Faza słaba, okres przejściowy, schyłku optymizmu być może czas, więc kryzys - dobrze wszystko raczej z tej mrocznej perspektywy nie wygląda. Muzyka stąd na uszach częściej na grubo szyta - ogień bądź melancholia i jeszcze momenty (będąc ponad standard szczerym) małych entuzjazmów, gdy pomyśleć o nadchodzących premierach i tych longach jakie już jako świezynki mogą się w odtwarzaczu zakręcić. Ponadto czasem wyświetli się we wspomnieniach jakiś link sprzed lat, a to bywa sprężyną do dodatkowych refleksji i zasięgania informacji co akurat w obozie pół zapomnianego bandu obecnie się dzieje. Tak przypomniałem sobie, że tychże Amerykanów ostatni materiał jak dotąd w 2015 roku poddawałem autopsji, a od tamtej pory ani słychu o nich, więc gdy wpadłem na wzmiankę o ewentualnie szykującym się przebudzeniu ich koncertowym, to tak idąc za ciosem archiwizacyjnym, jak i syndromem depresyjnych pokus, dałem sobie chwilę spędzić z With Echoes in the Movement of Stone. Był to czas już programowo odarty z uśmiechu, różowych okularów zasunięcia w futerale, lecz też czas pomimo kontekstu emocjonalnego bardzo przyjemnie ładujący paradoksalnie akumulatory. Wiadomo, dobra nuta posępna wpływa na człowieka do wewnątrz skierowanego dwutorowo i tak też krążek Minsk z roku 2009-ego pozostawił mnie w stanie biegunowo różnym. Raz klimat dołu, dwa satysfakcja z obcowania z nutą od której psychodeliczno-depresyjnego ciężaru robi się na zgniłym serduszku jakoś bardziej milusio. Potężna nuta płynie, a w świadomości prócz transowego poniekąd odlotu, także liczne skojarzenia stylistyczne, bo kiedy mówi się o Minsk, to od razu dwie nazwy orbitują wokół logotypu. Neurosis jako archetyp i Cult of Luna jako tego archetypu młodego pokolenia rozwijanie, ale kiedy ja zostaje pochłonięty przez WEitMoS (ekspertem od Neurosis absolutnie nie jestem), to bardziej skojarzeniami uciekam w stronę przymulonej wersji High of Fire, czy Kylesy - oczywiście wyczuwając te głównie podkreślane konotacje. Ponadto mam wrażenie, iż klimat i eksperymenty brzmieniowe (czasem za bardzo mnie jednak przytłaczające) kierują rozpoznawanie w stronę psychodelii z lat siedemdziesiątych. Jest w tym bowiem także posmak dziwactw i odjazdów intergalaktycznych (gdybym był sam w kosmicznych otchłani, to bym sobie zapuścił Almitra's Premonition i sprawdzał własne granice psychicznej wytrzymałości), jak i teraz gdy wspomniany wokalnie wybrzmiewa, to słyszę echa co niektórych bardziej surowych wprawek niemieckiego Kadavar. Faktycznie jak na zimną estetykę postmetalowo-sludge'owo-noise'ową, Minsk na swojej trójce przemawia dość eklektycznie, więc katalogowanie tejże wprawki jako oczywistych nawiązań jest pozbawione uzasadnienia. Patrzę więc na nią na zasadzie licznych skojarzeń, a nie super wiążącej przynależności gatunkowej, gdy poza wszystkimi powyżej asocjacjami wymienionymi, mocno w łeb wchodzi również charakter rytualny tej nuty, w której ponad skromne formalnie aranżacje, ładowane jednak obficie różnorodnościami, brudne brzmienie organiczne, wpływa w chA intensywnie na wycieczki porównawcze ze starymi, zamierzchłymi czasami nagrywania muzyki, a nie możliwości technicznych studyjnych.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz