Urocze, nieco absurdalne i naiwne małe ciepłe kino. Skromne zwyczajne historie skromnych zwyczajnych ludzi, połączone równie absurdalnie zwariowanym kursem języka włoskiego. Forma odarta, ludzie odarci z dodatkowych zakłócających odbiór właściwy warstw, wpływających na wszystko tylko nie na najbardziej życzliwą istotę. Tym razem surowy paradygmat Dogmy (przez te standardy, jest to film naturalnie jakby półamatorski), daje nam optymistyczną opowieść, nie dołując zbyt mocno skandynawskim chłodem, choć nie znaczy to, że jej surowizna nie dostarcza nam smutnych refleksyjnych poruszeń. Małe gesty i ludzie słabi, samotni, oczekujący na przełom, zainteresowanie, niosąc długotrwale w pokorze krzyż oczekiwań i obowiązków. Dogma 95 zawsze blisko człowieka, bez zbędnych wyszukanych efektów, ubarwień - czysty naturalizm oraz skupienie na twarzach i grymasach. Urok i magia tego manifestu tkwi w każdym najdrobniejszym szczególe - subtelnym geście, głębokim spojrzeniu, przelotnym dotyku. Fajna człowiecza plecionka, pełna życzliwości, empatii, tak silnej potrzeby obecności drugiej osoby, rozmowy, bliskości, miłości. Ponura kopenhaska rzeczywistość zostaje subtelnie i po cichutku ocieplona grubym kocem wrażliwości i już nie taka osamotniona w tłumie. Tenże smutny, a jasny film dla optymistycznych pomimo trosk smutasów, może mniej smutnych i wrażliwych odbiorców nieco śmieszyć, bo w rdzeniu się nie odnajdą, dryfując podczas seansu na fali małych lub większych groteskowych niuansów, tak mnogo w zachowaniach osobliwie wyobcowanych postaci obserwowalnych.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz