We względnej prostocie tkwi jej magnetyzm, a w szczerości interpretacyjnej siła. Tak właśnie spostrzegam solową trójkę legendarnego głosu Kyuss. I chociaż podczas odsłuchu John Garcia and the Band of Gold nie słyszę nawet jednego numeru z riffem, który można zagrać jednym palcem, jak i oczywiście nie znam człowieka osobiście aby oceniać poziom autentyzmu, to zakładam iż te dwie kwestie stanowiły istotną część wytycznych realizowanych podczas merytorycznej pracy nad krążkiem. Albumem który jest zwyczajnie bardziej naturalnym strumieniem świadomości realizującej bezpośrednio potrzebę tworzenia, niż produktem stworzonym pod dyktando rynkowego zapotrzebowania i nie ma się co czarować nie stanie się obiektem powszechnego kultu, ani nawet pośród fanów rocka nie zdobędzie uznania na poziomie obłędnej ekscytacji. Nie odkrywa on przecież żadnych nowych lądów, nie jest też chwytliwości wzorcem, bowiem gitary trzeszczą, a nie pieszczą wycyzelowanymi ustawieniami, a kompozytorsko materiał karmi słuchacza ogranymi już wielokrotnie blues-stonerowymi patentami, lecz co najważniejsze zagranymi na tyle hipnotyzująco i przekonująco, iż nie ma podczas tych kilkudziesięciu minut powodów do większych narzekań - nie mówiąc już o jakimkolwiek znużeniu. Składającego się z niecałych trzech kwadransów muzyki kapitalnie odprężającej, muzyki bardzo "lipcowej" i obecnie pożądanej w środku tej wschodnioeuropejskiej zimy, która częściej przypomina szaro-burą późną jesień, niż pełną estetycznej bieli arktyczną aurę. Napiszę jeszcze jedno, chociaż w na tym meteorologicznym porównaniu śmiało dywagacje mógłbym zakończyć. Dodam więc, że nuta niespiesznie i przyjemnie w tle mi właśnie płynie, mam wrażenie że jej brzmienie jest zmatowione, a unikatowa barwa głosu Garcii kapitanie spina wszelkie jej składowe elementy w bardzo spójną gatunkowo formę, która czerpie całymi garściami najbardziej właśnie z kyussowego dorobku. Właśnie dlatego przyklaskuje wokaliście, chociaż nie są to teraz, ani nie były to w przypadku poprzednich solowych krążków owacje na stojąco.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Garcia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Garcia. Pokaż wszystkie posty
piątek, 11 stycznia 2019
sobota, 6 maja 2017
John Garcia - The Coyote Who Spoke In Tongues (2017)
O
Johnie, który w legendarnej stonerowej kapeli głos dawał tekst ten krótki będzie.
O człowieku, który po zgonie ikony niewiele w kwestii zwiększenia własnej
popularności osiągnął – bardziej jechał na sentymencie starych fanów niż rzeczy
przełomowych dokonywał. Jednak pomimo braku rewolucyjnych pomysłów na scenie pozostał i od czasu do czasu o sobie
przypomina robiąc to w stylu, który nigdy wstydu mu nie przyniósł. Było pośród
jego działań Hermano, Unidy, ostatnio Vista Chino, a równolegle solowe nagrania,
o których trzy lata temu z powściągliwą ekscytacją pisałem. Dzisiaj bardziej z
racji obowiązku, bo trzeba zaznaczyć, że chłop nie sczezł tylko coś tam sobie w
dźwiękach dłubie napiszę tylko, że The Coyote Who Spoke In Tongues to zaskakująco dobry zbiór
akustycznych nagrań, częściowo, oczywiście w formule „rozkręcony piec na maksa”
znanych (Green Machine, Gardenia, Space Cadet i El Rodeo) podczas odsłuchu,
których moje myśli biegną w stronę innej amerykańskiej legendy początku lat
dziewięćdziesiątych. Mają w sobie bowiem, szczególnie te świeże kompozycje
Garcii potencjał komercyjny podobny do tego, jakim maźnięte numery z Higher
Truth Chrisa Cornella. Może i piosenki Johna mniej melodyjne, bardziej
pierwotne, tudzież surowe, lecz słucha ich się z przyjemnością przez pryzmat
także naprawdę świetnej wokalnej dyspozycji kierownika tego zamieszania. Nie
zmienią z pewnością biegu historii rocka, żadnego przełomu w karierze Garcii kontynuowanej w głębokim cieniu mainstreamu nie przyniosą. Pewnie sam autor
takich wymagań wobec nich sobie nie stawia, traktuje je jako zaspokojenie głębokiej potrzeby tworzenia i prezentowania owoców własnej zabawy z czystymi
gatunkowo dźwiękami. Nie powiem by taka anty gwiazdorska postawa mi nie
imponowała, nie zaprzeczę też, że to bardzo udany, chociaż pewnie o
ograniczonej żywotności krążek.
środa, 29 października 2014
John Garcia - John Garcia (2014)
Idzie
Garcia za ciosem, bo jeszcze nie do końca wyschła farba na debiutanckim longu
Vista Chino, a już wokalna legenda z solowym albumem na rynek się wbija. I robi
to bardzo udanie, bo to, co na s/t zamieszczone w żadnym wypadku wstydu nie
przynosi. Jest w stu procentach tak jak można było się spodziewać.
Charakterystyczna maniera głosowa Garcii idealnie została wpleciona w stonerowo
rockowe kompozycje, dając przyjemność obcowania z muzyką może nieporywającą,
ale z pewnością satysfakcjonującą. Znajduję tu zarówno momenty, które mocniej
krew w żyły wpompowują, jak i sporo oczywistych autocytatów z dotychczasowej
kariery. Nie jest rzecz jasna odkrywczo, bo i tak zakładam w założeniach być
nie miało. One zapewne wokół stworzenia fajnej nieprzekombinowanej rockowej
płyty oscylowały. Misja zakończona sukcesem, jeśli przyjąć, że miarą jego
uznanie, a nie sława. To przecież jasne, że temu weteranowi nie w głowie
celebrycka pompa, tylko twórcza samorealizacja w tym, co doskonale czuje i
kapitalnie wykonuje. Ten album to bardzo przyjemna porcja rocka na
stonerowo-bluesowych fundamentach, do potupania nóżką i pomachania bańką. Odprężającego
spędzenia czasu, w domu, w samochodzie, w barze, wszędzie. :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)


