Natychmiastowy raport sytuacyjny, czyli niedziela przed południem, multipleks lokalny nie zatłoczony, sala numer 3, jeden osobnik na projekcji Panny Młodej z wykrzyknikiem - JA! Dalej na gorąco, kiedy światła na dobre zgasły po bloku trailerowym, już samo intro, wejście w tą historię było ekscytującym z Jessie Buckley szołmeńskim startem. Im dalej w ten gęsty od pomysłów i symbolicznych interpretacji dziki las, tym bardziej on pięknie poprzeginany, jako wybuchowy wytwór kreatywnej i przebiegle przekornej, lekko pojechanej wyobraźni twórczyni. Wizualnie dynamiczne, teledyskowe, ponuro jaskrawe, zdobne w przemoc „w celu”, reinterpretujące klasykę widowisko - przede wszystkim, choć Christian Bale nie schodzi całkiem na margines i daje z łatwością radę, jednak koncercicho, swoje jak dotąd myślę najbardziej intensywne pięć minut (wróżę więcej) przeżywającej, fenomenalnej Jessie. W tej filozoficzno-nostalgicznej i mocno o podstawy społecznej diagnozy płciowej się opierającej, neonowej i wybitnie komiksowej fantazji, Jessie przerysowana znakomicie się odnajduje. Pod względem politycznym fantazji niezwykle poważnej, która w głębi jest krytycznym wobec męskiemu szowinizmowi i dominacji, radykalnym feministycznym manifestem. Z równowagą myślę jednak wątek obyczajowo-kulturowy, poniekąd kontrowersyjny traktując, bowiem męskie demony we frankach zostają też przeciwstawione wrażliwemu męskiemu monstrum w łachmanach. Inscenizacyjnie burzliwie dramatycznej, bardzo udanie brutalnie dookreślonej alegoriami i innymi zdobnymi sugestio-aluzjami konfrontacji aroganckiej, bezwstydnej wypolerowanej powierzchowności z funkcjonują w obawie skromnością i szczerością. Konfrontacji z ogromną do dyskusji przestrzenią - wymiany poglądów, stanowisk, bo od strony warsztatowej prądzi praca pod kierownictwem Maggie Gyllenhaal bezdyskusyjnie wybornie. Po projekcji w stanie estetycznego pobudzenia pomyślałem sobie, iż takie wiążące archetypiczne gatunki, wystylizowane operatorsko, wybuchowo romantyczne cudeńka powinien kręcić wciąż Guillermo del Toro lub nawet Tim Burton. Niestety obaj ostatnio mnie rozczarowują - ten pierwszy wręcz zawodząc.
P.S. Z innej perspektywy - Panna Młoda! zasadniczo, to dwoje wyrzutków w drodze, czyli prawie tak stara koncepcja jak kino, a najbliżej takich postaci, „bohaterów” masowej świadomości jak Bonnie and Clyde lub Mallory i Mickey - tylko usprawiedliwionych brawurowym konceptem, w choreograficznie rozpasanym, ozdobnym po całości świecie dekoracji i rekwizytów. Pierwszo i drugoplanowych detali, zatopionych w cieniach i smugach światła.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz