Jak trafiłem, co o stylu i jakości nuty Obscure Sphinx myślę, w zasadzie póki co napisałem dotykając tematu krążka sprzed i po Void Mother. Podobnie jasne własne przekonanie wówczas między wierszami wyraziłem odnośnie tego jak ich sztuki wyglądają i co z nich najbardziej się zapamiętuję. Może moje doświadczenia odkrywania tak studyjnych materiałów, jak i koncertowych sytuacji są dość wąskie, bowiem na płyty nabieram ochoty raczej prawem serii i odpuszczam gdy nastąpi przesilenie, a gig widziawszy jeden, to więcej niż pierwsze, aczkolwiek może ono być głębsze przekonanie jest jedynie odciśniętym śladem w pamięci, nie zweryfikowanym już z pozycji osoby która wie czego może się spodziewać. Piszę powyższe gdyż uważam, iż powinienem się wytłumaczyć dlaczego Void Mother pod kątem analitycznym potraktuje powierzchownie - kompletnie na pierwszy odruch zdroworozsądkowy bez sensu, bowiem rozbudowane kompozycje aż się proszą aby je poddawać wnikliwej rozkminie. Uczynię wbrew może sobie zatem, dlategóż, że wszystkie trzy ich albumy są bardzo do siebie podobne, choć różnią je zniuansowania i oczywiście tendencja rozwojowa pozwala patrzeć na tą drogę przez pryzmat dojrzewania. Moje spojrzenie równa się teza, iż Void Mother jest typowym pomostem pomiędzy dwiema skrajnymi w dyskografii albumami, a każde słowo opisu zarówno Anaesthetic Inhalation Ritual i Epithaps może być wprost, czasem mniej, czasem odrobinę bardziej po poddaniu modyfikacji zastosowane do środkowego krążka. Po cholerę więc bez przyczyny i potrzeby tkwiącej w chronologicznym opisywaniu, dodawać tu powielając, że głos i charyzma Wielebnej to to i tamto, że riffy mechaniczne tak czy inaczej, frazy scalane tak i siak, czy klimat potęguje to i to, gdy zainteresowany Ty i Ty, może też Ty i jeszcze zbłąkani Oni którzy tu trafiają, klikając na rzeczone VM obstawiające (rok 2011 i 2016) materiały, w blogerskim amatorsko dziennikarskim refleksyjno-recenzenckim fasonie są dostępne i aż się wyrywają, zgłaszając pretensję do ich przestudiowania. :) To jest po prostu znakomita robota za każdym razem i w ramach rozszerzonego psychodelicznego post metalu, tudzież sludge'u, tak z posmakiem odhumanizowanego, a paradoksalnie emocjonującego - bolesnego jak sam skurw*syn (uwaga określenie za chwilę kontrowersyjne) modern gotyku, wszystkie trzy prace Obscure Sphinx to robota prze-cholera kapitalna. Bez kłaniania się z pozycji zaścianka wzorom zachodnim, a może nawet tym najlepszym dająca lekcje pokory. Słucham i znów możliwe że wpadam w tzw. fazę OS, gdzieś w każdym momencie gdy nie kręci się u mnie najnowszy GENIALNY Blindead, pod szyldem B23. :)
wtorek, 30 czerwca 2026
poniedziałek, 29 czerwca 2026
Behemoth - Thelema.6 (2000)
Patrzę Diabeł za progiem - skinął raz lewym rogiem, raz prawym rogiem i zachęcił by po gigantycznej przerwie (eksportowego metalowego fenomenu polskiego nie słucham na co dzień) skierować swoje ucho ku w miarę niedalekiej (he he ;)) przeszłości i zacząć uzupełniać archiwizację "behemothową" o kolejne wsteczne albumy, powstałe na przełomie wieków i jeszcze w płodnych mocno latach dziewięćdziesiątych. Zamiast cofać się od Zos Kia Cultus, los tak chciał że włączyłem najpierw przypominająco Theleme.6 i mimo że ogólnie dzielę wobec niej zaskakującą, z wieloma bardziej zdeklarowanymi fanami nieco krytyczną opinię, to jestem zarazem w stanie przyznać że pod kilkoma względami nie broniąc się ówcześnie najbardziej znakomicie, to odtworzenie jej nie było jakimś koszmarem wstydliwym. Słychać że brzmienie mogłoby być mniej sterylne, bębny nagrane na padach mniej plastikowe i bas mniej schowany, ale trudno mi też nie ulegać sile naprawdę dobrych, dzisiaj kanonicznych kilku kompozycji. Podoba mi się w Thelemie że to jeszcze nie jest kompletnie ukierunkowanie na amerykański death łojenie, doprawione epickim i teatralnym anturażem, a granie jakie dotykając chwytliwych nutek, uderza selektywnymi, precyzyjnymi metalowymi partiami, a nie metalem w nieznośnie podniosłej (apokaliptycznej chyba) manierze. Ja tu bardziej słyszę segmentami wpływy melodyjek slayerowych (Vinvm Sabbati, Pan Satyros), końcowego etapu działalności nieodżałowanego Chucka Schuldinera (Inflamed With Rage i wejście w utwór), niż jego ziomalów spod znaku totalnej apokalipsy - choć ogólnie czuć gdzie ta ścieżka Nergala prowadzi. Szanuję z perspektywy czasu, mam jednocześnie świadomość, że to lekko nazbyt syntetyczne brzmienie, ale podoba mi się ono bardziej niż to wykręcane na Demigod i jemu bliskich, bowiem nie jest przytłaczające i po kilku odsłuchach nie odrzucasz płyty nie przez względy muzyczne, a przez przesadzone skompresowanie brzmienia. Na marginesie kiedyś jeszcze na zasugerowanych krążkach stosowane patenty inżyniera dźwięku mnie tak nie irytowały jak obecnie, gdy coś na playlistę z okolic 2004 roku wskoczy - czemu wyraz dawałem bodaj gdy o nich coś wystukiwałem. Natomiast jak by spotkanie na nowo z piątym Behemotha długograjem nie było katorgą, to zdaje sobie sprawę, że nigdy mnie ta nuta nie porwie i nie porwała, bo zupełnie otoczka oraz sama prąca na szkło gadka sternika do mnie przemówić przekonująco nie potrafi. Stąd może te mieszane odczucia i mało głęboka analiza, gdy nie uznaję się za fana, ani większego sentymentu w kontakcie nie odczuwam. Darski zawsze robił wszystko po swojemu i zdaje się zawsze miał plan, więc obecne miejsce pośród najbardziej dochodowych kapel około-blackowych, nie jest rzecz jasna zbiegiem okoliczności. Chciał chłopak mieć metalową machinę do "szołmenowania" i ma, a Thelema.6 to początek drogi na sam szczyt - puchnąc i rosnąc, a tym samym zamieniając garstkę fanów undergroundowych, na miliony mainstreamowych. I na pewno nie jest to nie w porządku!
niedziela, 28 czerwca 2026
Killer's Kiss / Pocałunek mordercy (1955) - Stanley Kubrick
TVP Kultura i przypadkiem seans jednej z pierwszych poważnych prób Kubricka. Jeszcze jasne że bardzo bardzo daleko przed zbudowaniem własnej, właściwej koncepcji wizualnej kinowej, ale zarazem już na tyle inaczej, że widać, czuć nietuzinkowy talent. Kawał krótkiego, a zarazem całkiem paradoksalnie rozbudowanego (dużo się dzieje, nie ma chwili dla wytchnienia) archaicznie kryminalnego, tudzież noire mięcha. To klimat niby stary, ale u Kubricka nadal jary, bowiem Kubrick pokazuje dramatycznego pazura, energię w intensywności doznań, jak i kilka nowych sposobów, dodania do formy efektownych smaczków. Czuć w gatunkowej przynależności przede wszystkim nawiązania do klasycznego repertuaru popularnego w tym okresie w kinie, jak i bardziej ambitną tożsamość, inspirowaną jak myślę niemieckim ekspresjonizmem. Obraz jest bardzo fotograficzny (światłocień rządzi), a przez to jego walory wychodzą przed szereg i mimo że aktorstwo raczej z rodzaju manierycznego, może naturszczykowatego chwilami (nie zgadzam się akurat że kulawego, bo aktorzy nie są prowadzeni przez człowieka bez wyczucia), to napięcie trzyma koncentrację do końca, narracja żyje oraz od wspomnianej strony wizualnej, super wrażenie robią ujęcia kręcone (rola operatora) przez samego Kubricka (swoboda w śledzeniu bohatera w normalnym codziennym nowojorskim życiu ulicznym), jak i oko do architektury i wychwytywania oraz dobierania specyfiki miejsc - finał wśród manekinów i cały tętnicy życiem w miejscach publicznych i wręcz martwy, zimny w okolicach zaułków Nowy Jork. Twierdzę że te niuanse zmieniają raczej prostą historię w coś więcej niż tylko kolejną z epoki opowieść i może to będzie rodzaj bluźnierstwa, ale Kubrick według mnie sprowadza dzięki "pocałunkowi" do poziomu li tylko poprawnego część filmografii legendarnego Hitchocka. Opinia to moja i jasna, wypełzająca z przekonania, iż to było świetne od strony zerkania głębiej i realizacji bez zaplecza finansowego, a z pasją. Dla bardziej wrażliwych artystycznie oczu czuć z pewnością było, że Kubrick już wtedy zdradzał, iż będzie miał dużo więcej od strony nowatorskiej w przyszłości, od Sir Alfreda do powiedzenia.
piątek, 26 czerwca 2026
The Death of Robin Hood / Robin Hood: Koniec legendy (2026) - Michael Sarnoski
„Robin taki inny, tak mroczny, tak surowy, brutalny i średniowieczny, tak folkowy, tak celtycki. W takim klimacie trzeba się zanurzyć i utonąć!” - podsumował ziomek koneser kina i ja przybijam z nim wirtualnie „żółwika”, cytując jego celne słowa. Dodając iż o takim Robinie w kinie od niemal zawsze marzyłem - odzierającym legendę z heroicznej, przygodowej li tylko otoczki, ofiarując w zamian na początku niemal oniryczny, mistyczny slasher „kostiumowy” (tryska gęsta posoka, przecinane są ścięgna, kości trzeszczą, a w oczach wojowników cierpienie i wściekłość), by z czasem przejść swobodnie z wywołującej dyskomfort estetyczny rzezi, do fazy slow motion, znaczy onirycznej, snutej kontemplacyjną narracją, zaskakującej wiązaniem wątków opowieści o odkupieniu. Mrocznej przypowieści dekonstruującej wielokrotnie odbijany od szablonu mit, z porządnie przemyślaną dawką naturalizmu i realizmu - niby z pozoru nużącą, ale w finalnym odbiorze udowadniającą, iż momentami usypianie, nie musi wykluczać poczucia obcowania z porywającym od strony tak wizualnej, jak i merytorycznie poetycko zorientowanym spojrzeniem na człowieka tkwiącego w koszmarze zabijania - koszmarze własnego, bez refleksji zagospodarowanego życia. Napiszę więcej, bowiem Sarnoski oddaje pod rozwagę i analizę, w formacie doskonale zaaranżowanego, przekornego i rozczarowującego tym samym widza nastawionego na kolejne odcinanie kuponów od klasyki snuja, nie tylko postać człowieka, którego dręczy poczucie winy, drenuje emocjonalnie brak uzasadnienia dla własnych podłych czynów, lecz w szerszym, poruszającym do głębi w nietuzinkowy, surowy sposób, opowieść z mocnym i uniwersalnym wciąż przesłaniem, że nie istnieją bezimienne ofiary przemocy, a jej automatycznie nakręcająca się spirala, to naturalnie droga do całkowitego zatracenia spokoju egzystencji. Jest tu natłok ważnych przemyśleń i obrazujących je przykładów - scen sugestywnych i płynących z nich konstatacji. Majestatycznych pejzaży, scenografii i lokacji dopracowanych w każdym calu mistrzowsko uchwycone bogactwo. Genialne opanowanie mroku walorów miejsc przyrodniczo zorientowanych, majestatycznie wtopionych w naturę obiektów architektonicznych oraz genialnie opanowanie światła świec, co czyni pracę pod kierownictwem Sarnoskiego, wręcz malarskim majstersztykiem. Nie czyni jednak przebojem kinowym, bowiem aktorstwo nastawione na głębie (uwielbiam mimikę Jodie Comer, idealnie współegzystującą ze średniowiecznym anturażem), jak i forma rozczarowująca miłośnika akcji oraz zadumany, medytacyjny charakter erudycyjnej puenty/puent, w zapraszającym do ronienia męskich łez finale, to nie pokusy przyciągające amatorów przystępnej choćby w miarę rozrywki.
P.S. Na koniec żartobliwy ton w tonach niemal funeralnych, czyli pytanie - czy tylko mnie szkolenie w biegłości łuczniczej ognistowłosej córki Małego Johna, kojarzyło się z wrzuceniem do legendy o Robin Hoodzie disney'owskiej koncepcji Meridy Walecznej, opartej luźno na celtyckich podaniach? :)
czwartek, 25 czerwca 2026
Amrum (2025) - Fatih Akin
Szanuję Akina reżysera, czuje potrzebę zgłębiania jego filmowej przeszłości, przeszukując i drenując jeśli trafię miejsca, gdzie jego starocie są dostępne. Trudna to praca, często bez oczekiwanych wyników, ale i to co Akin robi na bieżąco nie jest zbyt łatwe do wyczesania z głębin internetowych. Czaję się na Rheingolda z 2022 i do tej pory też uparcie doszukiwałem się Amrum i jest wreszcie! Co przy okazji daje mi resztki nadziei na obrazu sprzed trzech lat jeszcze wychwycenie. Do rzeczy jednak! Nowe Akina „znalezione” to ostatnie dni wojny, tuż przed kapitulacją, na fryzyjskiej wyspie Amrum. Na podstawie podobno wspomnień z okresu skomplikowanego dzieciństwa aktora Harka Bohma - scenariusz jego i Akina współautorstwa. Nastroje i przekonania - upodlony klęską nazistowski fanatyzm, radykalnych wyznawców hitleryzmu poniżona duma, skonfrontowana z przekonaniami poddanych próbie wytrwałości, zmęczonych poświęceniem zwykłych wyspiarzy. Jeden niby naród, a dwie odrębne postawy także w obrębie podobnych grup społecznych, nawet blisko zżytych rodzin. Różne ludzkie historie osób i rodzin w tle trudnego, poddanego indoktrynacji przyspieszonego bohatera dorastania. Praca i edukacja zagubionego, nie do końca rozumiejącego złożone sensy wrażliwego smarkacza. Codzienna walka o zdobycie czegoś do zjedzenia i bezpośredni kontakt ze śmiercią (sceny ogłuszania i oprawiania królika, podstępnego polowania na foki) czy narażania na śmiertelne niebezpieczeństwo, poświęcenia dla bliskich. Bardzo symboliczne, bo biały chleb, masło i miód jako marzenie, a zarazem wyraz miłości do otępionej ideologicznie matki. Proza życia w miejscu i czasie przełomowym, gdzie prawda o brutalnej, krwawej wojnie światowej wulgarnie przefiltrowana przez propagandę i oddalenie fizyczne od frontu i ziem okupowanych. Zaczyna się niemal od motywu, który gotuje od razu krew w żyłach, by w trakcie kilka razy uderzyć w rozedrgane tony, lecz czy udało się Akinowi zaangażować mnie w rożny, ale silny emocjonalnie, jak w przypadku W ułamku sekundy i Złotej rękawiczki sposób, to niestety nie. Nakarmił na pewno zmysł estetyczny, bowiem zdjęcia kapitalne i prowadzenie narracji skupione, posiadają walory kontemplacyjne, lecz aby serce pokroił, zgłaszam małe pretensje. Nie chodzi o to, że uderzył historią okupantów i wymagał empatii, więc się obudowałem naturalnym dystansem. Zwyczajnie chyba nie chodziło o wzbudzenie współczucia, a jedynie o oddanie sytuacjom elementarnej sprawiedliwości i uświadomienie z naciskiem na ofiary dziecięce, że „pizduś z wąsikiem” nie wyrządził potwornej krzywdy wyłącznie nacjom na które napuścił sfrustrowanych i łatwych do manipulacji twardogłowych egoistów bez wstydu, dając im poczucie fałszywej dumy i narzędzia do wprowadzenia terroru wśród bezbronnych. Dla mnie to była przede wszystkim zwiększająca świadomość lekcja - niby bliskiej, a dalekiej historii (przecież nikt mnie na historii nie uczył o niuansach), o jakiej trudno bym w realiach przynależenia do narodu po Żydach głównej ofiary, miał większe niż elementarne pojęcie.
wtorek, 23 czerwca 2026
On the Waterfront / Na nabrzeżach (1954) - Elia Kazan
Kino dla pasjonatów estetów, koneserów klasycznej formy, która technicznie może naturalnie niedomaga, ale broni się ilustracyjnym, dramatyzmem lirycznie romantycznym. Szlachetnym podejściem do tematu, moralizatorstwem niby zero jedynkowym, ale w sytuacjach przecież skomplikowanych, gdzie wybory ryzykowne. Scenami nasączonymi uczuciowością ze strony jednej i z drugiej brutalnością raczej chaotyczną - z pewnością w wydaniu kinowym nie odzwierciedlającą tej prawdziwej, jeden do jednego. Stąd oglądanie z pozycji współczesnej naznaczone krytycyzmem archaizmów, ale to też prostota (może pozorna) połączona z mocnym przesłaniem społeczno-politycznym - wówczas gdy Ameryka żyła wstrząsającą obsesją, na ślepo, wręcz na zamówienie wskazywanych zdrajców i antykomunistyczną histerią. To też tym samym jeden z pierwszych obrazów, który wprowadził do tamtejszego kina „rodzaj ostrego społecznego realizmu” i „naturalistyczne nowojorskie aktorstwo teatralne”. W dodatku towarzyszyły mu (jak się dowiaduję, doczytując i tutaj cytując) zawirowania, bowiem scenariusz zaczął pisać Arthur Miller, ale nie skończył, gdyż zerwał w trakcie współpracę i kontakt z Kazanem, gdy ten został wezwany przed obliczę tamtejszej antykomunistycznej „inkwizycji”. Nie wpłynęły one jednak na siłę jego oddziaływania, a być może dodały mu dodatkowej sławy i wartości, bo jedno obsada zacna, bohatera dylematy (bujanie w obłokach, małe cwaniactwa i surowe życie bez taryfy ulgowej) - sumienie zbrukane czy czyste, poddane rachunkowi i pokucie. Drugie natomiast świetne tłuste sceny, przede wszystkim relacji między braćmi, finalnie z dwóch stron barykady i trzecie rezonowanie w widzu czerni, szarości i bieli, ziarnistego obrazu i lokacji naturalnych z podkreśleniem brzydoty doków. Temat poza tym po prostu wstrząsający, więc obserwacja stanu mentalnego, moralnych rozterek postaci Brando poruszające. Innymi słowy jak na kino potężnie zaawansowane wiekowo, było to doświadczenie pod skórę dość mocno włażące. Z zaangażowaniem się patrzyło jak kiełkuje u bohatera myśl o buncie, który wraz z niebezpieczeństwem przyniesie mu szacunek, którego domagał się wcześniej bezskutecznie, młodzieńczo głupimi metodami.
poniedziałek, 22 czerwca 2026
Obsession / Obsesja (2025) - Curry Barker
Bardzo dużo w międzyczasie i najczęściej mądrze, czasem jednak skrajnie zbyt lub za mało powściągliwie nabazgrano opisując ostatni fenomen „marketingu szeptanego”. O Obsesji z mikrym budżetem, a maksymalnym hajpem niemal każdy kto w popkulturze sobie zawodowo, bądź hobbystycznie brodzi, miał ochotę opinię wygłosić i nie trafiłem na żadną która miałaby podważać wartość w jakości debiutanckiego filmu, kogoś kto do tej pory profesjonalnie z fachem nie miał nic, lub niewiele wspólnego. Pełno w sieci teraz jego, a dokładnie o nim i chyba nawet więcej o odtwórczyni pierwszoplanowej roli i oboje oni wraz z resztą, tak fachowców zaangażowanych (charakteryzacja ze scenografią bomba) jak i aktorskiej obsady na słowa uznania zasłużyli. Odwalono tu bowiem kawał doskonałej, uparcie autorskiej roboty, stawiając miast (jak podobno wytwórnia sugerowała) na scenariusza, ogólnie pomysłu obskubanie i pod wymagania widza pop-corn-owego formy skrojenia, na pierwszorzędnie wytłuszczoną kwintesencję! Na szczęście szef kluczowej wizji miał jaja z granitu i nie dał się tak presji, jak (ciekawe czy to mit dodany czy prawda) przekupstwu finansowemu, bo dzięki tejże twardej (nie użyje słowa niezłomnej ;)) postawie, powstał horror z prawdziwej krwi i kości, o ludzkim obliczu nie tylko psychologicznym i silnym osadzeniu w naukowym (tudzież jak ktoś woli praktycznym). Bardziej na serio niż dla efekciarstwa, gdzie pod nieco tylko pojechanych motywach, jest mnóstwo rzetelnej, czyli sprawdzonej w boju i na własnym zapewne przypadku przetestowanej psychologi relacji. Ten fundament i to sedno jest o zazdrości, obsesyjnej miłości - miłości opresyjnej, wręcz histerycznej, gdzie szantaże or niepoczytalność właściwie. Tak samo jak wyłuszcza on drugą stronę medalu, czyli obok tego najbardziej uderzającego, czyli stylu przywiązania lękowego, mocno, radykalnie ukazanego i być może „horrorowato” przerysowanego, pojawia się styl unikowy, gładko (to znaczy szorstko w efekcie :)) przeplatający się ze stylem zdezorganizowanym, a obok majaczy jako niewykorzystana szansa, sytuacja (dla bohatera) styl bezpieczny. Tak to sobie osobiście najprostszymi metodami rozkminiłem i nie mam absolutnie jakichkolwiek pretensji, że wiedza jest tu raczej oczywista i podana wprost, a jednak daleko jej do łopatologii w komersze na ogół stosowanej. Dla mnie to tak samo ORYGINAŁ pośród gatunkowych kopi kopii, skopiowanych korzystając z popularnych, przekombinowanych kopii, czyli niby obraz zwykły, a niezwykły paradoksalnie, gdyż w swej formule skromnej powracający do , a nie ślepo brnący w efektowne i najgorsze że syntetyczne poboczności zagamtywania. Produkcja która wygląda niezwykle rzetelnie, a oczekiwane w horrorach jumpscare’y naprawdę mogą powodować obsranie, w mniej ekstremalnym wydaniu lekkie zmoczenia oraz po wyjściu z kina nietęgi miny, tak z powodu tego co powyżej, jak i analizowania siebie i swoich bliskich relacji - jeśli oczywiście jest ku temu powód, a dokładnie intelektualna i związana z bystrością autokrytyczną baza. Ogólnie „uważaj człowieku co sobie życzysz”, bo nie wiesz jak jest po drugiej stronie nieznanej bajeczki, a i od skrajności do skrajności przerażająco niedaleko. Więcej po prostu k-wa umiaru, zdrowego rozsądku we wszystkim plis. ;)
czwartek, 18 czerwca 2026
Maruja - Pain to Power (2025)
środa, 17 czerwca 2026
All Them Witches - House Of Mirrors (2026)
Zdaje się że szczególnie od poprzedniej płyty (Baker's Dozen), konkretnie gorący amerykański towar na scenie stonerem podkręconego psychodelicznego rocka, wydał kolejną płytę i cieszy, że tym razem zrobił to w formie klasyczniej, co w praktyce oznacza, iż zrezygnował z powielania pomysłu sprzed trzech lat, kiedy miast normalnie zebrać materiał, to wrzucał do sieci osobne single wzbogacane wizualizacjami, a posiadać je w kolekcji można było jedynie w wersji strumieniowanej, bądź jak teraz widzę jako kompilacja singli na 3 LP, za konkretną kosmiczną kwotę nabytą. Nie podobał mi się ten pomysł i do dzisiaj jestem na nich zły, że taką strategię promocyjną obrali, która w sumie nie znam statystyk, ale skutecznie mogła im nową bazę fanów napędzić - jednocześnie pozbawiając kolekcjonerów, na cd wersji. Szkoda bowiem, gdyż poprzednie wejście na rynek z nowościami, było fenomenalnym przyjściem w chwale, z samym gęstym. Gdybym teraz miał zestawiać materiały z roku 2023 z nowym krążkiem, to widzę spore różnice, a dokładnie nabicie broni kalibrem mniejszym, czyli nie kopiącym tak mocno eksperymentami, a może rozdrganą i transowo hipnotyzującą psychodelią, która przejęła pole od bardziej tradycyjnego stonera. Na House of Mirrors wydaje się, iż bliżej jest do wcześniejszego grania, choć nadmienię, że absolutnie Baker's Dozen nie zatracił cech charakteru All Them Witches z przeszłości - doskonale wiążąc odjechanie z szlachetnym do stonerowego piachu i bluesowych, czy country-folkowych inspiracji przywiązania. Dzisiejsze studyjne zdradza symptomy ciągłego dojrzewania, gdy czuć że jego wartość wzrasta z każdym przesłuchaniem, bowiem aranżacje nie są od razu w pełnym słońcu i swoim blasku dostrzegalne. Brakuje ewidentnych killerów, przebojów, mimo że całość to nie tylko wyważone, zwolna się rozwijające, momentami eteryczne akcje akustyczne. Dynamiki płycie nie brakuje, ale jej moc regulująca odczuwalna właśnie wówczas, gdy płyta wsączy się w układ krwionośny słuchacza i zostanie z czasem w krwioobiegu rozprowadzona. Ona od człowieka sporo wymaga, ale odwdzięcza się w nawiązką, gdy się wpije i okaże się ku jego zdumieniu, że z pozoru monotonne, asekuracyjne wręcz strun szarpanie, to nie bezpieczna strategia, a szczwane i ambitne zarazem z fanem się przekomarzanko. Powstał tym samym album który podsumowując wpierw budzi poczucie niedosytu, pozornie płaską, ascetyczną fakturą, a jak się okaże z biegiem odsłuchów, dalej mega intrygującą pozycją z kategorii wbijamy w dojrzałość aranżacyjną na pełnej, by na uznanie sobie cierpliwie poczekać. Bowiem House Of Mirrors być może jest mniej obfity w mistycyzm poprzednich singlowych nagrań, ale za to kapitalnie odprężająco buja, nie tylko genialnymi fragmentami, ale z pietyzmem przygotowanymi aranżerskimi arcydziełami. Oni są fenomenalni i w lidze psycho-blues-stonera stoją pierś w pierś z największymi dzisiejszymi, szeroko rozumianego gatunku załogantami, gdzie jako habilitanci QOTSA, a za ich plecami takie ekipy z doktoratami jak Lonely Kamel, Graveyard, The Black Angels i Royal Thunder. Proszę mi wierzyć. :)
wtorek, 16 czerwca 2026
Blow-Up / Powiększenie (1966) - Michelangelo Antonioni
poniedziałek, 15 czerwca 2026
Gallipoli (1981) - Peter Weir
Pierwsza Wojna Światowa i na terenie egzotycznym jedna z największych masakr tego globalnego konfliktu. Świadome wystawienie młodych żołnierzy na rzeź - o tym ten uduchowiony i krytyczny wobec braku szacunku dla życia ludzkiego, wielowarstwowy (kontrastowy) i szczegółowo przemyślany klasyczny dramat. W nim między innymi pierwsze skrzypce odgrywa Mel Gibson zawsze „gibsonowaty”, bowiem albo gra Riggsa, albo coś na przecięciu Wallace'a i Mad Maxa. Świetny naturalny aktor, ale raczej ograniczonych póz, jaki w tym konkretnym przypadku bardzo świadomie miesza pozę dotychczas już praktykowaną, z gestami, mimiką jaką w przyszłości jeszcze udoskonalając i stylistycznie warunkując pokaże. Lubił Gibsona aktora, w tej jego pierwszej fazie budowania rozpoznawalności Weir, chyba nie tylko przez fakt iż to gwiazda wschodząca, rodak jego - dostępny jeszcze wówczas na wyciągnięcie ręki. Trochę żartuję, choć tu nie miejsce na heheszki w kontekście tematu potężnego, jakim się Gallipoli żywi. Niby zaczyna się dość lekko, choć klimatycznie, raczej przygodowo-obyczajowo z nutką nawet poczucia humoru, a co naturalne i podkreślające piekło skrajnościowe wojny, ewoluuje w stronę poruszająco-wstrząsającego dramatu wojennego, z tłem przyjaźni - przygotowując inteligentnie i z wyczuciem widza, na tragedię ludzką. Stajemy się tym samym zaangażowanym obserwatorem ludzkich uczuć filmowego dzieła. Niezwykle smutnego, za sprawą powagi sytuacji, gdy naiwność i zdolność ludzkiego organizmu do przetrwania w największym gównie, zderza się ze śmiercią w pięknych okolicznościach słonecznej plaży. Trup się na finał ostro ścieli, a dowodzący nie mają litości dla szeregowego ochotnika. To fabularnie brak elementarnej wiedzy, złożone okoliczności, decyzje lojalnościowe świadome, ale i wir decyzyjny, który bohaterów wciąga. Przede wszystkim jednak wyścig z czasem o życie zaciągających się bez przymusu smarkaczy - wierzących w honor, poświęcenie, oddanych sprawie. Mrozi krew Gallipoli, pozostawia na koniec w potwornej złości i bezradności, przypominając na marginesie, iż kiedyś w zamierzchłych czasach, nuta niejakiego Jarre'a była wpływowa.
niedziela, 14 czerwca 2026
In Flames - Soundtrack to Your Escape (2004)
Nie zamierzam rozbijać tego krążka na atomy, by spróbować dostrzec czego nigdy zbytnio nie dostrzegałem i nie mam wątpliwości, iż wciąż nie dostrzegę. Nie będę próbował zatem po wieloletnim rozbracie się do niego przekonywać, ni krytykować zawzięcie, gdyż być może na chłostę na granicy złośliwości nie zasługuję. Chcę tylko tu na stronach minimalistycznie sobie zarchiwizować po powrotnym (na chwilę) odsłuchu, co czuje i czy w ogóle coś czuję, bowiem na ten moment z przeszłości niewiele w jego kontekście pamiętam. Kojarzę okoliczności sidika nabycia (bowiem nabyłem) i potem raczej mam już zasadniczo merytoryczną pustkę w pamięci, gdyż ani mnie bodaj nie rozczarował kompletnie, ani zatrzymał przy sobie na dłużej. Prawdę mówiąc można było w tle zwykłych czynności posłuchać, lecz wydawanie na tą wątłą przyjemność kasy odbijało się lekką czkawką o cechach rozrzutności. Poszedł więc mój egzemplarz dość szybko w świat za pośrednictwem Allegro i tak skończyła się zasadniczo moja przygoda z entym krążkiem In Flames. Dzisiaj świeżo po przypominajce, gdybym posiadał nośnik, zrobiłbym z nim to co wówczas, ale abym odczuwał podobne poczucie niesmaku finansowej straty, to już nie, bo być może oryginalne wydanie idealne zachowane znalazło by amatora za przyzwoitą kwotę - tego kompletnie nie wiem, sprawdzać nie mam czasu. Supergwiazda ówczesnego nowocześnie traktowanego melo heavy-thrashu czy melo heavy-deathu, powiązanego z coraz silniejszymi inspiracjami "kornowatymi" nagrała materiał porządnie wyprodukowany i kontynuujący ścieżkę na którą na poważnie zaczęła wchodzić przy okazji Reroute To Remains. Stworzyła produkt w modern estetyce z wprawą - wpadające w ucho numery (spoko refreny), w których sczepiła szarpiącą szorstko struny, obijającą z pogłosem bębny i doprawioną ornamentyką tak klawiszowych brzmień jak oczywiście pływającą na fali wszędobylską melodykę. Dresowy kierunek In Flames do mnie jednak nie przemawiał, tak jak podobne, a jednak różne spostrzeganie gatunku przez Soilwork. Pierwszych opuściłem z drugimi pozostałem. Był na pewno jakiś tajemniczy powód. :)
sobota, 13 czerwca 2026
Fatherland / Ojczyzna (2026) - Paweł Pawlikowski
Pierwsza uwaga natury quasi socjologicznej, że Multipleks, pokazy przedpremierowe w godzinach okołoobiadowych, konkretnie środek tygodnia, największa sala i 8 osób stan frekwencji. Czy to coś wyraziście mówi o stosunku do kina ambitnego, ponad europejsko nazwiskiem polskich twórców promowanego i w elitarnym gronie nagradzanego? O tym dowiem się może kiedy Ojczyzna wejdzie już w standardowym trybie na ekrany i dostępne będą statystki oglądalności. Póki co wyciąganie wniosków może być nazbyt pochopne, choć rzecz jasna stwierdzę gorzko, iż bardzo mocno ich smutne kontury zostały we mnie niewątpliwie zarysowane. Oddalając się jednak od wstępu, chcę w miarę zwięźle pochwalić się własnymi przekonaniami nie o potrzebach dzisiejszego widza, lecz jakości trzeciego w tej samej formule wizualnej, najbardziej docenianego od lat polskiego reżysera dzieła. Pawlikowski trzyma się standardu wizualnego wypracowanego ostatnimi głośnymi produkcjami, stawiając na precyzję detali i ogólnie wywoływanie wrażenia wysmakowanego dla wytrawnego oka. To jest w tym segmencie optyki ilustracyjnej, kadrowania fotograficznego (Łukasz Żal) w każdym calu doskonałe, ale i prowadzenie narracji przywołuje przymiotniki bliskoznaczne określeniu eleganckie. Przepływamy przez ciąg wydarzeń skupieni na wartości obrazowej, lecz i historycznej, zinterpretowanej historii powrotu Thomasa Manna po wojnie na tereny obydwu podzielonych politycznie ówczesnych Niemiec. Mann wraz z córką opuszcza bezpieczne Stany Zjednoczone i odbywa podróż ze strony zachodniej na wschodnią, co wiąże się tak z zarysowaniem tła charakterystycznych cech przemian na wymienionych obszarach, jak i jeszcze wówczas zabieganiem obydwu ustrojów o pozyskanie przychylności laureata Nagrody Nobla - co szczególnie obserwacja zdarzeń po stronie Sowieckiej wywołuje poczucie absurdu i dyskomfortu. Wstrzemięźliwa, pozornie neutralna relacja historyczna jednako specyficznymi dla formy Pawlikowskiego środkami wstrząsa nie bezpośrednio, lecz za pośrednictwem doskonałego użycia dystansu, bez jasnej interpretacji, korzystając ze świadomości historycznej widza i jego merytorycznego przygotowania - znajomości kontekstów o znaczeniu elementarnym. Pobudza emocjonalnie charakterem jeszcze anomijnego i zarazem zamordystycznego tła politycznego, tak w układzie rzeczywistości zachodniej, w której faszystowskie demony pozostają w zaskakujący tylko dla gigantycznej naiwności sposób wciąż żywe, jak i dla tej za żelazną kurtyną, w której wszczepia i wczepia się w glebę równie mocno jak nazizm niebezpieczna ideologia komunistyczna. Na tle rodzących się zimnowojennych realiów Pawlikowski portretuje jednocześnie psychologicznie dwie sylwetki - ojca i córki. Kapitalnie oddaje w mimice i względnie kontrolowanych zachowaniach wewnętrzne rozterki, ból i cierpienie. To na swój inny niż otwarty sposób szarpie, bowiem aktorskie zabiegi stosowane tutaj, gdyby nie były realistyczne, natychmiast obnażyłyby złożoność stanów postaci i ich wymiar naznaczony starciem nadziei z brutalnymi faktami. To film gadany, a zarazem milczący, w znaczeniu iż dialogi posiadają swoja siłę wyrazu, lecz więcej dla emocji odczytujemy nie z ich bezpośrednio wybrzmiewających erudycyjnych tez, lecz tego co wokół wyrażania słowem się dzieje. Warstwy precyzyjnie kadrowanego obrazu, scenografii dopieszczonej i treści są mistrzowsko spójne i same w sobie za sprawą wymuskania efektowne. Efekt jest po raz kolejny na poziomie warsztatowym imponujący. Zewnętrznie zimny, ponuro dramatyczny, jak i nieomal poetycko rozedrgany - bliżej moim zdaniem do minimalistycznej Idy, niż bardziej rozbudowanej w wątki relacji osobowej i emocje wprost okazywane Zimnej Wojny. Styl Pawlikowskiego mnie w pełni satysfakcjonuje, ale bardziej fascynuje pytanie - jakby ten fenomenalnie czujący szlachetne metody filmowe mistrz planu wypadł w czymś formalnie zaskakującym. Konkludując Pawlikowski gdy już kręci to wie iż lepiej pozostawić niedosyt, niż uczcicie przesady, zamykając swoje ostatnie dzieła w około dziewięćdziesięciu minutach, więc myślę iż kolejny tytuł po wybrzmieniu tej nieformalnej monochromatycznej trylogii, przyniesie coś nowego, równie interesująco imponującego. Bardzo oczekuję.
piątek, 12 czerwca 2026
Evergrey - Architects Of A New Weave (2026)
Moi bodaj najwięksi "giltipleżer" jak w zegarku wydają nowe płyty i nawet nie wprowadza u nich poślizgów jakiekolwiek przetasowanie w składzie. Architects Of A New Weave nagrany z nowym bębniarzem i bez Henrika Danhage'a, który od 2001 roku był jednym z głównych filarów grupy prowadzonej jednak z żelazną konsekwencją przez Toma Englunda (bezdyskusyjnego lidera), mógł więc zapowiadać jakieś grubsze zmiany muzyczne. Nie mam na myśli przeskoczenia w inny gatunek, ale chociaż kosmetyczne, lecz zauważalne udoskonalenia, udziwnienia, czy doświadczenia, które może sugerowała mi okładka, jak też nie zmienia estetyki dotąd stosowanej, ale bardziej nawiązuje do tego co na początku, a dokładnie w 1999 roku jako ozdoba koperty Solitude, Dominance, Tragedy się objawiło. Mam ja duży sentyment w obydwu wymiarach (koperta, kawałki) do owej, zatem liczyłem na chociażby sound podobny, który przewietrzyłby myślę ten od lat, niezwykle czysty stosowany. W sumie nie mam nic do wszystkiego brzmieniowo dopieszczanego, ale coś więcej niż tylko sterylność bym mile tutaj widział. Jest jednak realnie jak automatyzm i przywiązanie do oczekiwań największych fanów Englundowi podpowiada, czyli bez szczątkowej ewolucji - pięknie, wypolerowanie, epicko i wzruszająco lirycznie. Z gitarami wycinającymi zarówno cięte, grube bo wyraziste riffy i solówkami wypielęgnowanymi, których wykonywanie na pewno kapitalnej biegłości i płynności wymaga. Tylko że jeśli tak jest, to ja podtrzymywać muszę swoje dotychczas wypracowane stanowisko, którego na przestrzeni ostatnich lat dwudziestu pięciu raczej nie zmieniałem, tak bardziej lub mniej w różnych okresach nowościami od Evergrey się podniecając. Pamiętam próby większej szorstkości w brzmieniu, bardziej organicznego i ograniczonego w sensie minimalizmu, rockowego stuffu i zupełne popuszczenie lejc w obrębie podniosłych, hymnicznych kompozycji - czas maksymalizacji cech dark-gotyckich, czy heavy metalowo-progresywnych. Mogę tutaj wymienić kiedy, jak według mnie było, ale nie widzę takiej potrzeby, gdyż pełny opis dyskografii, ktoś kto czyta i się głębiej wkręci ma na wyciagnięcie tutaj ręki, na klika jednego. W sumie każdy album po jakimś drobiazgu rozpoznaję i każdy może się odróżnić odrobinę, natomiast Architects Of A New Weave na ten moment zapamiętam najbardziej, jako ten satysfakcjonujący bardzo, lecz jednako ucinający moja wiarę w jakiś przełom wyrazistszy.
czwartek, 11 czerwca 2026
Zabriskie Point (1970) - Michelangelo Antonioni
Wpełzam właśnie w elitarny świat Antonioniego i zrobiłem pierwszy krok oczywiście odtwarzając Powiększenie, lecz że jako ono jeszcze jest przeze mnie przepracowywane analityczne (szczerze, bezradnie doczytuje :)), a w międzyczasie zobaczyłem też Zabriskie Point i szybciej wiem co o nim myśleć, to na pierwszy archiwizacyjny wpis tenże (a)chronologicznie wskakuje. Dziwny to klimat, dziwnie opracowana treść – chaos pozorny, bo otwierająca scena, bo przeskakiwanie z początku wątku na wątek różnych bohaterów ustawiczny i trzeba szybko łączyć konteksty raczej mało uporządkowane. Niejako nie ma gigantycznej trudności by zrozumieć, że Antonioni tutaj z perspektywy (nie)amerykańskiej luka na tamtejsze społeczno-polityczne i gospodarcze, w sensie kapitalistyczne uwarunkowania ustrojowe przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Tradycja twardogłowej konserwy i finansjery korporacyjnej interes ponad wszystko (greed is good), wymieszane z akademickim buntem młodych, bardzo ideologicznym. Także świat prowincji i wielkomiejski - biedy i bogactwa, życia z daleka od nowoczesnej cywilizacji codziennością i walka o wpływy na szczytach. To jak domniemam w tradycji nowofalowej, światopoglądowy manifest krytykujący Amerykę z jej hipokryzją - kolebki współczesnej demokracji i wolności, samej w swoim gnieździe zwalczającej tendencje do równości i różnorodności. Wykorzystując do tego niezwyczajny, rozwijający się z poziomu ogólności do szczegółowości scenariusz, doskonały zmysł wizualny oraz (tutaj pierwsze mega wrażenie) kapitalną, intuicyjną grę aktorską jeszcze naturszczyków, tudzież aktorów bez doświadczenia. Przyznaję już otwarcie, iż artystyczna stronę polubiłem (odlot z golaskami w piaszczystych górach jest odważny i hipnotyzujący), tą ideową natomiast wmieszaną warstwę niekoniecznie potrafię tak samo skrytykować, jak poprzeć. Dla mnie zwyczajnie więcej jest tutaj do zobaczenia okiem i "duszą" (drugie mega wrażenie) niż do analizy treści o charakterze politycznym - paradoksalnie. Ciekawa filmowa praca tak na poziomie opracowania muzycznego (Jerry Garcia, czyli Grateful Dead plus PINK FLOYD proszę Państwa), wszystko-mówiącej symbolicznie metafory, dosłownie eksplodującej finalizacji dramatyczną oczywiście puentą, ale jeszcze mocniej interesująca i zachwycająca wymiarem technicznie wizualnym - z doskonałym zdjęciami i tym sznytem odlotowym nowofalowym, który miał gdzieś poprawność polityczną i cenzurę obyczajową.
P.S. Zapamiętam nie tylko przez wzgląd na malownicze ujęcia pustyni i młodych ciał okurzonych, ale też gdzieś na marginesie tragicznie krótkiej, tajemniczej historii życia niejakiego Marka Frechette - aktora dosłownie jednej roli i to akurat głównej, nie byle u kogo przecież.
środa, 10 czerwca 2026
Picnic at Hanging Rock / Piknik pod Wiszącą Skałą (1975) - Peter Weir
Niedawno (a w rzeczywistości archiwizacyjnej, gdy na bieżąco staram się relacje zdawać) to full temu (kłania względne poczucie czasu), wybrałem się do KINA na „piknik” pod skałę wiszącą, z okazji 50 rocznicy premiery klasyka Weira. Wstyd się przyznać, ale prawda jest dla mojej reputacji maniaka kina druzgocąca, że ja właściwie to nie kojarzyłem bym wcześniej ów standard filmowy w całości kiedykolwiek widział. Były jakieś fragmenty uchwycone w TV i rzecz jasna, była już później w życiu dojrzałym (wiadomo że piszę wyłącznie o dojrzałości wspomnianego kinematografii względnie ambitnej miłośnika) całkiem duża świadomość znaczenia tytułu w historii Muzy dziesiątej. Krok za krokiem w atmosferze święta do multipleksowej sali tuptałem, by zobaczyć co się okazało, że pośród kilku starszych nawet jeszcze ode mnie (są tacy - mnóstwo takich przecież jest) widzów, spore grono zaskakująco małoletniej jeszcze widowni przed dużym ekranem zasiadło. Cieszył mnie bardzo taki widok, napawał wręcz optymizmem rozwój sytuacji, co nie przeszkadzało mi zadawać sobie pytania, czy wszyscy tutaj są tak samo świadomie jak ja - się pochwalę byłem, by korzystać z możliwości, której rzecz jasna gdy oryginalna premiera miejsce miała, mnie jeszcze na tym padole nie było - ufff! Kombinowałem też czy ta tutaj opowiedziana historia, ogarniana jest z pozycji wiedzy, iż jej źródłem jest powieść niejakiej Joan Lindsay, a inspiracja dla niej, to z kolei autentyczne wydarzenia z dzieciństwa, które dziwnym trafem przywołała ona w pamięci, dzięki snu, jaki w wieku już bardzo zaawansowanym ją nawiedził. Błyskawicznie powidoki spisała i tym samym dała znakomity materiał do interpretacji nietuzinkowemu talentowi Weira. Ten zrobił rzecz przedziwną estetycznie (kostiumowe widziadło), być może na czas kiedy kręcił i dał światu kinowemu do zanalizowania i przede wszystkim przeżycia, opowieść aż puchnącą od niedomówień. Historię „o duchach bez duchów, łamigłówkę bez rozwiązania, opowieść o seksie bez seksu” - coś co śmiało mogło zaklinać, hipnotyzować, jak irytować brakiem jakiejkolwiek próby czegokolwiek wyjaśnienia. Enigmatyczną fabułę, wzbudzającą wrażenie zbiorowej i jednostkowej halucynacji, wywołanej atmosferą poetyckiego uniesienia - słoneczną gorączką leśno-łąkowego lenistwa fantastycznie podsycaną. W tej atmosferze Weir buduje nastrój zarazem wspomnianej odprężającej refleksji, jak i zagrożenia niewidocznego, które w podświadomości uczestników wycieczki powoduje uczucie niepokoju, bowiem miejsce to wyjątkowe, otoczone nimbem szamańskiego kultu. Jakiego? Łatwo dotrzeć do źródeł! Jeśli ja w swoim nieznośnym lenistwie dokonałem przewertowania Internetu w celu zaspokojenia ciekawości, każdy jest w stanie się zmotywować, aby spróbować rozwiązać tajemnicę, która nigdy nie została i nie zostanie obiektywnie wyjaśniona. Idealne okoliczności do puszczenia wodzy fantazji, jeśli już człowiek się otrząśnie z onirycznej psychodelii - koronkowej reżyserskiej roboty w koronkowej dosłownie oprawie.
wtorek, 9 czerwca 2026
A.A. Williams - Solstice (2026)
Więcej gęstego wysysam z krążków i z intensywniej szarpiącego stylu Chelse'a Wolfe. Tam jest szczodrzej względem pulsującego nerwu, ale do A.A. Williams poprzedniego krążka nie wstydzę się sympatii dużej. As the Moon Rests mocno do serducha przytulam i odwdzięcza mi się on za każdym razem, mroczno-refleksyjnym dźwiękowym otulaniem, gdzie emocje około romantyczne też w sobie z autentyzmem wiąże. Chelse'a to więcej mrocznego obłędu, a jej po gatunkowym fachu kumpela płynie w kierunku lirycznego klasycznego gotyku - drenując fakturę i własne wnętrze, lecz oszczędzając siebie, unikając ekstremalnego psychicznego sponiewierania. Zapewne gdybym teraz nie przyhamował, to mógłbym tu jeszcze wyliczać różnice, wskazać stylistyczne autorskie rozbieżności, ale miast wyłącznie porównywać, zapędzając się tym samym w kozi róg wartościowania, co lepsze co gorsze, lepiej, bo też bezpieczniej oddać szacunek nowemu albumowi Brytyjki. Zanim poddałem Solstice subtelnemu filetowaniu, wspomnę iż zapoznałem się wpierw z singlami zapowiadającymi i te próbki zdały mi się w kwestii kompozycyjnej dość przewidywalne - nastawione wyłącznie na melancholijną kontemplację, przy wtórze VERY klimatycznych tematów. Złapałem się na tym, że to jest zbyt schematyczne granie i obawach, iż takie plumkanie z fragmentarycznym doładowaniem szybko mi się znudzi. Nie wiem jak sytuacja będzie wyglądała za kilka miesięcy bodaj, bowiem nie wykluczam iż pierwsze wrażenie może powrócić po przyswojeniu wszystkich indeksów w całości i dogłębnie. Na teraz jednak uważam, będąc pod wrażeniem mocy przykuwającej uwagę całości, że w takim wdzięcznym niezwykle, przepełnionym smutkiem albumie, jestem w stanie się otwarcie zakochać. Okazuje się iż zamiast przynudzać, można uzyskać efekt hipnotyzującej, niemal transowej zwiechy i Solstice mi ten lot nad sobą, lewitację swoistą pięknie gładziutko, w wymagającą codzienność, bezinwazyjnie wtłacza. Wielkie THANKS!
poniedziałek, 8 czerwca 2026
While We're Young / Ta nasza młodość (2014) - Noah Baumbach
Obsada zacna, przede wszystkim rozpoznawalna, bowiem nie jak w przypadku Mistress America, prócz Grety raczej anonimowa. Choć brak gwiazd nie ujmuje wartości tego drugiego, przy czym obecność aktorów charakterystycznych (Naomi Watts delikatną urodą wciąż na maksa uwodzi, a Ben Stiller mimiką, grymasami rządzi :)) sporo pierwiastka sympatycznie znajomego dodaje. Film zasadniczo o spotykaniu się par (poziom fasadowy) i par w relacjach na różnym poziomie rezonowanie. W jednym studium charakterów, naturalnie rezygnująca z egoizmu dorosłość okrzepła i młodość beztroska - walory i wady poszczególnych życiowych momentów w interakcjach się krzyżujących wyeksponowane. Bezdzietna para plus czterdzieści (wspomniani) i para znacznie młodsza (Amanda Seyfried i Adam Driver). Jedni wykorzystują sytuację, po raz drugi, tym razem próbując otworzyć towarzystwem dwudziestolatków drzwi do młodości (bo okoliczności szansę podsunęły), drudzy z perspektywy młodości, ambicjami napędzani mają swoje kryte przez pozory i gierki plany - w tym przyjemnym dla oka i ciekawie angażującym par pokoleniowych mezaliansie. Fajna, zabawna historia podstępnej ustawki na ekranie, przykuwające uwagę praktyki spędzania wolnego czasu w amerykańskiej metropolii (NY i nowojorczycy są tacy inspirujący), mnogość hipsterskich i życiowych tematów do okiełznania, urocza więc tym samym intelektualna paplanina. Dialogi brzmiące jak u Allena, robią zatem robotę też w ujęciu autorskim Baumacha, a bez przecież Allena nie byłoby oczywiście tegoż i mam wciąż nadzieję (mimo że mnie trochę ostatnio zawodzi), że jak zabraknie aktywnego Woody’ego, to będę mógł liczyć na następcę, znacząco młodszego, ale już dawno jednak nie młodzieniaszkowego. W sumie już na niego liczę od lat wielu, a tą opowieść uznać mógłbym za jeden z najlepszych filmów Allena w ostatniej plus dekadzie, gdyby nie, no wiadomo. :)
środa, 3 czerwca 2026
Michael (2026) - Antoine Fuqua
Na gorąco, lecz z chłodnym jednak stosunkiem do efektu napiszę, że to płytka hagiografia była (zgadzam się), w dodatku pod okiem zainteresowanej rodziny i zapewne jak tylko możliwe, aby jednocześnie jednak nie było w stu procentach jedynie ładnie, mocno pro proporcjonalnie na korzyść wybielania ocenzurowana. Stworzona zatem pod dyktando, stąd gdyby komukolwiek z pilotów tego projektu przyszło na myśl cokolwiek bardziej kontrowersyjnego rozgrzebywać bardziej niż należy, pewnie projekt tak szybko jak powstał, tak szybko wylądowałby w szufladzie inwestora. Jeśli miało napełnić kieszenie (Michael wciąż jaja złote znosi) nie mogło być więc inaczej niż bezpiecznie i idealizacjo - bardzo domniemuje daleko od rzeczywistości, z zaakceptowaną (podkreślam jeszcze raz) dozą połowicznego, kontrolowanego dramatu. Powstał tym samym koncept tylko poprawny, ale warsztatowo maksymalnie na poziomie technicznym, po hollywoodzku zawodowo na ekran przeniesiony. Dwie figury w skąpym pod względem ekscytacji scenariuszu tutaj dominują - ojciec i syn, inaczej szef i podwładny, bądź skrajnie oceniając tyran i ofiara. Ojciec jako prezes finansowej korporacji i syn niewolnik, kura znosząca te złote jajka, uwalniająca się poniekąd spod buta autokraty-krwiopijcy, jednakowoż wciąż poddawana emocjonalnemu szantażowi. Michael od dzieciństwa traktowany jak tresowana małpka, karcony i motywowany zarazem, według najskuteczniejszych prawideł manipulacyjnych. Michael z natury szkolenia wycofany (do czasu może) w kwestii menadżerskiej, za to niezwykle efektywny i pracowity na poziomie artystycznym. Wrażliwy i ambitnych, kreatywny i zdyscyplinowany, wypracowujący jako gigantycznie utalentowany fenomen, we współpracy między innymi Quincey’a Jonesa zarówno własne brzmienie, jak i choreograficzny styl niepodrabiany. Tutaj film Fuqua akurat zyskuje, bo na poziomie scen ukazujących prace w studiu, na planie teledysków (robota przy Thrillerze po prostu Olimp choreograficzny) czy cały anturaż związany z występami stadionowymi, czyli część czysto muzyczna wypada kapitalnie, w czym główna zasługa tak specjalistów zatrudnionych by to się kleiło i wyglądało oraz rzecz jasna świetnie przeprowadzonego castingu - Michael mały i większy mega mega! Pomimo jednak że szołmeńsko dopracowane, choreograficznie wyborne, to kluczowa dla całościowego odczucia narracja, kompletnie bez flowu - co jest przy filmie o kimś z największym flowem w biodrach, nogach i każdej eksponowanej części ciała oraz głosie, niewybaczalne przerażająco. Dlatego pozwalam sobie na otwartą krytykę, jako produktu kompletnie na poziomie opowieści fałszem na granicy cynicznej przesady przesiąkniętego. Nawet nie próbując mnóstwa tutaj przekłamań konkretnie prostować, bowiem raz niby coś więcej wiem bo czytałem, słyszałem ze źródeł bardziej wiarygodnych, a dwa po cholerę to robić, jak i tak kto z tematem bardziej zaznajomiony, to z góry uświadomiony, że tutaj nie o szczerą do bólu prawdę chodziło. To ckliwa rozrywka i zachęta do na nowo wypromowania, pokazania na co stać na scenie i poza sceną artystycznie KRÓLA POPU było i skupiając się na wartości technicznej odtworzenia walorów talentu, za co można by ocennego maksa przyznawać. Za wartość artystyczno-historyczną tego zamówienia nie dałbym natomiast więcej niż trzy, może cztery na dziesięć.
wtorek, 2 czerwca 2026
Mistress America (2015) - Noah Baumbach
Kolejna moja jeszcze dotychczas nie sprawdzona wspólna praca Grety i Noaha. Jak się okazało i mnie to raczej nie zaskoczyło, napisana i zrealizowana z werwą i z błyskotliwym nowoczesnym sznytem. Zajebisty to tragikomiczny portret psychologiczny osobowości z ADHD, kamuflującej pod płaszczykiem charyzmy histeryczność i inne demony wewnętrzne. Dziewczyny sukcesu, tryskającej pomysłami i energią, nawijającej jak katarynka. Szczerej i bezpośredniej, pozornej narcystycznej osobowości, w której mnóstwo pasji i światła fascynującego. Wiwisekcja z celnym, pozostającym w głowie końcowym przesłaniem, dokonana i wybrzmiewająca z ust narratorki, z własnej, zupełnie odmiennej osobowościowo, wpatrzonej w "gwiazdę ekranu", a mimo to analitycznie uporządkowanej perspektywy wygłaszana. Opowieść kręcona z dystansem i z naukową skrupulatnością, bowiem raz naturalny u najlepszych jak dotąd kontynuatorów stylu Woody’ego odjechane, cięte poczucie humoru, dwa głębia w rozgryzaniu i wgryzaniu się w przystępnie, bo podług zasad klasycznych sztuk kilku aktowych, psychologicznych wątków soczystą materię. Kapitalna barwna paleta postaci, doskonałe wyczucie szlachetnego komedio-dramatycznego stylu w teatralnej niemal technicznej synchronizacji. Jestem po seansie szczęśliwy po prostu, że dostaję szansę czerpać wiedzę z takiej formy sztuki, jakby to nie zabrzmiało alogicznie, sztuki bezpretensjonalnie pretensjonalnej. :)
poniedziałek, 1 czerwca 2026
Blindead 23 - Deuterium (2026)
Wyboista droga od dekady za członkami Blindead. Wpierw nie dający rady finalnie, z tymczasowym jak się okazało wokalistą Ascension. Kompletnie zaskakująca, jednako intrygująco dobra, jaka jednak pod innym szyldem powinna się ukazać Niewiosna i kilka lat temu info o powrocie Zwolińskiego do składu i pod kosmetycznie zmienionym szyldem na Blindead 23 zapowiedź otwarcia nowego rozdziału z pomocą epki. Dzisiaj natomiast już od kilku dni się u mnie kręci długo zapowiadany nowy pełny materiał i ja zamiast tu rozszyfrowywać kto się w składzie ostał, a kogo po drodze zabrakło i kto z kim nie mógł się dogadać i dlaczego problemy komunikacyjne czy inne kierunkowe zadecydowały o dziesięcioletnim chaosie, chcę po prostu skupić się na jakości Deuterium. Mam bowiem przekonanie, iż co by się przez te lata słabego nie wydarzyło i jakie w postaci materiałów studyjnych w międzyczasie Blindead/Blindead 23 stworzył płyty, to teraz cieszę się ogromnie, iż przedłużające się oczekiwanie na Deuterium okazało się warte cierpliwości. Czułem jak premierowo odpaliłem, iż za tym w pierwszej chwili dość wymagająco wyglądającym zestawem kompozycji, kryje się fantastyczna głębia do odkrywania systematycznego, poprzez co rusz odtwarzania i tak odkrywania nowego, intrygującego, jak wartości samej sobie pod postacią budowania w świadomości stopniowo numerów, które pozorną wyłącznie przez chwile nieskładnością zapowiadają utwory, jakie już teraz w mojej głowie tworzą znakomicie przemyślane metalowe przeboje, niepozbawione wszakże siły rażenia, przy sile emocjonalnego oddziaływania. Deuterium jest szyte świetnymi aranżerskimi ściegami, widać iż wykrojone świadomie części składowe, zostały biegle połączone ze sobą, a jakość wykorzystanej tkaniny dodaje im charakteru i elegancji. Deuterium jest wytrawne, ale i czuć w nim nie tylko posmak bardzo ambitnej, poważnej nuty, lecz melodyjne pasaże i znakomite wiązane wokalizy tworzą nie tylko energetyczny walor i walor przebojowy. To muzyka która skonstruowana została z tematów i wątków spajających poszczególne numery na poziomie jednej charakterystyki zaklętej w minimalistycznych, pomiędzy kompozycjami wspólnych nawiązaniach, zatem czuję iż jest bezpośrednią kontynuacją pomysłu koncepcyjnego z pierwszych trzech (nie liczę Devouring Weakness) krążków, ale te motywy pokrewne nie są aż tak silnie od razu słyszalne, więc mam wrażenie, iż Deuterium udowadnia, że przez ten czas od wydania Absence zespół, a dokładnie jego główny kompozytor wszedł na kolejny kompozytorski poziom i zdołał doskonale ten awans warsztatowy ukazać. Okiełznał swoje też wysokie ambicje i nie stworzył z ostałymi się współbraćmi kawałków wyłącznie technicznie zachwycających, bo kilka odsłuchów wykonanych przekonuje, iż są to kawałki wkręcające się chwytliwie w łeb - świdrujące i włażące pod skórę. Nie omieszkam już teraz wyrazić swojego głębokiego uczucia do Deuterium i wręcz zakochania we wściekłych niedźwiedzich rykach Patryka i jeszcze mocniej krystalicznych, wspaniale z rykiem korespondujących wokalach Rogera Öjerssona. To cudowny był pomysł aby tego z dorobkiem Szweda zaprosić do współpracy i też dzięki temu ruchowi, już dzisiaj dla mnie "ciężki wodór", czyli "stabilny izotop wodoru", a rzecz w skrócie o walce z problemami mentalnymi, powrocie do zdrowia psychicznego (będę skrupulatnie badał i pewnie się utożsamiał), to gigantyczny metalowy sztos, na równi traktowany jak wspomniane trzy startowe dzieła i dodam tylko jeszcze względem klasyfikacyjnym, iż brzmi on tak, że najlepiej by się zamontował pomiędzy Affliction, a Absence - ale że jest dopiero teraz to dla mnie żaden problem. Mega się cieszę że w takiej dwugłosowej między innymi postaci, a nie innej formie JEST W OGÓLE!
P.S. Jeżeli się bałem o powyżej wychwaloną jakość, to byłem niemądry. Widziałem przecież jakiś czas temu co obecny koncertowy skład Blindead 23, czyli po prostu Blindead na scenie jest w stanie zdziałać. Świadkiem mi krakowski Kwadrat. :)





.jpg)
.jpg)












