poniedziałek, 16 marca 2026

Kadavar - Kids Abandoning Destiny Among Vanity And Ruin (2025)

 

Spora zapewne nadprodukcja kawałów u ekipy Kadavar w szufladach i na stolikach do kawy - pomyślałem kiedy dotarło do mnie z opóźnieniem, że w jednym roku kalendarzowym wydać dali radę dwa pełne długograje. Zanim się za odsłuch obecnego zabrałem, rzuciłem okiem na o Kids Abandoning Destiny Among Vanity And Ruin opiniach, dowiadując się z nich, że jest on raczej inny od bardzo świeżego, jak i ukierunkowanego na bardziej przystępne niż klasycznie gitarowe, archetypiczne, w klimacie lat sześćdziesiątych dotychczasowe progresywno-psychodeliczne, czy najzwyczajniej retro rockowe granie. Pisałem przy okazji (cytuje oględnie) o przewietrzeniu formuły i wyjściu "z piwnicy" na otwartą przestrzeń, gdzie chyba większa szansa na szersze docenienie, gdy zaczyna się grać bardziej popem przesiąkniętego, a zarazem fajnie zaaranżowanego wciąż stylowego rocka. Jakby nie była to teoria przesadzona, że I Just Want to Be a Sound blisko mainstreamu, a pomocą w tym służyć miałyby fajne teledyski do singlów z tejże, to jest w tej zmianie z pierwszej połowy roku 2025 zasadnicza prawda, że to nuta lżejsza gatunkowo i stylistycznie z większym dystansem stworzona. Natomiast to co właśnie za chwilę krótko będę starał się scharakteryzować, wydaje mi się iż zarazem jest jakimś krokiem wstecz, jak i czuję że przy pisaniu materiału na Kids Abandoning Destiny Among Vanity And Ruin nastroje w zespole były podobne, bowiem bez względu na słyszalny od razu nawrót do brzmień z większym udziałem fuzza, to aranżacyjnie numery te także posiadają w sobie podobną do poprzedniczki zwiewną lekkość i bez spiny bezpretensjonalność. Słucha ich się po prostu doskonale, jako materiału tradycyjnie hard rockowego z orientalnymi, czy też kosmicznymi syntezatorami. Bieżące przypomina mi też stylowo z początków działalności brzemienia australiskiego Wolfmother, gdzie ekipa ówczesna Andrew Stockdale'a ukręcała nośne przeboje z kreatywnego podejścia do osłuchanego kilka dekad wcześniej przesterowanego rockowego riffowania. Różnica tkwi jednak w drobiazgach i z tłem powiązanych odmienności, bo gdy Wolfmother jechał na nieco folkowo stylizowanych dodatkach, to Kadavar teraz wbija we wspomniane syntezatorowe odjazdy i żeby jeszcze bardziej namieszać w  moich maksymalnie subiektywnych porównaniach, dudni i pobrzmiewa jak niejaki norweski Sahg, szczególnie na Delusions of Grandeur czy startowych albumach - bardzo proszę się przysłuchać najbardziej motorycznemu, totalnie zajebistemu Total Annihilation. Ogólnie - K.A.D.A.V.A.R. uważam za bardzo udany (dość przekrojowy) krążek.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj