Szpieguś i dilerek - po stronie męskich postaci. Prawnik czynny i prawnik studencik oraz ona - dla obydwóch samców atrakcyjna w średnim wieku samiczka. Niecodzienny (zaraz wyjaśnię „łaj”) trójkąt miłosny, w którym jeden typek posiada powab, a drugi zawodową karierę i kasiorkę. Jeden ma młodzieńczą naiwną bezczelną swobodę, drugi zgryzotę przez porzucenie i zgorzknienie wieku średniego. Jeden zdobywa status jej chłopaka, mimo iż jest z zamiłowania bodaj chłopcem do towarzystwa, a drugi nie potrafi się pogodzić że będąc onegdaj jej mężem, dziś stracił jej nie tylko zainteresowanie. W jednym się zabujała, w drugim widzi jedynie żałosne resztki męskiej godności, zatem chyba to całkiem poważna baza dla całkiem poważnie intrygującej gierki uczuciami trzeba przyznać. Szczególnie gdy dodać, iż magnetyzm cielesny, to w tej okoliczności nie tylko własność relacji pomiędzy płciami przeciwnymi. Tutaj dzieje się jeszcze więcej na poziomie pokusy podniecenia, ponad sporej ilości scen fizycznego łaknienia - łaknienia odnoszącego się do posiadania ciała partnera pragnienia. Rozgrywka psychologiczna na wysokim poziomie zintensyfikowania, w odważnej koncepcji reżyserskiej, nie całkiem chyba na serio (piszą, a ja teraz doczytuję że to świadomy pastisz) kina erotycznego, w dramatyczno-thrillerowej odsłonie. Nowocześnie wykadrowana, ze świetną muzyką i tylko aktorstwo nie porywa momentami, mimo iż scenariusz może absorbować, a postaci ciekawie skonstruowane i zaskakująco w finale między nimi relacji klamra spięte. Kropkę stawiając, dodam jeszcze, iż jestem totalnie nieodporny obecnie na kino, w którym współczesna nasza nocna stolica z tła aspiruje wręcz do roli równorzędnej samej historii. Odjeżdżałem w tym warszawskim kontekście powabu do niedawnej Światłoczułej i Piosenek o miłości - mimo że wszystko prócz uczuć i stolicy tonącej w przygaszonych światłach te produkcje od rzeczonej różni. Różni i czyni w oczywisty sposób bardziej przez ze mnie jednoznacznie jako świetne, wciągające i identyfikujące kino odczuwane. Z „trzema” się nie zszyłem, ale „trzech” też nie powiem abym z masochistyczną przyjemnością nie wciągnął. Sam pozostając do końca na pełnej pustych ciemnoczerwonych foteli sali - mimo że seans rozpoczynałem w oddalonym o kilka rzędów obcym towarzystwie.
sobota, 13 września 2025
sobota, 9 marca 2024
Kamper (2016) - Łukasz Grzegorzek
Łukasz Grzegorzek ma to coś, to coś fajnego reżyserskiego i ta konstatacja moja jest sumą doświadczenia wpierw zapoznania z Córką trenera, później Mojego wspaniałego życia i potwierdzenia tego teraz właśnie za sprawą najstarszego w zestawie Kampera. Wszystkie one w kategorii dobre bo polskie, potwierdzające że wartościowe kino, to też to nakręcone za małe pieniądze, ale za to z kapitalnym wyczuciem formy, emocjonalnej zawartości o nieprzesadzonym stężeniu nadęcia bez sztucznej teatralności, jaka zabija autentyzm kina traktującego o współczesności. Ten autentyzm jest właśnie w filmach Grzegorzka ich atutem największym, a dokładnie wykorzystane naturalne dialogi, które nie trudno usłyszeć w takiej formule w kawiarni, barze czy spotykając kogoś znajomego, bądź prowadzać rozmowy w warunkach codziennej codzienności. Kamper jest pod tym względem dla mnie wzorcem takiego spostrzegania przez reżysera własnego sposobu na opowiadanie filmowej historii i czymś w rodzaju pośrednio kontynuacji tradycji kina moralnego niepokoju, lecz oczywiście o dzisiejszym, dużo bardziej nowoczesnym obliczu. Kamper tym samym jest psychologicznie zorientowaną historią miłosną opowiedzianą tak, że się człowiek z nią i z jej bohaterami wiąże, a wręcz nie wykluczone iż podobne zdarzenia mógłby w taki sam jak ekranowe postaci przeżywać - bardzo mocno w środku siebie je przetrawiać i reagować raczej na dość chłodno, bez eskalowania wbrew przedramatyzowującym wszystko wokół standardom. Przede wszystkim Grzegorzek ma wyczucie co do zachowań i reakcji swoich filmowych bohaterów, gdzie nie przejdą fałsze, te mimiczne ani te werbalne. To jest wspaniałe, bo nie ma co robić ulewającej się od emfazy dramy, kiedy zdarza się boczniaczek, a My się jednak mocno kochamy. Tak mocno choć bez zrozumienia, tak prozaicznie w relacji mijamy. :)
środa, 9 marca 2022
Moje wspaniałe życie (2021) - Łukasz Grzegorzek
Jaka piękna para, tzn. jaka pięknie przełamująca stereotypy wizualne dojrzała para. :) Tyczkowata (ktoś mądry napisałby androgyniczna) Agata Buzek oraz kurduplowaty, a ktoś może o usposobieniu macho dodałby że zniewieściały Jacek Braciak, jako doświadczone małżeństwo (uwaga, to jest już właściwie sama w sobie makabra) na-u-czy-cie-li, ich codzienność zawodowa i prywatna - ta pierwsza akurat w ceglanych murach jednej wspólnej starej szkoły, druga w domu, w działającym sobie naturalnie na nerwy czteropokoleniowym towarzystwie. Tak się zaczyna, od takich scen nowy film Łukasza Grzegorzka (Kamper, Córka trenera) startuje i już od startu mam przekonanie iż dobre aktorstwo, aktorstwo naturalne, to w większym stopniu od charakteru i praktycznych umiejętności wprowadzenia w życie oczekiwań reżysera zależy, niż od samego warsztatu "przedmiotu" jego obróbki. Bo jak wytłumaczyć że Pani Agata czy (no no) praktykujący z nią w scenariuszu boczniaka Adam Woronowicz raz na ekranie dają plamę innym razem odwalają doskonałą robotę. Jacek Braciak za to zawsze jest mega i pewnie nawet gdyby Łukasz Grzegorzek nie potrafił z aktorów wykrzesać tego co najlepsze, to Braciak wciąż przejmowałby ekran swoimi kreacjami. To jedno, drugie zaś "akcja", czyli o co scenarzyście i reżyserowi w jednym chodziło? Są tacy którzy przekonują przekornie że to "tak nudne i bez wyrazu, że nad wyraz prawdziwe", i ja jestem całym sercem z tymi co w tym niczym węszą nieodkrywczy oczywiście pomysł, ale też historię o wielu z nas, mimo że zapewne w stu procentach za cholerę jeden do jednego nie przekładalną. Od poniedziałek do piątku w kieracie i od piątku po robocie do poniedziałku z głową zapieprzoną myślą że od poniedziałku znowu w kieracie całkowicie nieprzynoszącej efektu (brawo system), jednak mimo wszystko wciąż ideowo traktowanej pracy i z mnóstwem problemów powiązanych z brakiem natychmiastowego wpływu na obce i swoje dorastające, czy już dorosłe pociechy (oklaski natura, oklaski niecierpliwość). Poza tym ogólnie młyn i dla odmiany chaos i nawet współżycie intymne mechaniczne, bo (tu akurat pikantny) wspomniany wyżej boczniak ekscytacji dostarcza. Czas leci, ch** strzela że tak zleciał i że leci tak a nie inaczej i już nie będzie lepiej tylko (no k****) gorzej. Wybór jest prosty, powtarzalna do zrzygania mechanika zachowań i często do pary z frustracją deprecha, albo uparte bicie łbem w mur aż do skutku, bez względu na ponoszone koszta. Ewentualnie trzecia droga zaspokajania potrzeb połowicznego, z poczuciem winy że nie włożyło się wysiłku tam gdzie powinno, patrząc bezsilnie na kolejne z wyboru piętrzące się skutki zaniechań. Kapitalnie przemyślany, ironią atakujący obyczajowy dramatyzm i z unikalnym luzem nakręcony film o pozbawionym podmiotowego ja, tudzież z drugiego bieguna nadmiernego ego pełnym życiu i zespawanej ze współczesną egzystencją frustracji. O potrzebach i przeciwstawieniu się oczekiwaniom rwącym strumieniem spływającym na Ciebie, Ciebie i tak... na Ciebie też! Przede wszystkim jednak o skutkach i konsekwencjach bycia rodziną. Skutkach i konsekwencjach czasami zaskakujących cholernie pozytywnie.
P.S. Ostatnie u mnie dwa filmy - Aksinowicz vs. Grzegorzek, jeden temat bliższy serduchu drugi dla niego bardziej obojętny i ten bliższy nie szarpnął, a ten w zasadzie nawet obojętny ruszył i to w pierwszym przypadku wina reżysera, a w drugim reżysera zasługa. No! :)


