Udać się do kina, kiedy najzdrowsza tkanka społeczeństwa lata od rana na ścierze, to zaiste ekstrawagancja, fanaberia nieodpowiedzialności w pełnej krasie. Bowiem poranek i sobota, to tradycyjna domowa porządkowa robota, więc gdy w największej sali kompleksu kinowego dwie góra rozpostarte w czerwonych fotelach sylwetki - sytuacja nie dziwi, nie dziwi. To nie pora na zbytki, nawet jeśli okazuje się (akurat bez zaskoczenia), że na dużym ekranie bezdyskusyjnie filmowy czub tegorocznej tabeli - choć obrazów znakomitych spora konkurencja. The Smashing Machine z Zapaśnikiem Aronofsky’ego i Wojownikiem Gavina O’Connora z natury budzi skojarzenia, lecz poniekąd niedaleko mu też przez właśnie pryzmat okładania po ryju do Fightera Davida O’Russella czy najbardziej archetypicznie sprzed wielu laty bokserskiego majstersztyku Scorsese - choć u Benniego koloru nie brakuje. Krótko pisząc obejrzałem rezygnując arogancko z sobotnich obowiązków dramat IDEOLO. Dzieło w swoim gatunku szczytowe - ciary wielokrotnie zapewniające. Obserwowałem w trzymającej w uścisku akcji nie tylko buzujący testosteron, ale i zajebistą parę aktorską damsko-męską, pomiędzy którą chemia mega mega i takie sceny, jakie mają realnie szansę stać się dla współczesnego kina niemal ikoniczne. Miłość i nienawiść w jednym, z frustracjami i zarazem dowodami oddania bezinteresownego, czyli życie gdy pomiędzy jest siła magnetyczna gigantyczna, lecz trudno okiełznać własne i partnera osobowościowe predyspozycje, wrażliwości słabości, postawy, zachowania często autodestrukcyjne. To kino z właściwym wyczuciem nakręcone, przez życie bez cenzury napisane i zinterpretowane z błyskotliwością kompleksową, w którym klimat narracji wciąga, a gdy akcja przenosi się na ring/oktagon, to dodatkowo prócz kapitanie zrealizowanych wizualnie sekwencji wpier Dolu, dźwięk i nuta z tła miażdży jak w tytule. Łysy chwalony zasłużenie daje z siebie wszystko i nie zdziwi mnie gdy ku wściekłości co roku o laury zabiegających, on zgarnie co najmniej oscarową nominację, a może sprzątnie sprzed nosa największym aktorskiego Gralla. Gra na najwyższych obrotach (fantastycznie inspirowany zapewne przez reżyserskie wizje i podpowiedzi) o dobrym serduchu, pozorom przeczącego inteligentnego, świadomego swojej siły i odpowiedzialnego za krzywdę gigantycznego fizycznie człowieka. Filozofa o posturze byka, absolutnie zarazem o charakterze wykutym w ogniu, jak i pod grubą skórą wrażliwca nieodpornego na ból fizyczny i egzystencjalny. On to jedno bombowe, porywająca u jego boku Emily drugie, ale podkreślę już wprost że bez oka, łapy i lustra Safdie'go zapewne trudno byłoby przede wszystkim jemu wejść na ten poziom, dlatego wytłuszczam jak bardzo reżyser potrafił wydobyć z materii najbardziej intymne emocje. Pokazał (wstrząsnął, poruszył i wzruszył) falującą w rytmie realistycznym historię człowieka pośród mnóstwa naprężonych mięśni, ścięgien nabrzmiałych, żył pulsujących, emocji i zaangażowania. Nieoszlifowany diament w tandemie z braciszkiem nakręcony dawał nadzieje na świetne kino, byłem więc nastawiony pozytywnie i czuję się już po fakcie bez uwag w stu procentach zaspokojony, wyrażając uznanie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Benny Safdie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Benny Safdie. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 19 października 2025
piątek, 14 lutego 2020
Uncut Gems / Nieoszlifowane diamenty (2019) - Benny Safdie / Josh Safdie
Bardzo mocne wejście Uncut Gems zaliczyło i nie widziałem od momentu niedawnej premiery ani jednej opinii, która nie byłaby odzwierciedleniem ekscytacji podczas seansu i występującej po nim potrzeby piania z zachwytu, by przekonać nieświadomych, czy po prostu nieuodpornionych na komediowy wizerunek Adama Sandlera do odpalenia Netflixa. Lawinie komplementów w większości przypadków towarzyszy też fala pretensji miłośników tradycyjnej dystrybucji kinowej, że taka petarda, a multipleksowi gracze ją zignorowali. Poza tym w okolicznościach tuż przed rozdaniem oscarowych laurów niezrozumiałe wydaje się pominięcie zarówno całokształtu roboty braci Safdie, jak przede wszystkim kapitalnej roli Sandlera. Roli która (i tu bez wahania potwierdzam) niczym jakościowo nie ustępuje nominowanym, a nawet posiada ten walor dodatkowy, który pozwala pośród nich dość znacząco się wyróżnić. To rola cholernie charakterystyczna, zagrana z ogromnym impetem i z pełnym utożsamieniem. Przekonująca autentycznością, przez co mocno wbijająca się w pamięć i nie pozostawiająca tym samym widza obojętnym. Sandler dwoi się i troi, chwilami przypominając swoją ekspresją werbalną Ala Pacino - idealnie nakręca szalone tempo fabuły, ale i świetne podkreśla dramatyczne aspekty odgrywanej roli. Kreacji właściciela niewielkiego biznesu jubilerskiego, robiącego szemrane interesy w dzielnicy żydowskich lombardów, gdzie nie ma czasu na chwilę spokoju w szaleńczej pogoni za kasą. Tam pieniądze konkretnie we łbie mieszają, sprowadzając życie wyłącznie do ustawicznej walki o zysk za wszelką cenę. Tyle że wiecznie nabuzowany (te wyszczerzone zębiska) Howard Ratner ma w sobie tyle samo z uzależnionego od podniet krętacza, co z pechowego partacza, więc za co z maksymalną energią się nie weźmie to koncertowo to spierdoli. Bracia Safdie nakręcili pozornie może chaotyczne, lecz w rzeczywistości precyzyjnie wykalkulowane efekciarskie kino. Nakręcili napakowany celebryctwem brawurowy dramat z regularnie
zagęszczaną atmosferą, która kapitalnie prowadzi do zaskakująco sugestywnie metaforycznego finału.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

