Obecnie, A.D. 2017 System of a Down to
dla mojego pokolenia już legenda. Oczywiście mam tu na myśli wszystkich tych
rówieśników, którzy ciężkimi brzmieniami się interesowali, bez radykalizacji
stanowiska wobec czystości gatunku metalem potocznie zwanego. Grupa która zbyt
krótko w takiej pierwotnej formie na scenie gościła i zanim formułę muzyczną wyczerpała, w pełnym blasku popularności i apogeum sił twórczych odeszła. Wiem iż pojawiają
się od kilku lat wzmianki o nowym albumie, a ostatnio nawet jednoznacznie potwierdzane przez
źródło. Jednak sceptyczny wobec tych wzmianek pozostanę i póki ponoć przygotowanego materiału nie
obwącham to nie uwierzę. Pozostaje mi zatem do tego oczekiwanego dnia zadowalać
się tą skromną dyskografią do której wracam zawsze z ekscytacją i pytaniem,
gdzie ci goście by dzisiaj byli gdyby dalej systematycznie studyjną historię SOAD pisali. To kwestia spekulacji, natomiast faktem miejsce z
którego do walki o obecny status wystartowali. Nie ma się co oszukiwać, że
początki były powiązane wyłącznie z docenianiem przez środowisko tego co zaproponowali, a
hermetyczna widownia od razu przyjęła ich z szeroko otwartymi ramionami. Osadzona na klasycznych
hard core'owym fundamencie muzyka była za sprawą egzotycznego pochodzenia muzyków
oraz niekonwencjonalnego podejścia do ciężkich brzmień twardym orzechem do
zgryzienia dla metalowych ortodoksów, o czym amerykańscy Ormianie szczególnie dotkliwie
przekonali się podczas wizyty ze Slayerem w naszym grajdołku. Sprawa jest znana
i nie będę się tutaj w jej szczegóły zagłębiał. Chodzi ogólnie o fakt że ta
eklektyczna rąbanka trafiła u nas na opór, bo z nurtem nu metalu była kojarzona
lub też obrażała uczucia siermiężnych metaluchów zapożyczaniem ze źródeł
absolutnie niegodnych. :) Słysząc po raz pierwszy dźwięki z ich debiutu moje
myśli ówcześnie płynęły w stronę inspiracji
twórczością Sepultury, tym co od Chaos A.D. proponowali i na Roots do poziomu
ideału doprowadzili. Nie uważałem jednak w żadnym razie, iż to ślepe naśladowanie, przez pryzmat skojarzeń z etnicznym posmakiem, pójście prostą ścieżką w tym samym kierunku.
System of a Down tworzył na zapożyczonym
fundamencie coś wyraźnie własnego i owych czasach cholernie oryginalnego, z szeroko otwartym umysłem, podobnie jak swego czasu robiły to ikony z Faith No More. Czyli prawie
żadnych granic, bo dobra aranżacja i zmysł kompozycyjny wszelkie ciekawe wpływy
z surowym riffem sprawnie ożeni. Numery miały w sobie potężny ładunek energii,
były organiczne i buzowała w nich adrenalina. Hałaśliwe ale i w miarę chwytliwe,
bo pośród twardego łojenia, melodii za sprawą szczególnie sporych możliwości
wokalnych Serja Tankiana nie brakowało. To on dodawał tej muzyce specjalnego waloru,
dzięki nietuzinkowej osobowości i wokalnej ekwilibrystyce, od potężnego growlu,
poprzez histeryczne krzyki i melodeklamację do melodyjnych, pełnych patosu
zaśpiewów. Nie obojętne dla miejsca i czasu były także teksty niosące hasła związane z krytyką
systemu, walką z jego patologiami, rewoltą w myśleniu - sprzeciwem wobec ucisku
silniejszego, nierówności szans, bezwstydnym bogaceniem się tych już obrzydliwie bogatych. Tak sobie teraz myślę, że dzisiaj w zdecydowanie innych czasach może być im trudno powrócić i odnaleźć się w dużo bardziej złożonej rzeczywistości. Bunt ma zupełnie inną barwę i ze sztuką przestaje być wiązany, bo na prymitywnych instynktach cynicznie przez manipulatorów oparty. A może się mylę - w sumie to chciałbym nie mieć racji.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą System of a Down. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą System of a Down. Pokaż wszystkie posty
środa, 15 lutego 2017
piątek, 21 lutego 2014
System of a Down - Mezmerize / Hypnotize (2005)
Serj
Tankian i jego barwna trupa w ostatnim jak dotąd tchnieniu studyjnym bohaterem
poniżej wypowiedzi - w łabędzim jak się zdaje śpiewie, jednako nie finałowym
akcie kompozytorskiego talentu tych gości. Wyborny debiut solowy Tankiana
przykładem i uzasadnieniem tezy, że potencjał artystyczny jeszcze w przede
wszystkim liderze formacji ogromny. Rozwinął Serj pewną atrakcyjną i
wartościową estetykę, a mnogość inspiracji i szerokie spektrum działalności
artystycznej każe czekać na kolejne kapitalne dzieła – może nawet pod szyldem
SOAD? Kto wie co przyniesie przyszłość. Ona tajemnicą, a że wróżenia z fusów nie
praktykuje stąd stojąc twardo na ziemi oprzeć się na faktach z przeszłości
zamierzam, refleksje odnośnie Mezmerize i Hypnotize spisując. :) Ówcześnie po
Toxicity, co światem cięższych nieco brzmień wstrząsnęło czas przyszedł na
cios, co ponownie na kolana pośle zwolenników takiej estetyki - omamiały
odrobinę gatunek ocuci. Tu niespodzianki wielkiej nie było, gdyż z pewnością
krążki wrażenie spore zrobiły, jednako bardziej chwytliwe, mniej surowe się
okazały. Ich zaletą pewna spójność, komplementarność formuły, jaką udało się
zachować. Mezmerize i Hypnotize przenikają się nawzajem, tworząc zwartą
całość hojnie obdarzoną bujną wyobraźnią stylistyczną, gdzie zabawa dźwiękiem i
jego szlifem brzmieniowym fundamentem. Bez ograniczeń korzystanie z licznych
wielogatunkowych cytatów, sprawnie wtłoczonych w firmowy styl istotnym walorem,
wraz ze specyficzną słodko-gorzką percepcją rzeczywistości. Jest zabawnie, ale
i jednocześnie poważnie, lirycznie z nutką nostalgii jak i patosu dawką. Tyle,
że ta podniosłość ma zupełnie inny posmak – to nie nadęcie, tylko głębokie
przeżywanie nut! W tych bliźniaczych krążkach zawarty magnes, co nawet w miarę
upływu czasu nadal mnie skutecznie przyciąga, tajemnicą jego sukcesu nie
rewolucja, a ewolucja w obrębie charakterystycznego kanonu. Po cholerę
niszczyć, by nowe od podstaw budować, kiedy to jeszcze potencjał nie do końca
wykorzystany. Pytanie tylko, kiedy wyczerpanie formuły następuje? Ale to już
cecha tylko największym immanentna, by moment na bardziej gwałtowne przesilenie
wyczuć i z powodzeniem nowe rejony eksplorować. System of a Down wszystkich
kart na stół nie wyłożył, a działania solowe jego członków każą przypuszczać,
że jeszcze sporo z ich wzajemnej współpracy kapitalnych albumów mogłoby
powstać. Może kiedyś będzie mi dane się o tym przekonać. ;)
wtorek, 12 listopada 2013
System of a Down - Toxicity (2001)
Minęło trochę czasu nim myśli
zebrałem i kilkukrotnie wznowiłem odsłuchy tego krążka. Pamiętam dokładnie jakim
echem, a dokładnie czkawką żenady odbijało się ówcześnie (tuż po spektakularnym sukcesie Toxicity),
wspomnienie koncertowej wizyty ekipy Tankiana - wraz ze Slayer z roku 1998-ego. Chamstwo i grubiaństwo nieprzygotowanych na porcje muzyki
nieszablonowej radykalnych fanów zabójcy, powitało nieznanych jeszcze szerzej wtedy naturalizowanych Amerykanów. Ale „nie o tem, nie o tem” być
miało. A może "o tem", bo pewną ciekawą obserwację socjologiczną powyższy
incydent w konfrontacji z późniejszą
falą ekscytacji innowacyjnością twórczości systemu ukazuje. Mianowicie jak
media, rynek branżowy, a przede wszystkim wytwórnie wypromować status grupy
potrafią - tutaj SOAD na taki przywilej jak najbardziej zasłużył. W jaki sposób
zmieniło się postrzeganie kapeli i oczywiście najistotniejsze w moim subiektywnym
odczuciu – że trzeba samemu mieć nosa i bez sugestii otoczenia, innych wiedzących
lepiej wyczuć co jest wartościowe wśród łamiących szablony. Łatwo podążać za
stadem, co w naszej przecież ludzkiej naturze tkwi, rzucać obelgi w stronę tych
co niezrozumiani, przez co wydrwieni. Trudniej zadać sobie trud poznawczy, by
bezpodstawnie inwektywami nie miotać lub chociaż pewną neutralność zachować.
Koniec socjologii i psychologii na wyrost stosowanej - tematu okołomuzycznego,
stąd kieruje już swe refleksje w stronę li tylko zawartości muzycznej Toxicity.
A tutaj analiza ku elaboratom prowadzi, których za wszelką cenę próbuję unikać, by jeszcze tych co czas na moje literackie wypociny poświęcają nie zniechęcać
zwykłym przerostem formy nad treścią. Zatem krótko, bo każdy obowiązki jakieś
posiada i priorytety wskazać musi. Ładują panowie w tą autorską oryginalną
koncepcję, dynamikę rytmicznych galopad, czasem prymitywnych lub inaczej
oszczędnych technicznie, by w momencie przejść
do skomplikowanych łamańców, kapitalnie ożywiających fakturę kompozycji. Gitary
tną wyraziste riffy, soczyście podbijane potężnym brzmieniem, ze sporą ilością
detali, intrygujących drugoplanowych dźwięków podkreślających egzotyczną melodykę.
Wokalne szaleństwo Serja Tankiana z charakterystycznym akcentem i
niespotykanym bezprecedensowym stylem intonacji, w taki barwny sposób
interpretującym trafne spostrzeżenia ubrane w celnych słowach. Wybornie
definiujące w finalnym efekcie całościowo odczucia w konfrontacji z płynącą
nutą. Nie dziwi mnie już dzisiaj z perspektywy czasu kultowy status tego
materiału oraz współczesne częste już odwoływanie się wśród tych, co jeszcze z
mlekiem pod nosem w ciężką muzykę się wkręcają do wartości samej w sobie spuścizny
muzycznej SOAD. Fajni, że dzięki tym młodym jednostkom nie zginie kult muzyki
łamiącej proste estetyczne zasady harmonii w piosence. Znaczy że ona musi mieć
ładną melodię i lirycznie traktować o tym, że Kamil pod remizą, przepraszam –
w lanserskim klubie przy stodole sołtysa (ukłony dla wszystkich pełniących tą
zaszczytną, społeczną funkcje) wyrwał na ospojlerowany niemiecki dynamit (takiego znaczy "miszcza"
jednej czwartej mili) długonogą córkę lokalnego bambra. Dziękuje więc wam w tym miejscu, młodzi co z prądem nie płyniecie i zachęcam do dalszego odkrywania bogactwa gitarowego młócenia. Kasy z
tego nie będziecie mieli (co za zawód? ;)), ale satysfakcję z pewnością gwarantowaną uzyskacie. I tak
niepostrzeżenie przeszedłem od chamstwa radykałów poprzez naukowe wywody dziennikarskie analizy i częściowo gorzkie o stadnym postrzeganiu muzyki
refleksje do podziękowań dla tych co nadzieją dla mnie i tego co pasją muzyczną
moją - w tym KRÓTKIM z założenia tekście. ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)


