Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Richard Linklater. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Richard Linklater. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 stycznia 2026

Blue Moon (2025) - Richard Linklater

 

Doskonały aktorski performance Ethana Hawka. Mistrzostwo nawijki pod charakterystykę postaci, w kameralnym subtelnym entourage'u. Kapitalne kino para-teatralne - tragikomiczne, sceniczne kino wzorcowe. Mnóstwo musiało być pasji w Lorentzu Harcie i to dzięki Ethanowi się w gigantycznej intensywności czuje. Czarującego intelektem, krasomówczym wdziękiem i błyskotliwym poczuciem humoru gawędziarza, pozbawionego niestety fizycznych cech pociągających, więc w miłości niespełnionego biedaka. Lorenza zarówno wybitnie zachwyconego własnym talentem pisarskim - nie w pełni docenionym, stąd też dodatkowa do tandemu wewnętrzna, chroniona pozornie przed światłem zewnętrznym frustracja, jak i Lorentza w swojej mikrej w sensie wyrazistości próżności i zmaksymalizowanej tendencji do melancholijnego samobiczowania, pod wpływem działania alko refleksjo-odwagi. Dzięki Ethanowi przekonuje się też do Linklatera, jako kompletny neofita wśród jego fanów. Namówiony tym samym sięgnę być może zaraz po całą jego klasykę, a tutaj dodam iż dialogi pikantne i rytm żywy. Za sprawą ubogaconej o wdzięczny sentymentalizm wartkiej akcji, w pozornie niesprzyjających takowej galopadzie warunkach baru i korytarza, ustawicznemu akompaniamentowi człowieka przygrywającego na pianinie do podlewanej nomen omen wylewności, tradycyjnej formie dopieszczonej detalami cech porywających postaci oraz technicznemu zabiegowi wizualnemu w postaci pomniejszenia, poprzez między innymi pomarszczenie portek, czy niezwykle spójnemu frontowi z tłem - bohater z hollywodzko-broadway’owskimi okolicznościami ukrywanymi za kulisami, w barze, przy szklaneczce. Dzięki temu wszystkiemu - jestem zachwycon, równie jak siedząca obok, wręcz zarazem pobudzona jak i oniemiała z zachwytu, współredaktorka Lalu. Lalu, która dałaby w tym roku Oscara Ethanowi i Leonardo ex aequo - patrząca na mnie teraz przy okazji z lekkim politowaniem, że nie widziałem Ethana z Julie w jej ukochanym Before Sunrise. :)

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Boyhood (2014) - Richard Linklater




Dlaczego dojrzały obraz o życia cyklu mnie nie porwał? Takie sobie pytanie zadaje! Co było nie tak, czego zabrakło, co przeszkodziło by zdecydowanie większe wrażenie zrobić. Niby wszystko gra, ciężko się do czegokolwiek przyczepić, a ja odczuwam niedosyt i jak próbuję może na siłę odnaleźć tą "dziurę w całym", ten powód mojego subiektywnego poczucia rozczarowania zastanawiam się równolegle czy nie stałem się nieświadomie ofiarą tej nad refleksyjności jaką główny bohater prezentuje. Mam tu na myśli ten wrażliwy, intelektualny typ osobowości, którego Mason modelowym przykładem, który skutecznie skłania do nostalgicznych przemyśleń. To wymowne poczucie tym sposobem wywołane, jednak nie w pełni skorelowane z dobraną charakterystyką realizacji obrazu. To jest pewnie ta wada przeze mnie wyczuwana, że jak obserwuję proces dorastania chłopca o artystycznej wrażliwości, to też wymagam od reżysera by samą produkcję ubrał w bardziej stylizowaną formę i przede wszystkim wyraźniej wewnętrzne przeżycia zaznaczył. Tak wiele dzieje/zmienia się w osobowości bohaterów, a tylko fragment tych bogatych doznań jest wyraźnie podkreślany. Emocje są głęboko poukrywane, przez co pozorna ich płytkość monotonie wprowadza. Film płynie, kolejne etapy procesu adolescencji obserwuję, świadom jestem mniej lub bardziej z autopsji ich konsekwencji i wiem, że to czas wstrząsów, wzlotów i upadków, wzburzonych do granic wytrzymałości emocji i za cholerę tego w tej historii nie czuję. Usprawiedliwieniem ich braku sam Mason i to jego marzycielskie spojrzenie, tak kapitalnie uchwycone na plakacie. Burza jest, tylko w głębi duszy bohatera. Jego predyspozycje plus okoliczności w jakich wzrastał odciskają piętno na jego charakterze, a ja wciąż rozważam i próbuje się przekonać, że takie stonowane, dosłowne czy czysto obserwacyjne, bez  ingerencji podejście Linklatera słuszne. Niestety nieskutecznie, w mojej ocenie ta prostota wykorzystanych środków powoduje, że temat traci sporo na atrakcyjności w tym oczywistym wymiarze kinowym. Tak sobie ten obraz z Into the Wild Penna teraz porównałem, w tą stronę moje skojarzenia powędrowały i kiedy Boyhood porzuca mnie z mieszanymi odczuciami, to historia Chrisa ujęła mnie bezgranicznie. Gdzieś tkwi ta subtelna różnica, ten zbiór detali o finałowym wrażeniu przesądzający, może je trafnie opisałem, nakreśliłem częściowo jej skalę i istotę, a może brak mi środków by to uczynić lub potrzeba więcej czasu by ją dostrzec i precyzyjniej ująć. Pewność jednak mam, że to wyjątkowa produkcja i to nie tylko przez wzgląd na odtrąbiony w ramach promocji fakt, iż przez dwanaście lat była przygotowywana. Linklater z uporem i systematycznością realizował projekt, który z pewnością przez ten czas ewoluował i trzeba mu oddać sprawiedliwość, że zupełnie nie odczuwa się braku spójności, jaki tą czasową rozpiętością mógłby być naturalnie spowodowany. To akurat zaleta, a mnie nadal męczy to czego za cholerę jednoznacznie wadą nie chcę nazwać. Czuję, że to ważny obraz, który jako rodzic siedmiolatki i z zawodowej perspektywy mniej lub bardziej zaangażowany obserwator dojrzewania innych pociech będę jeszcze nieraz w myślach przywoływał. Tyle, że ja liczyłem, iż będzie on imponujący i do mojej wielbionej klasyki kina z dumą i impetem przejdzie, a teraz już wiem, że chyba to poza jego możliwościami. Szkoda.

Drukuj