Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maggie Gyllenhaal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maggie Gyllenhaal. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 marca 2026

The Bride! / Panna młoda! (2026) - Maggie Gyllenhaal

 

Natychmiastowy raport sytuacyjny, czyli niedziela przed południem, multipleks lokalny nie zatłoczony, sala numer 3, jeden osobnik na projekcji Panny Młodej z wykrzyknikiem - JA! Dalej na gorąco, kiedy światła na dobre zgasły po bloku trailerowym, już samo intro, wejście w tą historię było ekscytującym z Jessie Buckley szołmeńskim startem. Im dalej w ten gęsty od pomysłów i symbolicznych interpretacji dziki las, tym bardziej on pięknie poprzeginany, jako wybuchowy wytwór kreatywnej i przebiegle przekornej, lekko pojechanej wyobraźni twórczyni. Wizualnie dynamiczne, teledyskowe, ponuro jaskrawe, zdobne w przemoc „w celu”, reinterpretujące klasykę widowisko - przede wszystkim, choć Christian Bale nie schodzi całkiem na margines i daje z łatwością radę, jednak koncercicho, swoje jak dotąd myślę najbardziej intensywne pięć minut (wróżę więcej) przeżywającej, fenomenalnej Jessie. W tej filozoficzno-nostalgicznej i mocno o podstawy społecznej diagnozy płciowej się opierającej, neonowej i wybitnie komiksowej fantazji, Jessie przerysowana znakomicie się odnajduje. Pod względem politycznym fantazji niezwykle poważnej, która w głębi jest krytycznym wobec męskiemu szowinizmowi i dominacji, radykalnym feministycznym manifestem. Z równowagą myślę jednak wątek obyczajowo-kulturowy, poniekąd kontrowersyjny traktując, bowiem męskie demony we frankach zostają też przeciwstawione wrażliwemu męskiemu monstrum w łachmanach. Inscenizacyjnie burzliwie dramatycznej, bardzo udanie brutalnie dookreślonej alegoriami i innymi zdobnymi sugestio-aluzjami konfrontacji aroganckiej, bezwstydnej wypolerowanej powierzchowności z funkcjonują w obawie skromnością i szczerością. Konfrontacji z ogromną do dyskusji przestrzenią - wymiany poglądów, stanowisk, bo od strony warsztatowej prądzi praca pod kierownictwem Maggie Gyllenhaal bezdyskusyjnie wybornie. Po projekcji w stanie estetycznego pobudzenia pomyślałem sobie, iż takie wiążące archetypiczne gatunki, wystylizowane operatorsko, wybuchowo romantyczne cudeńka powinien kręcić wciąż Guillermo del Toro lub nawet Tim Burton. Niestety obaj ostatnio mnie rozczarowują - ten pierwszy wręcz zawodząc.

P.S. Z innej perspektywy - Panna Młoda! zasadniczo, to dwoje wyrzutków w drodze, czyli prawie tak stara koncepcja jak kino, a najbliżej takich postaci, „bohaterów” masowej świadomości jak Bonnie and Clyde lub Mallory i Mickey - tylko usprawiedliwionych brawurowym konceptem, w choreograficznie rozpasanym, ozdobnym po całości świecie dekoracji i rekwizytów. Pierwszo i drugoplanowych detali, zatopionych w cieniach i smugach światła.

środa, 8 czerwca 2022

The Lost Daughter / Córka (2021) - Maggie Gyllenhaal

 

Pełnometrażowy debiut reżyserski Maggie Gyllenhaal spowodował w środowisko kinowym zasłużone zamieszanie nie tylko z prozaicznego powodu, że oto kolejna poważana aktorka wchodzi w reżyserskie buty, tudzież ze względu na fakt, iż do realizacji swojego pierwszego filmu zatrudnia ona obsadę z absolutnego topu. Nowa aktywność Maggie wzbudziła ferment przede wszystkim dlatego, iż krążące słuchy wiarygodnie zasugerowały jakoby kręci ona obraz bardzo ambitny i stawiający bardziej na docenienie przez wysoko noszącą głowy krytykę i wąską, bardzo intelektualną publiczność, niż szerokie grono multipleksowych widzów. Innymi słowy od startu dotychczas wyłącznie świetna aktorka bezczelnie próbuje wejść w elitarne towarzystwo reżyserskie nominowane do najwyższych laurów i czyni to (mówię wam mega szczerze), bardzo skutecznie. Od pierwszych kadrów Gyllenhaal (ponadto autorka adaptowanego scenariusza) konsekwentnie buduje mozolnie rozwijany temat i zasysa w opowieść, a pomaga jej w tym między innymi muzyczny temat charakterystyczny, który sprawia iż narracja nieszczególnie intensywna i tajemnica ukryta w bohaterach nabiera waloru nie tylko zaciekawiającego, ale też niczym zaklęcie hipnotyzuje. Dziwne są te postaci relacje, przypadkowe interakcje na plaży ewoluujące w psychologiczne uwikłania, a im dalej w las tym więcej niewiadomych, bowiem odkrywanie kolejnych kart i istotna rola w ich poznawaniu i rozumieniu wagi i znaczenia wmieszanych dodatkowo obficie w narracje retrospekcji, to może i dużo, jednak na tyle czytelnie że absorbująco i myślę bardzo wprawnie hipnotyzująco. To film o TYM o czym się nie mówi, bo wydaje się że to nienaturalne. O TYM co się zdarza, ale co każdy TYM doświadczony przeżywa w zaciszu swojej psychiki, bez rozgłosu, bowiem z towarzyszeniem poczucia wstydu. Nie przeciągając film to o instynkcie macierzyńskim, a dokładnie jego braku i egoistycznym prymacie własnych potrzeb ponad potrzeby dzieci i rodziny. Kino autorskie na podstawie powieści niejakiej Elleny Ferrante - wzbudzające poniekąd irytację i niepokój, napięcie i z pewnością intrygujące, nawiązujące między innymi wprost, jak i pośrednio metaforycznie i alegorycznie do greckiego mitu o Ledzie i łabędziu w kontekście jednego z wierszy William Butlera Yeatsa. Jednak chyba nie zakładacie iż zanim z seansem Córki się zapoznałem, to ową przypowieść czy aż tak drobiazgowo twórczość Yatesa znałem. Nawet jeśli z treścią owych naturalnie pobieżnie po projekcji i lekturze kilku koniecznych przypisów na ten trop naprowadzających się zaznajomiłem, przemyślałem konteksty i swoje wnioski wyciągnąłem, to elaboratu na ten temat nikomu wciskać nie zamierzam, bo uważam że warto własne „śledztwo” w temacie dużo szerszym niż sam mit wskazuje przeprowadzić i na bank obowiązkowo debiut Maggie Gyllenhaal poznać, gdyż to w kategorii kameralnego kina psychologicznego rzecz zaprawdę godna uwagi, tak przez pryzmat tych wszystkich ryjących berecik zawiłości, jak kapitalnej roboty aktorskiej wszystkich tu zaangażowanych bez wyjątku.

Drukuj