Niespokojny duch Pattona przyzwyczaił że wciąż poszukuje nowych inspiracji i najczęściej jeśli już napali się na oryginalny, często ekstrawagancki pomysł, to choćby był on skazany na komercyjną porażkę, względnie został przez zawodową krytykę doceniony, a przez rynek bez szaleństw przyjęty, to zmierzać do jego finalizacji wbrew zdrowemu rozsądkowi będzie - realizując siebie, a nie dopasowując się do potrzeb jego publiki. Na szczęście szerokie grono fanów jeszcze bardziej szerokiego muzycznego emploi Pattona nie odrzuca naturalnie z zasady jego zaskakujących projektów, a w ekstremalnych przypadkach zanim zwolennicy tej najbardziej cenionej "faithnomore'owej" twarzy Mike'a odrzucą w kąt co bardziej radykalne, ekscentryczne czy zdumiewające wybory, to je wcześniej chociaż obwąchają. Ostatnio solowy Mike współpracował z Jean-Claudem Vannierem i ta kolaboracja nie tylko w moim przekonaniu udała się znakomicie, więc należało, mimo że czasem i dzisiaj nawet kręcę nosem na niektóre pomysły wokalisty, a niegdyś to nie byłoby żadnych szans na docenienie projektu podobnego do Mondo Cane, sprawdzić z obecnej perspektywy jak Amerykanin wypadł przed dziesięcioma laty w repertuarze z festiwalu w San Remo. ;) I tu niespodzianka w zasadzie, która nie powinna być żadnym zaskoczeniem, bowiem szeroka skala głosu Pattona, jego niezwykle plastyczny charakter i doskonałe umiejętności interpretacyjne, pomimo że niewiele jak na możliwości wyobraźni do oryginalnych klasycznych aranżacji wniosły, to pozwoliły tym jedenastu standardom włoskiej muzyki popularnej z przełomu lat 50-tych i 60-tych wybrzmieć znakomicie i nakazać nawet największym ignorantom popowej klasyki docenić kunszt kompozytorski ich autorów. Doskonale przygotowany wizualnie do roli włoskiego amanta z temperamentnym charakterem (włosy pokryte brylantyną i zaczesane starannie do tyłu, nienagannie skrojony wyrazisty garnitur i odpowiednie do tej kreacji szarmanckie maniery), w towarzystwie kilkudziesięcioosobowej orkiestry i chóru śpiewał Patton już wcześniej włoskie szlagiery na koncertach w Europie i fantastycznie, że postanowił aby ten materiał znalazł się na płycie. Szczególnie kiedy kompozycje (tu lista włoskich gwiazd z której tylko jedno nazwisko było mi znane :)) zabrzmiały z szacunkiem do oryginału, ale też na nieprzeciętny pattonowski sposób intrygująco.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mike Patton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mike Patton. Pokaż wszystkie posty
piątek, 28 lutego 2020
czwartek, 3 października 2019
Mike Patton & Jean-Claude Vannier - Corpse Flower (2019)
Corpse Flower pięknie buja i genialnie hipnotyzuje, szczególnie w pierwszej części, gdzie akurat dominują takie perełki jak Ballad C.3.3., Camion, Chansons D'Amour i Browning, które śmiało odnalazłyby się w programie wymarzonej czwartej płyty Mr. Bungle, pełniąc rolę podobną do Retrovertigo, Pink Cigarette i Vanity Fair z zamykającej jak dotąd dyskografię Californii. Dalej i wcześniej też absolutnie nie jest słabo, bowiem tytułowa kompozycja wraz z On Top of the World (najbardziej chyba faithnomorowska) i schizoidalnymi Cold Sun Warm Beer, Hungry Ghost oraz A Schoolgirl's Day posiadają do zaoferowania może mniej groove'u, ale w zamian kapitalny, często osobny klimat jak i wysokie stężenie wyobraźni, bez pretensjonalnej megalomanii, bądź co gorsza mielizn. Jedynie finałowy Pink and Bleue skonstruowany w konwencji musicalu, tudzież ekscentrycznej rock opery, poprzez swój filmowy charakter (chyba najwięcej Vanniera), nie bardzo raczy korespondować z poprzedzającymi go utworami. Natomiast dopełniające stawkę Insolubles i Yard Bull nieco tylko przynudzają, choć zapewne ich forma również może znaleźć uznanie w oczach słuchacza. Nie będę filetował ostrym nożem co bardziej mięsistych fragmentów, dobierał się do liczenia kręgów w kręgosłupie i poddawał tkankę okalająca rdzeń drobiazgowej analizie, bo co jasne nie posiadam żadnej fachowej wiedzy warsztatowej w kwestii muzycznej, więc pozbawiony tychże kompetencji ośmieszać się nie zamierzam. Jako laik w świecie teorii dźwięku dodam tylko, że jestem niezmiernie rad, iż aranżacje wykorzystane na Corpse Flower są na tyle czytelne, a melodie przyjazne, pozwalając mi dość łatwo oswoić materiał stworzony przez muzyków, którzy w prostocie rozwiązań nie zwykli najczęściej gustować. Przynajmniej znajomość twórczości Pattona daje mi prawo do powyższego stwierdzenia, bowiem skomplikowanych pomysłów szczególnie pod szyldem Fantomasa, czy też w wielu różnych konfiguracjach personalnej współpracy nie żałował. Tutaj mimo wszystko umiar zachował, być może gdzieś powstrzymywany przez konwencję nawiązującą do poszukiwań inspiracji w tradycji piosenki francuskiej, tak jak bliźniaczo niegdyś czynił, kiedy Mondo Cane we włoskiej było zatopione. Poza tym myślę, że Vannier jako mentor (mimo że charakter Pattona dominuje), to w istocie oddziaływał na powstający materiał, powściągając szaleńcze zapędy młodszego kolegi. Chociaż cholera ich wie - jak mądrzejsi donoszą (ja tego nie wiem) Pan starszy też w przeszłości miewał chwile gwałtownych odlotów. ;)
P.S. Żałuje jednak bardzo, że części z tych pomysłów Patton nie zachował na potrzeby właśnie powrotnego albumu Mr. Bungle. One wydawałyby się idealnie pasować do formuły, która byłaby naturalnym rozwinięciem mojej ulubionej Californii.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

