Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Francis Ford Coppola. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Francis Ford Coppola. Pokaż wszystkie posty

sobota, 30 listopada 2024

Megalopolis (2024) - Francis Ford Coppola

 

Nie mam potrzeby wyduszać, wymuszać - tak odczuć jakie Megalopolis wywołuje, jak i nadmiernej miernej siłowej słownej ekscytacji, gdy sprawdziłem co za własne, uciułane w dużym stopniu srebrniki, spełnienie reżyserskie seniora mistrza mnie dało. Obejrzałem dzieło które nic subiektywnie (to ja) i obiektywnie (to rzeczywistość) nie zmieni, a da jedynie Coppoli usprawiedliwienie, że nie był bezczynny, gdy walił się świat. Połechce jeszcze mocniej jego ego na czas zaawansowanej jesieni życia, bowiem koncept przeniesienia cesarskiego rzymskiego oblicza starożytnej ziemi do czasów współczesnych i uchwycenia podobieństw, jest zaprawdę konstruktem ze wszechmiar ambitnym – nie przewiduję dyskusji! Tylko teoria i inspiracja, motywacja i myślenie życzeniowe to raz, a dwa realizacja i możliwości, sprzedaż idei i tej idei odbiór w formie jaką Coppola w finalnym efekcie dostarczył. Nie napiszę tutaj, iż w zamierzony tandetny sposób nie kupił mojej uwagi i nie przyznam racji ostrej krytyce, że pod przeozdobną sceną, nie kryje się żadne godne uwagi erudycyjne przesłanie i że Coppola już jest tak stary, że więcej w jego (w założeniu) opus magnum materiału do drwin, niż przyczyny do poważnie zatroskanej o kondycji świata dyskusji. To w sumie jest jeden z tych filmów, które są robione przez twórców dla siebie, bowiem tylko autor wie wszystko co wiedzieć też widz naturalnie powinien, by zrozumieć treść i wykoncypować idealnie trafione przesłanie. Sens Megalopolis mimo to nie jest akurat nazbyt niejasny, ale jednocześnie nieco przeładowany i chaotyczny, bo pętelek w ściegu nie brakuje i w szczegółach nietrudno się nie pogubić, ale jakby się z twórcą Megalopolis przy kominku zasiadło i w dysputę o tym co i jak widzi wkręcić, to nie przewiduję iż pod wrażeniem gigantycznym, osłupiałym lub totalnie podekscytowanym przez całą noc nie pozostało. Problem tylko w tym, że opowiadanie filmowe (w skrócie rzecz biorąc) o cywilizacji jaka największym wrogiem ludzkości i opowiadanie o tym stosując masę metafor wymaga okiełznania autorskiej euforii i pomysłu kilka razy, aby był klarowny przefiltrowania. Ten język i ta metoda jakiej użył, bez względu na fakt że współpracownicy w osobach aktorów jemu projektu absolutnie nie położyli, w więcej niż pięćdziesięciu procentach nie zagrał. To on sam stosując język wizualny jaki sobie na tą okoliczność wymyślił rozjechał się chyba z dzisiejszymi wobec wizji kina epickiego wymaganiami - chociaż kto wie czy ja tu ogarniając to co zobaczyłem, bardziej od niego nie pierd*** i gdyby pozbawić retorykę Megalopolis nazbyt ostrych konturów i kolorystykę jaskrawą umownie na bardziej pastelową zmienić, to nie miałbym może do czynienia z geniuszem podobnym takim ówczesnym mistrzom jak Paul Thomas Anderson, Denis Villeneuve, czy każdy inny obecnie z fejmem uznany wizjoner. Nie wiem, w sumie to już nie wyduszone koncepcje na domniemania mi się wyczerpały, a seans pomimo długości i kalibru merytorycznego nie zmęczył. Rozumiem jednak dlaczego może tak opinie widzów polaryzować.

piątek, 6 września 2024

The Cotton Club / Cotton Club (1984) - Francis Ford Coppola

 

Swingujący jazz tutaj równoprawnym bohaterem, wraz z klasycznie, nie tylko przez pryzmat miłości nazbyt romantycznie odbieraną gangsterską lat dwudziestych. Prohibicja i interesy półświatka, zdobny styl Coppoli, gwiazdorska obsada - czy mogło się zatem nie udać? Mogło i poniekąd obok klapy finansowej artystycznie też się nie udało, bowiem sporo się dzieje, widz absolutnie się nie nudzi, bawiąc się nawet jeśli nie gustuje w gatunku całkiem dobrze, jednak oczekując kina zawiłej, konkretnie mocnymi kontekstami społeczno-obyczajowymi dopieszczonej akcji po linii najsławniejszej produkcji Coppoli, to się zawiedzie, gdyż tak sobie kombinuje i z akrobacji myślowych uskutecznionych wychodzi mi, że Cotton Club jest tym w Coppoli filmografii, czym New York New York w filmowej spuściźnie Scorsese. Bliżej bowiem im obydwu do niekoniecznie dobrze wyczutych standardów musicalowych, niż w pierwszym przypadku wspomnianej gangsterki z szalonych lat dwudziestych, a w drugim ambitnego dramatu obyczajowego. Zgadzam się także z opinią, że Cotton Club został przeestetyzowany i popchnięty bez hamulców w stronę szołmeństwa, gdzie nie liczy się realizm oparty na logiczności następujących po sobie wydarzeń, będących skutkiem zachowań i postaw bohaterów, a miast tego wszystko podporządkowane jest wizualnej ferii - nie ma co się oczekiwać, że pod publiczkę. Proszę jednak abym nie był źle zrozumiany - ja widzę w tym pasję i wyobraźnię, a i pieniądz zapewne jak na owe czasy przeokrutny, lecz ten świat wykreowany, mimo że bardzo wdzięczny do filmowej obróbki, w tym przypadku nie spiął się z moimi oczekiwaniami fabularno-scenariuszowymi. Za mało ognia, za dużo przepychu – co jest w sumie częstą przypadłością musicali czy jak w tej sytuacji quasi musicali. 

P.S. Coppola zrobił jak chciał, albo chciał zrobić jak sobie zakładał. Stawiam na ten drugi scenariusz. 

niedziela, 31 marca 2024

Apocalypse Now / Czas Apokalipsy (1979) - Francis Ford Coppola

 

Film wielka realizacyjna katastrofa, bo podobno (wymienię na jednym wydechu) nadwaga, prawie atak serca i okres zdjęciowym wielokrotnie przekraczający założenia, a jednak finalnie dzieło ikoniczne i jak to w sumie nierzadko bywa, kiedy wszyscy zaangażowani niemal doprowadzeni do ostateczności, to powstaje coś co wykracza poza początkowe wyobrażenia. Wręcz obraz zdumiewający, bo scen tu niemożliwych by nie zostały po seansie zapamiętane w brud i to scen, jakie zgrozy nie szczędzą, a i spektakularnością epicko widowiskową często nie mają sobie w podobnych dziełach równych, choć arcydzieł wojennych kinematografia amerykańska nie poskąpiła, jednak dramatyzm tych najbardziej sztandarowych (Pluton, Urodzony 4 lipca, Ofiary wojny, czy z innej beczki drugo-wojennych majstersztyków) z różnej, zdecydowanie nie groteskowej kategorii. Bowiem Czas Apokalipsy jest poniekąd właśnie groteskowy, bo zwiera w jednym kompletny brak logiki rzeczywistości wojennej, z totalnym realizmem psychologicznych mechanizmów i miesza je dodatkowo w gęstym sosie tak błyskotliwie sugestywnego antywojennego manifestu, jak i tragizmu w połączeniu z komizmem, czy piękna z brzydotą, wymykając się sztywnym najczęściej regułom kina wojennego. Będący luźną adaptacją Jądra Ciemności Josepha Conrada, okazał się kontemplacyjnym majstersztykiem, z porywającymi zdjęciami i ujęciami wstrząsającymi i możliwą do krojenia zawiesiną napięcia i lęku. Studium obłędu o dwóch obliczach, dwóch głównych postaci i chyba nikt nie ma wątpliwości, iż prawdziwy, choć zapewne przesadnie artystycznie mroczny pod względem dziwacznej rzeźnickiej natury obraz wojny od środka. Wojny prowadzonej przez niczym z horrorów błaznów, skrzyżowania cyrku i krwawej łaźni, z idealnie spasowaną epicką wagnerowską i psychodeliczną doorsowo-stonesową nutą. Nie znać wstyd – znać, a nie zrozumieć, bardzo k**** możliwe.

czwartek, 6 kwietnia 2023

Rumble Fish (1983) - Francis Ford Coppola



Jaka tu była obsada - Dillon, ten drugi (wielka, zbyt wczesna strata) młodszy Penn, jeszcze nie zmanierowany Cage i epizodycznie za barem Tom Waits oraz oczywiście Fishburne, Hopper i naturalnolicy wówczas Mickey Rourke. Prawda że szał? Prawie wszyscy oni jeszcze gładkolicy w jednym filmie, który pozostaje być może w pamięci widza jedynie wybitnym przykładem przerostu formy nad treścią, a w rzeczywistości to kierowanej świadomymi intencjami dominacji sfery wizualnej nad scenariuszem - choć jakościowej przepaści gigantycznej pomiędzy tymi dwiema sferami nie ma, a przykładowo dialogi to też silna strona „małego wielkiego filmu Coppoli”. Dominuje jednak kapitalna charakteryzacja, scenografia mroczna, jak też wybitne wykorzystania światła i cienia, więc technicznie nie widzę powodu do sporu i uznaję bez obaw, że to optycznie prawdziwa filmowa perła. Można by rzec, że też sentymentalne nawiązanie do klasycznych formatów hollywoodzkiego kina czarno-białego (gangi, młodzieńczy bunt), gdzie nawet dźwięk zdaje się charakterystycznie pod epokę podciągnięty, ale też wyraźna ambitna inspiracja jeszcze głębszą przeszłością, a dokładnie niemieckim ekspresjonizmem (rola światła właśnie). Żeby jednak nie przesadzić z tą wizualną autentycznością, widać że to czas produkcji inny, a sama historia pomimo fundamentu na pozór po hollywoodzku banalnego pouczająca i (zaryzykuję) poetycka niemalże. Zatem stylizacja na czerń i biel, mimo że powoduje skojarzenia z kinem początków, to odnosi się jednak bardziej do metaforycznego przesłania i odgrywa role rdzenia wokół którego opowieść o braterstwie i młodzieńczych namiętnościach opleciona. Uprę się jednak, iż najsilniejszą stroną Rumble Fish pozostaje ten kadr ujmujący, który oczywiście ściśle z puentą w postaci metafory barwnych rybek jest powiązany, a kilka z licznych ujęć fantastycznych, to wręcz ważna część historii kina, choć trzeba przyznać że niestety zapomniana, bo w porównaniu z największymi przebojami Coppoli i w bezpośredniej konfrontacji z Ojcem chrzestnym czy Czasem Apokalipsy nie tak rozpoznawalna.

piątek, 6 kwietnia 2018

Tucker: The Man and His Dream / Tucker - konstruktor marzeń (1988) - Francis Ford Coppola




Preston Tucker – pozytywny wariat, optymistyczny świr, marzyciel, wizjoner dla którego nic nie było niemożliwe. Postać z pewnością nietuzinkowa i taka też jest ta biografia – może naiwna, ale bardzo sympatyczna i na swój chwilami tandetny sposób oryginalna. Niezobowiązująca rozrywka, dynamiczna, energetyczna, ale powierzchowna, co akurat zaskakuje na minus, kiedy człowiek uświadomi sobie, iż ta hollywoodzka bajeczka inspirowana przecież prawdziwymi wydarzeniami jest robotą wielkiego Francisa Forda Coppoli. To poniekąd bliźniacza jazda jak w Cotton Club, czyli z przymrużeniem oka, bez spiny, wesolutko, kolorowo, ale i bez bardziej intrygujące treści. Świetnie warsztatowo ogarnięte połyskujące show, którego największą siła prócz wysokich obrotów są aktorskie kreacje, pośród których dominację rzecz jasna przejmuje Jeff Bridges, w szalonej pozie człowieka na środkach pobudzających. To dobre kino, w którym pod tym rozrywkowym charakterem pulsuje też poważna prawda o początkach korporacjonizmu, może nawet bardzo dobre, jeśli potraktować je jako fajną, ale niezobowiązującą hollywoodzką zabawę. Na niedzielny popołudniowy seans kina familijnego, do kawki i serniczka jak znalazł.

czwartek, 18 stycznia 2018

The Conversation / Rozmowa (1974) - Francis Ford Coppola




Posiada Francis Ford Coppola w swym filmowym resume, tytuły zdecydowanie bardziej głośne. Ma wreszcie dzieła uznane za epokowe, lecz także pojedyncze dość poprawne, pośród w przytłaczającej większości rzeczy przede wszystkim ambitnych. Rozmowa natomiast nie należy do żadnej z tych kategorii w sensie oczywistym. Jest z pewnością propozycją bardzo intelektualną i brak jej absolutnie zaciągu mainstreamowego, nie mówiąc już o cechach rozbuchania, ale trudno mi ją porównać do jakiegokolwiek innego filmu mistrza. Szczególnie przez pryzmat Ojca chrzestnego, zaledwie dwa lata przed Rozmową nakręconego, obraz to z kategorii tych przyczajonych, stawiających w surowej formule na budowanie ascetycznej atmosfery, z użytymi powściągliwymi środkami i niezwykle sugestywnym przesłaniem, precyzyjnie ukrytym w błyskotliwych spostrzeżeniach. W nim teatr niemal wyłącznie jednego aktora dominuje i wzbudza zasłużenie podziw, chociaż drugi plan nie daje żadnych powodów do najmniejszych utyskiwań. Gene Hackman jest niezwykle przekonujący w roli uznanego speca od szpiegostwa komunikacyjnego - fachowca na rynku inwigilacji, który przeżywa kryzys po latach bezrefleksyjnej działalności. Dręczą go moralne rozterki, wyrzuty sumienia, a jedna kluczowa rozmowa przybiera w jego życiu rozmiary wielkości obsesji. Film ten to majstersztyk od strony budowania historii o człowieku i współczesnego spojrzenia na oblicze głównego bohatera. Mistrzostwo drobiazgowego i wnikliwego konstruowania postaci, od strony psychologicznej z kapitalnym detalicznym wglądem i emocjonalnej, z wyjątkowo realistycznie ukazanymi jego przeżyciami wewnętrznymi. I zapewne efekt nie byłby aż tak doskonały, gdyby nie właśnie warsztat aktorski Hackmana, który wszelkim intencjom i założeniom reżysera pozwolił zaistnieć w sensie praktycznym. Rozmowa finalnie jawi się jako produkcja na pewno wymagająca sporego skupienia, ale i jednocześnie oferująca wymagającemu widzowi całą masę niuansów do wychwycenia pomiędzy wierszami. Dopomina się zaangażowania i zaangażowanie oferuje.

P.S. Wniosek praktyczny po seansie nasuwa się jasny. Każdy ma jakąś tajemnice, którą można wykorzystać. Potrzeba jednak odpowiedniego narzędzia i rzecz oczywista, zlej, interesownej woli, by komuś życie solidnie uprzykrzyć. A potem? Potem trzeba z tym żyć. 

poniedziałek, 27 marca 2017

Youth Without Youth / Młodość stulatka (2007) - Francis Ford Coppola




Artystyczne majaki wielkiego Francisa Forda Copolli, w formie rozbudowanego, wielowymiarowego i cholernie ambitnego konceptu, spreparowanego na zasadzie przenikających się rzeczywistości. Trzeba być uważnym, by klocki się połączyły i stworzyły spójną historię, aby zrozumieć przesłanie, sens i sedno. To taki poniekąd intelektualnie nabrzmiały Benjamin Button, a ostatnio Wiek Adaline - znaczy idea i fabuła podobna, ale tak jak te skojarzenia dość wyraźnie pobudzająca, to za sprawą niezwykle skomplikowanej formuły uciekająca od prostych porównań z powyższymi hitami. Tutaj jest chyba wszystko - filozofia, polityka, kultura ale też metafizyka z parapsychologią i fantastyką naukową. Totalny tygiel i chwilami odczucie przekombinowania, z poczuciem przesytu i zagubienia w labiryncie bez jednego wyjścia. Formalnie urzekające kino za sprawą finezyjnej zabawy operatorskiej, z różnorakiej perspektywy z piękną grą barw i świateł, ale merytorycznie bardzo trudne do okiełznania, szczególnie gdy jeden wyłącznie seans odbyty. Faktem bezspornym pozostaje, że to kino intrygujące i głośno o chociaż jedno spotkanie więcej ze mną się upominające.

P.S. Nie wiem, może to tylko moje skojarzenie, ale ja tutaj dostrzegam sporo odniesień do ekranizacji powieści Brama Stokera. Kolejny seans przez pryzmat hrabiego Draculi i jego ukochanej będzie rozkminiany. :) 

wtorek, 7 czerwca 2016

Tetro (2009) - Francis Ford Coppola




Francis Ford Coppola, choć zdarzały mu się także filmy dość rutyniarskie dał się poznać oczywiście przede wszystkim jako specjalista od ambitnego kina, wizualnie mocno wystylizowanego. W tym kierunku poszedł wyraźnie przygotowując Tetro, bo właśnie strona wizualna zdaje się być najmocniejszym atutem tej produkcji. Intensywnie czarujące czarno-białe kadry dominują, a kolorowe zarezerwowane są dla retrospekcji oraz plastycznych wizualizacji. W pieczołowicie przygotowanej scenografii, w natchnionej grze światłem i cieniem, takim artystycznym spojrzeniu na kino kryje się największy walor tego obrazu. W atmosferze przesyconej duchem argentyńskiego tanga i nostalgicznym spojrzeniu w kierunku klasycznego włoskiego kina. O krok za formą stoi zaś treść, może nieco banalna, trącająca latynoską telenowelą, jednak podana z intelektualną przenikliwością, Freudowską analityczną głębią przez co dość skutecznie uciekająca spod ostrego noża krytyki. Widowisko hipnotyzujące i zarazem nieco usypiające – takie „artístico” dla części widzów zapewne zbyt pretensjonalne.  

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

The Rainmaker / Zaklinacz deszczu (1997) - Francis Ford Coppola




Lata dziewięćdziesiąte to pamiętam był wysyp ekranizacji powieści Johna Grishama i nawet taki ambitny mag kina, jakim Francis Ford Coppola nie omieszkał wziąć na warsztat prozy tego poczytnego autora. Zaklinacz deszczu okazał się klasycznym sądowym dramatem niby od sztancy, a jednak w mojej pamięci po latach pozostał i tylko w niewielkim stopniu w mocno kwestii standardowej realizacji poddał się upływającym latom. Z pewnością czas nie zdewaluował zawartości merytorycznej i przesłania w nim zawartego. To historia młodego z ambicjami prawnika, cholernie zmotywowanego do pracy, ale przez wzgląd na etos, nie ze względu na pieniądze. Takiego nieopierzonego zdolniachy, bez owijania w bawełnę, naiwniaka z sumieniem jeszcze w miejscu w którym stare wygi wyłącznie fundusz emerytalny z wieloma zerami posiadają. Wokół niego same niemal hieny w idealnie skrojonych garniturach od modnych projektantów, wspierani armią kupionych za srebrniki niewolników. Pozbawionych wszelkich skrupułów krwiopijców dla których dylematy natury etycznej istnieją wyłącznie w dowcipach. Może to i w warstwie emocjonalnej taki banał, moralizowanie dla efektu, ale tak starannie zrealizowane i czerpiące pełnymi garściami z tradycji kina, że pomimo tych dosyć jaskrawych oczywistości, grubo szytych uogólnień nadal po latach byłem w stanie emocjonalnie się zaangażować i wzruszyć. Właśnie tego od wartościowego kina oczekuję i cieszę się, że ponownie mogę napełnić swą wrażliwą duszę treściami oczywistymi o wysokim współczynniku człowieczeństwa, karmiąc sumienie złudzeniami, że gdzieś wokół są jeszcze ludzie, którzy nie mierzą wszystkiego pieniądzem. Serio, nie ironizuję. 

sobota, 6 grudnia 2014

Dracula / Drakula (1992) - Francis Ford Coppola





To jest widowisko! Popis Francisa Forda Coppoli, zarówno wizualny i muzyczny, dzięki bombastycznym i romantycznym na zmianę kompozycjom Wojciecha Kilara. Aktorski za sprawą porywającej wielopłaszczyznowej roli Gary’ego Oldmana, wybornej Anthony’ego Hopkinsa i Toma Waitsa - epizodycznej aczkolwiek na tyle zapadającej w pamięć, że nie do pominięcia. Oni najintensywniej błyszczą, a cała reszta obsady poziom wysoki zachowując powodów do narzekań absolutnie nie daje. Wziął na warsztat Coppola klasyczny tekst i majstersztyk stworzył, zaklęty w zachwycającej malowniczej formie. Z kadrami dopieszczonymi drobiazgowo, operatorskimi sztuczkami, stylowymi efektami specjalnymi i wytrawnym wykorzystaniem światła z tajemniczą grą cieni. Dekoracjami przebogatymi, kostiumami i charakteryzacją oszałamiającą, precyzyjnymi detalami dodatkowej porcji wrażeń dostarczającymi. Całym wyrafinowanie wysmakowanym anturażem, plastycznych doznań nieskąpiącym. Obraz mroczny i drapieżny, mistyczny, wyuzdany i poetycki – artystyczne cacuszko. Pełne pasji, traktujące o przeznaczeniu, miłości i namiętności, bólu po stracie, cierpienia i frustracji. Obejrzałem go premierowo w wieku piętnastu lat i nie jestem w stanie zliczyć ile razy do dzisiaj spędziłem ponad dwie godziny w towarzystwie tej obłędnej wizualnie wizji Coppoli. Zawsze z równie głębokim poczuciem obcowania z dziełem przez bardzo duże D!

Drukuj