Trudna do przetrwania filmowa alegoria czasów wielkiego kryzysu, niezwykle trafnie, sugestywnym tytułem, klamrą odpowiednio dobranego skojarzenia spuentowana. Metaforyczna i realistyczna na ekranie walka o przetrwanie, w której najsilniej doświadczeni życiem, zahartowani, najwytrwalsi, najbardziej zdeterminowani z szansą większą na zwycięstwo w konkursie tańca, „brudnym spektaklu” odczłowieczającym. „Maratonie upodlenia”, szaleńczej torturze, w której jeśli uczestnik niezdatny do wytrwania, to zostaje nie tylko z niego wyeliminowany, ale skazany na głód w rzeczywistości braku szans na pracę zarobkową. Nakręcona w jednym przez cały zasadniczy czas pomieszczeniu, coś czego zupełnie się nie spodziewałem tak pod względem treści, formy, jak i dynamiki. Gorzka i przygnębiająca, dotykająca do żywego gdy kolejny przeraźliwy dźwięk syreny, jest niczym wezwanie ludzi-zombie na parkiet, na agonalne katusze. Mękę totalnego wyczerpania fizycznego i psychicznego - ludzi sprowadzonych do poziomu makabrycznej pożywki dla tych którzy w dzikich, wymagających warunkach ekonomicznych, na truchłach słabszych swój bezpieczny status materialny zbudowali. Okrutne show ze wstrząsającym finałem - upiorne widowisko przyglądania się cudzej nędzy, gehennie, by w konfrontacji z dojmującym, być może przez twórców przesadzonym bólem poczuć się lepiej. Przyjemność sadystyczna, tutaj służąca sportretowaniu opartego na ekstremalnych skrajnościach przekroju ówczesnego społeczeństwa. Nie polecam, jeśli człowiek wcześniej nie ma świadomości z jak przykrym doświadczeniem będzie się mierzył.
czwartek, 12 marca 2026
niedziela, 27 marca 2022
The Interpreter / Tłumaczka (2005) - Sydney Pollack
Ostatnia fabuła niezwykle popularnego przez kilka dekad Sydney’a Pollacka. Nakręcona zaledwie na trzy lata przed jego śmiercią, kolejna próba zmierzenia się z historią w założeniach intrygującą, natomiast w rzeczywistości mocno przesadzoną, w której raczej nie anonimowi autorzy scenariusza (Steven Zaillian, Scott Frank i Charles Randolph) powiązali światową ekonomię z polityką i ludobójstwem, używając mnóstwa pozbawionej realizmu wyobraźni, z całym gigantycznym splotem zbiegów okoliczności w roli przewodniej. Ogólnie warsztatowo dramatu mimo wszystko nie ma, ale i dramatu wiarygodnego w sensie logiki i emocji raczej nie ma się co spodziewać, bowiem tylko względnie sprawnie gra tu właśnie opowieść i więcej niż przyjemnie gra sfotografowany Nowy Jork oraz porządnie gra i niewinnie z buźki wygląda Nicole Kidman. Nad całością kontrolę przejmuje żywe tempo narracji, klasyczny szlif prowadzenia jej w taki sposób, aby niepokój efektywnie i efektownie sprzęgał się z napięciem i tym samym, nawet naciągana intryga widza pochłaniała. Nudy kompletnej brak, tak jak kompletnie brak szansy na obejrzenie czegoś oryginalnego i zwyczajnie szkoda, iż kopiowanie sprawdzonych rozwiązań jakich w setkach już się obejrzało, odbiera większą przyjemność z obcowania z klasycznym hollywoodzkim kinem. Sydney Pollack w zasadzie zawsze trzymał poziom, niemal kurczowo właśnie wiążąc się ze schematem. Szablonem z pewnością nie gardził i to kopiowanie metody wraz z używaniem podobnych narzędzi, gwarantowało równą formę i zarazem sto procent pewności że akurat totalnej ekstazy filmowej nie zaznamy. Tłumaczka to potwornie bezpieczny wybór wówczas siedemdziesięcioletniego reżysera, który sam pojawiając się na chwilę przed kamerą nie wyglądał na człowieka w końcowej fazie życia. Świeżości twórczej jako argumentu mu brakowało, ale w doskonale mu znanych ramach nie można stwierdzić zmęczenia czy starczego zanudzania. Zatem śmiem twierdzić, że karierę fabularną zakończył obrazem dokumentnie wstydu mu nie przynoszącym, a i jego całościowy dorobek mimo obciążenia upływającym czasem trzyma się nieźle.
czwartek, 7 października 2021
Three Days of the Condor / Trzy dni Kondora (1975) - Sydney Pollack
Mocna klasyka gatunku, a nawet silna pozycja pośród klasyków kina w sensie całościowego, ponad stuletniego dorobku X muzy. Na potwierdzenie mam pytanie - kto z elementarną wiedzą z zakresu filmu popularnego Trzy dni Kondora nie zna? I nie widzę rąk w górze. ;) Nie znają wyłącznie współcześni smarkacze, znają natomiast obowiązkowo smarkacze sprzed trzech dekad, bo często w TV leciało i się oglądało z zapartym tchem i na wysokim poziomie zaangażowania i ekscytacji. Szpiegowska intryga, sensacyjne tempo, doskonale aktorstwo i jeszcze wówczas fajerwerki analogowe, a nie te cyfrowo kiczowate akcje z efektami specjalnymi, które korodują szybciej od nieocynkowanej stali pod wpływem jesienno-zimowych warunków atmosferycznych. Tak się już kina wysokich obrotów rzecz jasna nie robi, bo kinematografia przez te minione od tamtej pory lata przeszła już kilka kolejnych rewolucji technologicznych i jeśli coś jest dzisiaj kinem sensacyjnym, to musi być koniecznie jak najbardziej efektowne wizualnie, a efektywność fabuły to już kwestia dalszoplanowa. Dlatego bardzo rzadko obecnie wchodzę w dzisiejsze akcyjniaki, a jak już próbuję się z gatunkiem mierzyć, to tylko z tymi tytułami bardzo selektywnie przebranymi. Wolę częściej luknąć jakiegoś staruszka i przenieść się w czasie, zdając sobie doskonale sprawę, że jakieś braki techniczne rzucą się w ślepia. Zdjęcia oczywiście będą mniej dynamiczne, panoramy tylko ze śmigłowców i (co nie zawsze fajne) taśma filmowa użyta znacznie mniej wyraźna od cyfry - z archaicznie uroczym grubym ziarnem (co często najfajniejsze). :) Zanim postawię kropkę, skupię się jeszcze bez rozpraszania uwagi (na jak bezceremonialnie powyżej stwierdziłem) rzeczy obecnie mało istotnej - na samej historii będącej w "starym" sensacyjnym kinie sednem, albo chociaż równoprawnym walorem wciągającego filmu. Szpiedzy tkwiący w skomplikowanych w politycznych układach, służby specjalne wykorzystywane do doraźnych celów – czyli inaczej kasa i władza, albo władza i kasa. Globalne wpływy i międzynarodowe intrygi, a wplątany w nie zafiksowany na literaturze zwykły gryzipiórek z taką uroczą blond czuprynką i uśmiechem słonecznym. Robert Redford był wówczas na aktorskim szczycie i tuż przed równie bogatą karierą reżyserską. Każdy (no chyba) człowieka zna, a jak ktoś nie trybi o kim ja tu teraz w tonie odrobinę żartobliwym ale z niekłamanego szacunkiem dla dorobku, to podtrzymując ton nie do końca poważny napiszę, że to taki estetycznie bliźniaczy Brad Pitt - tylko plus trzy dekady wieku więcej. Znakomity aktor i wyborny reżyser, któremu pewnie kilka razy delikatnie noga się o ambicje potknęła, ale przez pryzmat całej kariery spoglądając, nie ma uzasadnionego powodu by czepiać się słabości, a rozpływać się należy w zachwytach nad tym czemu absolutnie wysokiej jakości nie zabrakło. Trzy dni Kondora (w reżyserii no cholera wiadomo kogo :)), to w kategorii inteligentna rozrywka, tudzież niegłupie kino popularne, czyste złoto bez ograniczonego terminu przydatności. Choć smarkacze mogą mieć zupełnie inne zdanie, więc po prostu trzeba dać im czasu aby dojrzeli do właściwych opinii.



