy. Klimat ich omotał, artystyczny szlif zniewolił - ta wizualna perfekcja z licznymi detalami, skąpana w półmroku i dopełniona idealnie dźwiękową oprawą. Namacalna obecność diabła, nie dosłowna, a mimo to eksponowana przenikliwie i intensywnie. Zabobony i czary, ludzka bezsilność w obliczu zjawisk niezrozumiałych i histeria potęgowana niemocą. I pomimo atmosfery gęstej, symboliki wyrazistej, oprawy mrocznej i źródła intrygującego w legendach i podaniach wywąchanego, brak ekstremalnie odczuwalnej upiornej grozy jest niezrozumiały. Znaczy ja większego lęku nie zaznałem spokojnie bez obaw udając się po seansie do toalety. :) Nie oznacza to jednak, że ta czarcia sugestia wyrastająca z poziomu scenariusza jest totalnie nieskuteczna. Brrrrr. 

Drukuj