Pozbawiony tła muzycznego, wyłącznie z dźwiękami otoczenia, w zasadzie (szanując oczywiście inne role) jednoosobowy i neoczywisty (ach ten dominator Nicholson) polityczny dramat śledczy, a w fazie drugiej już rodzaj ballady o ucieczce wyreżyserowany klasycznie autorsko przez Antonioniego. Może się cholera dłużyć, nie posiadać zbyt wiele kulminacji i może przez to niezbyt ekscytować, ale są za to przeciągane w nieskończoność (nawet bez finalizacji) kumulacje i ta narracja surowa ma swój wdzięki wytrawny, szczególnie gdy kamera konsekwentnie tropi takiego mistrza diabelskiego uroku jakim Jack Nicholson. On tu z ekranu karty rozdaje, operując własnymi atutami przyspawanymi do fizyczności i mimiki, a sama historia i jej turystyczny wymiar (sporo zwiedzania poprzez podróżowanie) jest niczym dodatek do magnetyzmu Nicholsona. Ja jak już dałem poczuć szanuje zarówno giganta Jacka jak i sposób filmowania bez nadmierności - ascetyczny ale nie ubogi oczywiście i daje się z łatwością kupować klimatom jaki budowano w amerykańskim kinie z szorstkich z lat siedemdziesiątych. Niech mi świadkiem mój nieposkromiony zmysł krytyczny, że w to się transowo wciąga i tym można się zaciągnąć, pomimo iż metody i narzędzia z pozoru mało chwytliwe i nośne. Pozostaje jednak czynnik zasadniczy, mozolny flow i jakaś może jeszcze fascynacja brakiem odpowiedzi na rodzące się pytania oraz wiercąca we łbie ciekawość, a głównie to wiarygodna gra aktorska, pobudzająca do sączenia z tego ekstraktu warsztatowego, składniki odżywcze maksymalnie stężone.
P.S. Po spisaniu własnych odczuć doczytałem, że to film jaki „nakazuje być czujnym” i to tak niezdarnie wyżej próbowałem dać podświadomie do zrozumienia.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz