Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Emerald Fennell. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Emerald Fennell. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 lutego 2026

Wuthering Heights / Wichrowe wzgórza (2026) - Emerald Fennell

 

Żeby cokolwiek o efekcie napisać, trzeba jasno i wyraźnie (mimo że wszyscy wtajemniczeni przede wszystkim ten fakt podnoszą) do-zaznaczyć, że interpretacja reżyserki nie jest wierną (Lalu wie, bo zna - oj, zna) ekranizacją powieści Emily Brönte. Stanowi osobistą, raz bardzo bajkową, innym razem wręcz niczym orbitując klimatem wokół gotyckich horrorów wariacją Emerald Fennell o „Wichrowych Wzgórzach”, który to tytuł reżyserka celowo i zamierzenie zamyka w cudzysłowie. Świat wrzosowisk Fennell jest namiętny, magnetyzujący, nadpobudliwy i bardzo gorzki. Żywiołowy dramat miłosny, tragiczny w swoich skutkach, buzuje rozpasaną chemią między Cathy a Heathcliff'em, niemiłosiernie toksyczną namiętnością i zaborczością niszcząc oboje. Robbie i Elordi fascynują erotycznym pięknem, rozfantazjowaną cielesnością, skomplikowaną psychologią oraz nerwowym zespoleniem ciasnym bolącym sznurem. Historia jako całość jest operacją na żywym pulsującym organizmie, na którego tkankach przeprowadzane zostają eksperymenty wytrzymałości na niszczycielską moc zemsty, niespełnienia, fantazji, ogromu cierpienia i wreszcie potęgi nieskończonej miłości. Wizja reżyserska Fennell rozbija bańkę uprzedzeń, tabu, pruderii - zachłannie prowokuje, snuje opowieść bez chwili wytchnienia, z animuszem, dumą i pewnością siebie. Wizualnie mamy do czynienia z magicznym tworem, mało subtelnym, ociekającym erotyzmem, momentami karykaturalnym, ale jakże pięknym w swej dosłowności, gęstej mieszaninie emocjonalnych barw i emocji. Stroje, wystroje, makijaże, cały anturaż modowy, przywołują nieco „lanthimosowską” estetykę filmową i diabelskim wzrokiem przykuwają oko. Wraz z każdym dopieszczonym pojedynczym kadrem i ilustracyjnie płynnym obrazem rezonuje nieco nieoczywista w swej zaskakującej kompatybilności muzyka, idealnie podkreślająca charakter tej mrocznej bezlitosnej opowieści, oddająca klimat powichrowanych wzgórz pośród wrzosowisk, tętniących szerokim wachlarzem uczuć. Praca Fennell jest rozbudzoną, prowokującą, świadomie zamaszystą i momentami ironicznie groteskową kreacją, więc film nie tylko hipnotyzuje i intryguje, ale kipi, parzy, sprawia ból. Nie koi absolutnie, nie uspokaja - rozdrapuje i kąsa, po ludzku zwyczajnie wzrusza i porusza, budzi i pobudza. Podzieli widzów - już wiadomo iż ostro dzieli. Albo damy się ponieść folgowaniu scenariuszowemu, finezji artystycznej i opętać z zarumienionymi policzkami mrocznej i zmysłowej fantazji Emerald Fennell, albo pełni sceptycyzmu szukać będziemy usilnie Cathy i Heatcliffa z kart powieści Brönte i rozczarowani wrócimy ze spaceru po wrzosach.

P.S. Lalu bardziej zaimponował Elordi, a mnie Robbie - aktorsko oczywiście kwestię poza estetyczną (gdyby się dało ;)) rozumiejąc i zgłębiając.

czwartek, 28 grudnia 2023

Saltburn (2023) - Emerald Fennell

 

Wejście w tą „baśniowo-horrorową” opowieść to sama w sobie już magia, raz za sekwencję podążającej przy wtórze podniosłej muzyki za bohaterem kamery, dwa za właściwie wprowadzającą i niesamowicie intrygującą scenę dynamicznego montażu, z kluczowym dla fabuły, objętym klamrą zapytaniem. Znakomita operatorska robota rządzi, bez przeginania użyciem nowoczesnych tricków, tylko wysmakowane budowanie tła dla wyeksponowania postaci, z fundamentalnym i elementarnym czuciem miejsca ustawienia kamery. To jest wielki atut całości i duży plus do znakomitego zbudowania klimatu, w czym nie przeszkadza przecież architektura elitarnego z tradycjami college’u, a prawdę pisząc to ona (ha ha) bardzo pomaga. Niewiele też się w tym temacie zmienia kiedy przenoszona jest lokacja, bowiem tytułowa posiadłość Saltburn (zamek bo chyba, bo już nie pałac?), to miejsce tak przytłaczające ogromem ulewającego się od dziedzictwa bogactwa przyporządkowanego do warstw uprzywilejowanych, więc detali architektonicznych nie brakuje i są kapitalnie one zaakcentowane. Te przedmioty, atrybuty boskiego wręcz statusu to jedno, a drugie to ta osobliwa rodzina, która posiadając niewyobrażalny majątek może z powodzeniem powinna zostać nazwana ekstrawagancką. :) Obrzydliwie bogaci i staromodnie zepsuci, bo żyjący pod kloszem z przywilejami szlachetnie urodzonych i w kontraście on pochodzący z nizin społecznych, stypendysta obarczony ciężarem nie tylko lichego pochodzenia, ale i patologicznych okoliczności dorastania, a wszystko poddane manipulacji wielokrotnie złożonej na kształt podważających sensowność wydarzeń tez i legendy użytecznej dla osiągnięciu z góry założonego i konsekwentnie realizowanego celu. Oni tacy wyniośle sztuczni, on taki wstydliwie prawdziwy i kto tu kogo za nos wodzi, kto kity ciśnie i po co robi. Uważam że stoi za tym super zlepiony z dorobku współczesnego kina oszałamiającego rozedrganiem intelektualnym scenariusz. Pomysł beztrosko pozbawiony hamulców i bez subtelności czy półśrodków (może dlatego dzieli widownię) skupiający się na studium postępującej "miłosnej" obsesji oswojonego rozczarowania i kontrolowanej cynicznie frustracji, której źródłem świadome odczuwanie pogardy, jak i w ich wyniku manipulacji i intryganctwa, gdy wyczuta słabość wywyższającego się salonowego li tylko drapieżnika zostanie. Prowokacyjna zabawa formą, motywami, tropami z przerysowaną forsowną fabułą umowną, więc i niespójną, ale czy kompletnie alogiczną? Może czuć podczas seansu presję wychwytywania chaotycznych następstw - dla stworzenia wrażenia szalonej dekadenckiej impresji, podlegających krytyce bałaganiarskich, a wręcz chuligańskich manewrów ofukiwania, lecz jeśli Emerald Fennell wyciągnie wnioski (a ma na to czas, bo to dopiero jej drugi film zaledwie), to następnym dziełem mam przekonanie nie tylko będzie mnie znakomicie bawiła, ale niechybnie zdoła mnie jeszcze silniej zahipnotyzować prowokując do bardziej logicznie uporządkowanej analizy, bowiem czuć iż zmierza w ambitnie magnetyczne rejony, tam gdzie czeka na nią towarzystwo z najwyższej artystyczno-intelektualnej półki.

P.S. Tak Keoghan tu jak idealny puzzel do całości dopasowany i Keoghan choć w kolejnej socjopatycznej roli przewidywalny, to naprawdę Keoghan doskonały. W każdej rece Saltburn w dominującym stopniu o nim przeczytacie, więc ja tylko tyle i jak widać NA MARGINESIE. 

poniedziałek, 15 lutego 2021

Promising Young Woman / Obiecująca. Młoda. Kobieta. (2020) - Emerald Fennell

 

Zaiste całkiem oryginalna to produkcja. Ni to od początku do końca lajtowy romansik, ni to czarna komedia, ni to też tym bardziej moralitet bądź szablonowy thriller z zemstą w roli głównej, bowiem króluje tu ogólnie dość swobodne pomieszanie tych gatunków, więc może miłośników czystości stylistycznej odrzucić. Także mnie, mimo że niecodzienne podejście do tematu też sobie cenię, to tutaj miałem pewne obiekcje by w jednoznacznie entuzjastycznym tonie opowiedzieć się za. Temat nosi w sobie znamiona absolutnie dalekie od żartu, a sposób zarówno wizualny jak i merytoryczny jego prezentacji mógłby to sugerować, lecz pod fasadą z słodziutkiego pastelowego anturażu jest też spore napięcie i właściwy dla charakteru historii przejmujący smutek. On tkwi niczym drzazga w duszy tytułowej bohaterki, wpływa na jej stan emocjonalny, charakter obecnego życia i wreszcie na podejmowane działania. To wbrew otoczce naprawdę przejmujący obraz rozpaczy i ten kamuflowany, aczkolwiek mocno pulsujący dramatyzm jest i jest inny od takich jakie wielokrotnie oglądałem, stąd summa summarum był w stanie mną wstrząsnąć, a poszukiwanie przez Cassie równowagi wzbudziło moją ogromną dla niej empatię i spowodowało głębokie zżycie się z jej postacią. Tym samym niezwyczajność formuły zeszła na plan dalszy, dziwaczny charakter pozostał wyraźny, jednak stracił znaczenie na rzecz samej tragicznej historii i wyjątkowej kreacji Carey Mulligan - z tym jej zmysłowym niskim głosem i uroczą mimiką. Brawa dla jednej z moich aktorskich ulubienic, brawa także za pomysł ze smutnym finałem (chociaż nie musiało się to tak kończyć!) i za taką jedną scenkę przed lustrem, jak myślę nawiązująca do Jokera z Phoenixem. Brawa za film dostrzegalny - niezaprzeczalnie się wyróżniający.

P.S. Carey jest u wschodzącej gwiazdy amerykańskiej reżyserii (jak widać po reakcjach krytyki) wyborna, ale dla mnie numerem jeden pozostaje wciąż jako Jean Berkey z coenowskiego Inside Llewyn Davis.

Drukuj