Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Black Sabbath. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Black Sabbath. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 listopada 2023

Black Sabbath - Master of Reality (1971)

 


Debiutem wyszli z mroku ku wielkiej chwale, by drugim albumem (legendarne Paranoid) tą chwałę już sobie jak się okazało zapewnić, po czym wydali rzeczone Master of Reality, któremu rzeknę że nic nie brakowało, aby dumnie stanąć obok poprzednika. Jedyne co może stanowić względną wadę trójki w konfrontacji z dwójką, to czas trwania, bowiem Master of Reality, to zaledwie pięć minut powyżej dwa kwadranse, a w ośmiootworowym programie albumu dwie instrumentalne miniatury. Embryo i Orchid to takie gitarowe wprawki akustyczne, przy czym ta druga charakteryzuje się przyjazną bardzo melodyką, a obie myślę bardziej stanowią wstępy do kolejnych po nich, już pełno czasowych kompozycji. W drugim przypadku preludium do numeru zbudowanego na tak charakterystycznym brzmieniu basu, jakiego nikt inny z równą magią z czterostrunowego instrumentu nie wydobył. Lord of this World jest zamulony i w dużej części pełzający i tylko akcenty perkusyjne przed solówką jedną oraz zamknięciem drugą, lekko go pobudzają. Natomiast poprzedzony Embryo kultowy Children of the Grave, to już wiadomo - tutaj po całości kult sączy się ze ścian, a każdy kto sabbsów darzy uznaniem, ten doskonale kojarzy wersję live z kalifornijskiego festiwalu z roku bodajże 1974. Rzecz jest potężna i rzecz jest bezdyskusyjnie warta estymy jaką otaczana. Ta perkusyjna jazzująca rzecz jasna patatajka jest paluszki lizać i riffy Iommie'go nie mniej rozkosznie te paluchy oblizywać. Wszystko w punkt i jedna z najwyższych jakości w dorobku wielkich synów Albionu w ich karierze. Poza tym Master... startuje z równie mocnym Sweet Leaf, a ten mocny Sweet Leaf wchodzi specyficznym kaszelkiem - się niby oficjalnie nie wie, a się rozumie. Ogólnie każdy indeks to mistrzostwo świata (z uznaniem dla zwiewnego Solitude) i powód aby w osobnym tekście opisywać to, co do uszu dociera, podniecając się najdrobniejszym detalem brzmieniowym - przejściem na bębnach, czy gitar muśnięciem. Trójka to raz ołów lejący się z ciężkich riffów, kapitalna perkusyjna perfekcja i podobny feeling, basowa maestria zszywająca poszczególne składowe instrumentalne i takie antyśpiewne interpretacje wokalne Ozzy'ego, że kapelusze i czapeczki tudzież z główek poproszę. Mnóstwo mroku, ale też i genialne aranżacje oraz zgrabna konstrukcja, która w formule tak krótkiego materiału może być uznawana jednak nie za wspomnianą wadę, a walor, bo trzeba dojrzeć, by z małego zrobić wielkie - z minimalizmu wydobyć maksimum, co stwierdzam na finał z pełną odpowiedzialnością Master of Reality czyni jednym z najwspanialszych w historii rocka dowodów. Tyle! Bo na cholerę więcej tu pisać o albumie przez ponad pół wieku na wszelkie już sposoby przeanalizowanym. Do osobistego archiwum refleksjo-recenzji "zapisku" marsz! :)

czwartek, 28 kwietnia 2022

Black Sabbath - Dehumanizer (1992)

 


W żadnej z faz zainteresowania ogólnie ciężką nutą nie byłem admiratorem tego albumu. Tak na początku przygody i fascynacji, jak i w jej dojrzewającej jej części oraz nawet teraz, kiedy po przesłuchaniu setek, być może już tysięcy krążków z gatunku i z wieloma z nich zbudowania więzi cholernie mocnej, nie potrafię napisać, iż Dehumanizer to doskonały, czy nawet spełniający większość moich oczekiwań album. Nie jestem w stanie i mam opory, bowiem on mi się zwyczajnie nie podoba! Nie ma tutaj ani jednego numeru, który bez poczucia wciskania sobie kitu uznałbym za w dziesiątkę trafiony i mogący konkurować z tym co na dwóch klasycznych albumach z Dio, wielki Tony Iommi skomponował. Dehumanizer jest po prostu potwornie nudny i na siłę nowoczesny, a tak się składa iż riffy Iommiego nie potrzebowały tak skomasowanego, niemal doom metalowego brzmienia, gdyż one same w sobie są dość twarde i wyraziste, więc zabrzmieć mogą doskonale tylko w równowadze z gustownym kręceniem gałkami przez inżyniera dźwięku, jak i z aranżem finezyjnie żeniącym ze sobą hard rockowy, czy heavy metalowy luzacki sznyt z upalonym swingowaniem, a tu tego wszystkiego brak i przez to czuję że ta płyta stanęła w poprzek prawideł, a zespół strzelił sobie w obydwie stopki. Nie wiem czy taką strategię spowodowały obawy związane z powrotem w czasach supremacji zupełnie inaczej nagrywanej nowoczesnej muzy, czy może Dehumanizer miał pretendować do bycia jak to tylko możliwie wymagającym dziełem sztuki? Faktem jest że wyszło tak sobie, fragmentami przez spieprzoną koncepcję brzmienia wręcz kuriozalnie. Jeśli przykładam do niego tą właściwą miarę, to się absolutnie nie mylę i postawię tezę, iż sam Dio czuł podczas sesji i słyszał podczas obróbki, ze coś nie teges. Inaczej jego wokale nie byłyby tak kompletnie pozbawione ekscytującej mocy. Ok, może jedynie w Time Machine słyszę starego dobrego Ronniego Jamesa Padavone, a Buried Alive fragmentarycznie ten właściwy flow posiada. Ale nie mam pewności czy aby nie życzeniowo.

P.S. Nie czując się żadną krynicą rockowo-metalowej mądrości wszelkiej i nie zapominając na szczęście utrzymać kontaktu z ziemią, pozwalam sobie jednak na krytykę chyba niekrytykowalnego, a tym samym próbuję sprowokować nielichą złość fanów, wywracając w towarzystwie ten nabożnie bezkrytyczny stolik. :)

środa, 29 stycznia 2020

Black Sabbath - Vol. 4 (1972)




Niby to żaden wielce różny Black Sabbath od trzech poprzedzających, ale... pojawiły się w kompozycjach z Vol. 4 syntezatory i nie wyłącznie w dalekim tle zaaranżowane, lecz też stanowiące relatywnie równoprawny budulec wraz z sekcją rytmiczną i wiosłem Iommie'go. Całkiem sporo się ciekawego dzieje w formule urozmaicania płyty i mimo iż przykładowo taka klasyczna akustyczna ballada jak Changes nie stanowi rewolucji, to w pewnym sensie zmienia przekonanie wówczas oczywiste, że sabbathowe granie, to dźwiękowej smoły przede wszystkim lanie. Nie brak na czwórce obligatoryjnej konkretnej riffiady i bulgotu Geezerowego basu oraz swingującego bębnienia Billa Warda. Numery jednak zasadniczo odnajdują się znakomicie na kontrolowanych obrzeżach mrocznego sabbathowego stylu, trzymając się może nie kurczowo, ale jednak silnie kręgosłupa wypracowanej maniery - wciskając to tu to tam zdecydowanie więcej bardziej swobodnych tematów, których nie krępuje konieczność utrzymania posępnej atmosfery. Może i nie jest czwarty krążek ikony jednym tchem wymieniany pośród największych klasyków, ale z pewnością jest doceniany za udane odświeżenie formuły, która procesem perspektywicznym trafnie wówczas przez samych muzyków była określana jako ambicjonalny rozwój. W mym subiektywnym przekonaniu ta potrzeba kreowania wciąż dźwięków intrygujących absolutnie nie zgasiła ducha prawdziwego i klimatu archetypowego Black Sabbath. Jest Vol. 4 płytą wciąż odpowiednio mroczną i sugestywną, a poza tym słuchając jej można sobie śmiało nóżką potupać, główką rytmicznie potrząsać, ponadto również nie poczuć się znudzonym oddając się zadumie i refleksji, do której też potrafi sprowokować. Spostrzegając poza tym jej miejsce w historii i czas powstania, plus patrząc z perspektywy współczesnego rynku muzycznego rzeczą niebywałą jest, iż te prawie pół wieku temu można było wydać 4 krążki w niecałe 3 lata i poziom najwyższy kreatywny oraz jakościowy utrzymać - szczególnie kiedy przez te krótkie 30 miesięcy popularność gwałtownie wzrastała, a związane z nią pokusy zawzięcie atakowały.

środa, 10 października 2018

Black Sabbath - Sabotage (1975)




Z tego co kiedyś, gdzieś i z jakiegoś powodu (może nudy, może ciekawości) przeczytałem, był to album powstały w nie bardzo sprzyjających okolicznościach. Mimo że po wydaniu Sabbath Bloody Sabbath ekipa Iommi'ego wyrwała się z marazmu, to dość szybko stanęła przed kolejnym wyzwaniem mającym, tak oględnie pisząc przenieść twórczość grupy na nowy, w założeniach jeszcze bardziej niż na poprzedniku świeży poziom, ale i (do tego powyżej najbardziej pije) ogarnąć relacje zawodowo-towarzyskie pomiędzy jej członkami. Teraz jak szyje ten tekst to się zastanawiam, czy aby była aż tak duża potrzeba i presja ogromna, by iść jeszcze mocniej w rejony nie dające pewności sukcesu komercyjnego, bo do artystycznego to akurat w tym przypadku przez pryzmat odwagi aranżacyjnej się czepiać nie mam powodu. Może tekst ten w tym miejscu cierpi na brak większej logiki, może nieco w chaosie nieprecyzyjnych myśli zostaje/zostanie zatopiony, ale mam ja swoje usprawiedliwienie - istnieje racjonalne uzasadnienie takich manewrów słownych. Bowiem ja w kryzysie jesiennym pogrążony sam siebie w sobie próbuje odnaleźć i za cholerę nie jestem w stanie tego bez wewnętrznej szamotaniny uczynić, a co dopiero klarownie przełożyć na zdania uczesane, liczne bo masywnym doświadczeniem kontaktu z Sabotage napędzane refleksje. Próbuję też blogerskim paplanino-pisaniem oderwać się od męczących myśli natrętnych, skupiając się na kwestiach przyjemnych, pozwalających przelać na klawiaturę nie tylko refleksje czysto muzyczne, ale i stan ducha piszącego. Oczyszczając nieco takim nieprofesjonalnym działaniem świadomość nie trafiam niestety w te klawisze, które oddadzą sens taki jakim sobie go staram we łbie ułożyć. W takich okolicznościach nie ma mowy by jasno było, stąd apel o wyrozumiałość i nakaz ewakuacji z tego miejsca natychmiast dla tych, którzy złośliwie wykorzystać będą chcieli moje, mam nadzieję chwilowe słabości. Powracając do meritum, bo zagubił się on ewidentnie pośród tłumaczeń, w zasadzie absolutnie zbędnych. Sabotage, to może nie jest największe osiągnięcie Black Sabbath i wiem że cierpi ten materiał na swego rodzaju brak kontroli nad detalami, gdyż kombinacji jest nad nim sporo i nie do końca mają one charakter  działań uzasadnionych. Ale! Pauza wymowna i kilka argumentów za! To album cholernie ciekawy, który pomimo kolejnego na nim wykonanego kroku w kierunku mniejszej surowości na korzyść aranżacyjnego eksperymentatorstwa i właśnie większej łagodności nie traci tak jak już będzie to miało miejsce na Technical Ecstasy i Never Say Die! sabbathowej aury oraz nie jest totalnie wyprany z pasji. Będąc intensywnie duszony w klawiszowym sosie posiada swój magnetyzm, a numery nie tracą całkowicie pazura, choć szpony to już z pewności nie są. Do tego momentu uznaję, że Sabbs przechodził ewolucję, po tym albumie uważam, że wszystko co dobre się skończyło i ucieczka Ozzy'ego była konieczna, by w nowej już kompletnie formule jeszcze wtedy względnie młoda legenda mogła osiągać kolejne poziomy wtajemniczenia i przecierać nowe szlaki. Z perspektywy czasu Sabotage broni się bez większego wysiłku jako krążek przede wszystkim urozmaicony, może chwilami przekombinowany orkiestracjami ale bardzo sympatyczny przez wzgląd na przewrotność i kompozycyjną chwytliwość z kilkoma, bądź kilkunastoma nawet fragmentami melodycznymi wwiercającymi się w świadomość - stając się z czasem motywami klasycznymi. Mnie się zawsze muzycznie podobał, a jego większe minusy odnajdywałem wyłącznie w tym potwornym zdjęciu z frontu okładki. Tylko tyle o muzyce i aż tyle o jesiennym kryzysie. ;)

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Black Sabbath - Paranoid (1970)




Black Sabbath, co „najoczywistszą” oczywistością w tym najdoskonalszym klasycznym układzie personalnym, to ciężki, masywny riff Iommiego, wyrazisty bulgot basu Geezera, swingowy puls perkusji Warda i antyśpiew Ozzy’ego. Z tego standardowego zestawu instrumentów cztery ikony hard rocka stworzyły szeroki wachlarz możliwości, dzięki ogromnej muzycznej wyobraźni oraz determinacji. Na Paranoid w moim i zapewne wielu przekonaniu znajdują się utwory absolutnie esencjonalne dla szybko wypracowanego stylu legendy. Bo oto te osiem numerów to rozbudowany formalnie, pełen zwrotów akcji antywojenny manifest w postaci War Pigs, chwytliwy i dynamiczny tytułowy Paranoid, surowy wręcz „prosty” Iron Man, ekstremalnie mroczny Electric Funeral, żwawy do potupania nóżką stworzony Hand of Doom oraz Fairies Wear Boots, nieco eksperymentalny, popisowy w sensie obijania zestawu perkusyjnego Rat Salad i zjawiskowo wypełniony klimatem, przesiąknięty czarującym groovem Planet Caravan. Każda z tych kompozycji może być uznawana za tą reprezentacyjną dla stylu Black Sabbath, bo oto wszystkie te kierunki, w różnych proporcjach ale były kontynuowane na klasycznych krążkach i gdybym miał ochotę to z łatwością mógłbym przypisać im w tym miejscu po kilku odpowiedników z kolejnych albumów. Stąd mój wniosek, że jeżeli istnieją osoby nieświadome, tacy urwani z choinki laicy w kwestii rockowej legendy i chcieliby oni poczuć czym to zasłużył się pierwszy skład Black Sabbath w historii ciężkiej muzy to polecam właśnie Paranoid jako idealny probierz ich „stylu” Drugi album w dyskografii Brytyjczyków to niczym stworzony na kilka lat przed zakończeniem marszu po chwałę zestaw greatest hits. Nie ma bata – rzecz kultowa!

niedziela, 28 lutego 2016

Black Sabbath - Sabbath Bloody Sabbath (1973)




Moja ocena Sabbath Bloody Sabbath jest jednoznaczna i nie podlega tutaj dyskusji. :) Krążek zrodzony, jeśli posiadana wiedza mnie nie zwodzi w bólach, w sytuacji sporych napięć pomiędzy muzykami to numer jeden w dyskografii Sabbsów z ery Ozzy'ego. Nie tylko przez wzgląd na samą muzykę, ale także na oprawę graficzną, która idealnie odnalazła się w korelacji z numerami. Charakterystyczna sugestywna koperta i równie interesująca zawartość dźwiękowa. Z prostych środków aranżacyjny majstersztyk powstał! Jest na piątym longu legendy do bólu klasycznie, ale i sporo smaczków w fakturach kompozycji poukrywanych. Pomysłów świeżych jak i tych po raz wtóry eksploatowanych, lecz i one wielokrotnie już wykorzystane o charakterystycznym stylu grupy decydujące w intrygujący sposób podano. Bez silenia się na zakrojone na szeroką skale eksperymentowanie, tylko naturalne, konsekwentne ubogacanie struktur wypływające z muzycznego rozwoju i poszerzania horyzontów. Bez prężenia muskułów, tylko z finezją udowadnianie własnej siły, inteligentnie i błyskotliwie miast topornie, bez wyobraźni. Z precyzją ale i odpowiednim animuszem, doświadczeniem i nadal werwą – ze sporą inwencją wplecioną w charakterystyczny riff Iommiego, bulgot basu "Geezera" Butlera, swingujący rytm Warda i antyśpiew Osbourne’a. Niczym na solidnym rdzeniu misternie utkany splot, bo Sabbath Bloody Sabbath to mocno osadzony trzon z riffu, bluesowe inklinacje i elektroniczne zdobienia, to zakończona sukcesem próba odświeżenia formuły przy użyciu prostych środków z dużą swobodą i klasą.   

sobota, 7 grudnia 2013

Black Sabbath - Live... Gathered in Their Masses (2013)




W perspektywie wyjazd i show w łódzkiej Atlas Arenie, a na ekranie telewizora już zapis koncertu, jaki wiosną tego roku legenda w Melbourne dała. Pełna sala, atmosfera rockowego święta i fachowo, aczkolwiek bez fajerwerków skonstruowana dramaturgia występu. W centrum trójka bliskich siedemdziesiątki typów, wspomaganych żywiołową grą sporo młodszego, ale ogromnie doświadczonego pałkera. I może to obrazą dla trzonu Sabbath będzie, ale w moim odczuciu współczesny obraz grupy bez dynamiki tego zwierzaka, byłby o wiele uboższy. Solidna, jednako statyczna jak zwykle postawa Iommi'ego i Geezera Butlera, plus tuptający, przygarbiony Ozzy, to za mało by energetycznie pobudzić zebranych wyznawców kultu Sabbath. Może właśnie dzięki wystylizowanemu na zbawiciela (czy może bardziej Billa Warda z lat 70-tych), fizycznemu Rage Against The Machine czy Audioslave, koncert ma w sobie sporo więcej werwy. Zamaszyste jego ruchy, pełne pasji uderzenia, pewnie nijak się mają do oryginalnego swingującego stylu Warda, jednak dają zdecydowany napęd sabbathowej maszynie. Szczególnie w efektownym, siłowym popisie z mniej więcej połowy setu. Z całym szacunkiem dla magii gry Billa Warda, w obecnym stanie zdrowia taka jego ekspozycja nie miałaby sensu, dlatego też wbrew malkontentom ja tam wiem swoje i ten toporny styl gry ani nie podcina skrzydeł zaprawionym w boju Panom z Birmingham, ani jakoś istotnie ich stylu nie zniekształca. Ot sprawna, dobra robota wynajętego człowieka, dla którego jakiś czas temu myśl o zagraniu z legendą zapewne byłaby marzeniem nierealnym. A tu niespodzianka i można by posikać się na jego miejscu ze szczęścia, że taki niewiarygodny przywilej w sensie artystycznego spełnienia czy finansowej satysfakcji się zdarzył. Druga kwestia podstawowa, znaczy co tam dziadziusie z pełnej szlagierów (piękne określenie ;)) kariery wybrali, by spalonym słońcem Australijczykom zaprezentować. Ano przekrój plus cztery numery z przeprodukowanej 13. Może mało, wybór ikonicznych kawałków nietrafiony, kwestia gustu, faktem jednako, że równie łatwo byłoby wybrać zupełnie inne kompozycje, a też wielu byłoby niezadowolonych - tak to już jest jak show grupy o wieloletnim stażu przychodzi obejrzeć, że wielość możliwości kulą u nogi artysty się staje. Szczęśliwie nikomu nie przyszło do głowy, by próbować zwiędłego Osbourne'a mierzyć przykładowo z wokalnym repertuarem Dio czy Tony'ego Martina. Dobra, przestaje pleść od rzeczy, bo wszystko co dzieje się obecnie wokół Sabbath na sentymencie do pierwszego składu się opiera i zupełnym absurdem byłoby wmieszanie w tą strategię innych etapów z kariery tego wózka ciągniętego z uporem przez maestro Iommi'ego. Chyba nie muszę jeszcze dodawać jak tam werbalna forma jedynego takiego, co z dekapitacji gacków show i PR konkretny potrafił uczynić, bo między wierszami bystry czytelnik moich wypocin pewnie odczytał już, że szału nie ma. Jak na typa co we wszelkich używkach swego czasu gustował, za kołnierz wylewać nie zwykł, to jego przygotowanie fizyczne całkiem niezłe i mimo ustawicznego tuptania i cedzenia niewyraźnego tekstów jest całkiem OK. Może i różnica byłaby znacząca gdyby Ozzy kiedykolwiek śpiewać potrafił, na szczęście ten dar był mu oszczędzony stąd wielkiego kontrastu nie ma. Gość z anty śpiewu potrafił zrobić profesje i but w ryj temu co ma czelność z maniery Ozza się wyśmiewać! Zamykam roztrząsanie kwestii formy z wiekiem powiązanej i na koniec słowa dwa odnośnie oprawy wizualnej, jaka dźwiękowej zawartości towarzyszy. Nic szczególnego, na kolana nie rzuca, ale w moim przekonaniu oszczędna scenografia z telebimem w tle, plus stonowana gra świateł nie zaburza możliwości skupienia się na sednie spektaklu. A nim oczywiście muzyka, nawet po wielu latach atrakcyjna w swej formie, już ponadczasowa, co tu dużo filozofować przełomowa dla historii rocka. Stateczni, wiekowi goście nie zawiedli i liczę jedynie, że przynajmniej do czerwca w dobrej kondycji i zdrowiu pozostaną, by w mojej pamięci ich oblicze legendarnym pozostało. Tego sobie i przede wszystkim Osbourne'owi, Iommi'emu i Butlerowi życzę.

P.S. Musze podzielić się spostrzeżeniem mojej sześcioletniej córki, kiedy Ozzy na scenie z ekranu telewizora łypał. Tato, co to za mumia? :)

czwartek, 26 września 2013

Black Sabbath - Mob Rules (1981)




Rok 1981 i druga odsłona Sabbath z udziałem Dio wzbogaciła dyskografie legendy. Różnice, znaki szczególne Mob Rules proszę! Z pozoru żadne, gdyż sprawdzona formuła z Heaven and Hell tutaj podstawą, niemal jakby podczas jednej sesji  kompozycje z tych albumów powstawały. Solidny, raz żywiołowy, innym razem patosem podbity hard rock esencją, jednako po uważnej analizie krążka refleksja taka oto nadchodzi, że pośród osłuchanej riffowej zawieruchy sporo mroku się sączy, a nawet pokusiłbym się o stwierdzenie, iż więcej tu nawiązań do klasycznych albumów z ery Ozzy'ego. Taki Voodoo gdyby przez specjalistę od dekapitacji nietoperzy był wystękany straciłby pewnie wszelkie hard rockowe walory na rzecz markowej Sabbath Bloody Sabbath aury. Smuci z perspektywy lat fakt, iż pomimo owocu w postaci dwóch kapitalnych albumów z pierwszego epizodu współpracy boga gitary i głosu, sukces artystyczny nie przełożył się na sielankę także we wzajemnych relacjach. Może gdyby nie tarcia w kwestii osobowości, czy może różne spojrzenia i wizje dalszej współpracy, trójka  w tym układzie równie dobrą dźwiękową ucztę by przyniosła. Tak wiem, potem za lat kilka był jeszcze Dehumanizer, jednak jego formuła z ogólną monotonią mnie się kojarzy, a przerwany śmiercią Dio triumfalny powrót pod szyldem Heaven & Hell tylko świetnym koncertowym DVD - Live at Radio City Music Hall mnie ucieszył, bo The Devil You Know wyłącznie we fragmentach uniósł ciężar legendy. Opuścił nas Ronald James Padavona i chociaż tak wielu wkoło fantastycznych wokalistów, nikt na dzień dzisiejszy nie jest jeszcze w stanie go zastąpić. Liczę jednak, że gdzieś w garażu lub zatęchłej piwnicy ćwiczący zaciekle diament się ukrywa, zdolny w ten charakterystyczny fantazyjny sposób moją wyobraźnię zainspirować. Póki co dwa klejnoty z początku lat 80-tych intensywnie nadal będę eksploatował.

środa, 25 września 2013

Black Sabbath - Heaven and Hell (1980)



 
Powolna agonia pierwotnego składu doprowadziła w konsekwencji do niechybnego zgonu Sabbath w tej formule, zadając jednoczesne pytanie o dalszą ewentualną egzystencje - życie po życiu w tym wypadku. Dla wielu niewyobrażalne było, aby tak ważne ogniwo jakim niewątpliwie John Osbourne, zastąpione z powodzeniem zostało. Musiało się to wiązać nie tylko z wprowadzeniem do formacji człowieka o równie sporej charyzmie, ale także o nietuzinkowym sposobie bycia i scenicznej prezencji. Dodatkowo w grę wchodziła zmiana muzycznej formuły, dopasowana do głosu następcy Ozzy'ego - nikt o racjonalnych przekonaniach nie liczył prawdopodobnie na wrzucenie w skład jedynie jego kopii. Krzyżyk postawiony na zespole przez liczne grono radykalnych fanów okazał się przedwczesny, bowiem Iommi postawił karierę na pewniaka sprawdzonego w bojach, jednako o walorach zupełnie odmiennych niż te Osbourne'a. Tutaj zamiast szarlatańskich sztuczek, siła o mocy dzwonu zawarta w głosie Ronnie'go Jamesa Dio dominowała. W miejscu tanich popisów i kontrowersji jedynie obfitość talentu. I w sukurs nowym możliwością oczywiście pójść musiały zmiany koncepcji muzycznej. Nie znam ja szczegółów powstawania Heaven and Hell, jednako słuchając tych ośmiu kompozycji jestem przekonany, iż w ich kreacji swój niebagatelny udział miał Dio. Muzyka stała się pewnego rodzaju hybrydą wpływów ELF i Rainbow, oczywiście na solidnych fundamentach stylowych riffów Iommi'ego. Nie pozwolił on by dźwięki przez niego firmowane utraciły całkowicie pierwotnego ducha Black Sabbath. Wykorzystał  z gracją jedynie nowe okoliczności, możliwości by doprawić album większą hard rockową świeżością oraz od czasu do czasu klawiszy muśnięciem. Dzięki takiemu zabiegowi wokal Dio kapitalnie wtopił się w muzyczną fakturę, budując nową jakość w karierze Sabbath - wyznaczając intrygujący kurs. Po kilku chudych latach albumem tym przerwali żenujący proces popadania w śmieszność i powrócili do wybornej formy, a taki już od lat epicki klasyk jak numer tytułowy dał okresowi z Dio status równie kultowego jak ten z lat 70-tych. Wyśmienita muzyka, wokalna ekwilibrystyka, brzmienie które nawet dzisiaj wzbudza szacunek oraz oprawa graficzna o niezwykle sugestywnej symbolice dopełniła znamion dzieła kompletnego. Rozpoczęła się wtedy dla legendy nowa era i trzeba było zaledwie roku by poszli za ciosem i równie skutecznie w chwilę potem popadli w kolejny kryzys.

czwartek, 11 lipca 2013

Black Sabbath - 13 (2013)




Ręka drży bo świadomość podpowiada z jak doniosłym wydarzeniem na rockowej scenie mam się zmierzyć - toż to Ozzy z kompanami po 35 latach nowy krążek skroił! Toż to szacunek dla milionów wyznawców rogatego w muzyce którzy z nabożnym kultem oczekiwali przyjścia ikony w chwale nakazywałby pokorne zachwycanie się tym przełomowym wydarzeniem. Jednak prawda taka, że pomimo mojego potężnego szacunku dla sześciu pierwszych z ery Osbourne'a albumów ojców gatunku zapowiedź tego powrotu wyłącznie wątpliwości wzbudziła. Bo po co ryzykować? Dla jakiego celu niszczyć tajemny kult? I wiele podobnych pytań z oczywistą zapewne dla zainteresowanych jednoznaczną odpowiedzią! Takie pesymistyczne nastawienie owładnęło mnie i nic nie było w stanie go zmienić! Tym bardziej, że szopka rozkręconego przez management napięcia, bardziej rozmieszała i budziła wręcz poczucie zażenowania niż miała cokolwiek wspólnego z powtórnym wzbudzeniem wiarygodnego kultu. Szczególnie, że poprzeczka postawiona niezwykle wysoko przez zarówno własne dokonania sprzed lat ale i tych co od kilku ostatnich lat na retro rockowej scenie realnie obudzili wśród wyznawców ciężkich riffów i pulsującej sekcji rytmicznej poczucie dumy i satysfakcji. Młodość nadeszła z mocą huraganu oddając zasłużony hołd pionierom jednocześnie większość z nich w obecnej formie niemal zmiatając ze sceny. I niestety, choć przez moment dałem się na dłużej wciągnąć trzynastce już dziś po wielokrotnym odsłuchu wątpliwości jakie miałem w większości się potwierdziły. Nie zrozumcie mnie źle produkt to z pewnością klasowy - jednak tylko produkt, taki album na zamówienie przemysłu muzycznego. Strasznie statyczny, przewidywalny, spętany oczekiwaniami i zniszczony niezrozumiałą dla mnie logiką Ricka Rubina, człowieka który finalnie przybrał w moim mniemaniu rolę największej klęski tego wydawnictwa. Zapewne niewspółmierny do zasług jego wpływ na całokształt kompozycji z 13 plus fatalne w odsłuchu spiętrzenie nowoczesnych technik nagrywania bezlitośnie odarły brzmienie formacji z całej magii. I chociaż w każdej minucie płyty wyczuwalna jest ręka mistrza Iommi'ego oraz ten nieokiełznany bas Geezera brak jazzującego feelingu perkusji wraz z wyraźnie zmęczonym głosem Ozzy'ego całokształt sprowadza jedynie do rzemieślniczego produktu. Nagrali li tylko album którego słucham obecnie jedynie od czasu do czasu, a w momencie premiery wałkowałem niemal non stop jakbym podświadomie chciał się przekonać o jego ponadrzeczywistej wartości, że ten powrót nie tylko argumentem dolara śmierdzi. Na dzień dzisiejszy Black Sabbath finalnie rady nie dali! Nie dlatego, że krążek to zwyczajnie słaby, a dlatego, że podkręcanie atmosfery kultu i oczekiwania na coś zjawiskowego przyniosło jedynie rzemieślniczy wyrób. Nie są już w stanie współcześnie nawiązać pomimo swego statusu równorzędnej walki z dzisiejszymi "gwiazdami" retro łupanki. Trochę te z ostatnich lat decyzje wodza Iommi'ego nietrafne. Zamiast odgrzewać niepotrzebnie kult Heaven and Hell i Mob Rules albumem tak wymęczonym jak The Devil You Know, czy zasilać konto bankowe trzynastką, więcej w kwestii szacunku sceny uzyskałby kontynuując  działania wraz z obecnie ponownie osieroconym tym razem przez megalomanie Bonamassy, Glenn'm Hughesem. Wszak Fused w porównaniu ze wspomnianymi wyżej płytami to wulkan energii i mocy twórczej. Może to i kontrowersyjna teza jednak tak ten album solowy wielbię i  całe to ostatnie zamieszanie odbieram. Pozostaje mi na koniec życzyć zdrowia przede wszystkim Mistrzowi by jeszcze kiedyś moją prośbę spełnił i zrehabilitował się krążkiem naprawdę wielkim. Nikt chyba tak jak on nie zasługuje na tą szansę.

P.S. Taki arogancki jestem!

Drukuj