Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joel Coen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joel Coen. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 stycznia 2025

The Man Who Wasn't There / Człowiek, którego nie było (2001) - Joel Coen

 

Od razu rzuca się w uszy taka narracja, jakby taki czy inny stereotypowy detektyw Marlowe o swojej robocie w myślach nawijał i w dodatku wizualna oprawa sugeruje gatunkowe powiązania z kinem noir, a przecież bohaterem podrzędny fryzjer, który dał się ku swojej zgubie wciągnąć w marzenia o sieci pralni chemicznych, jaka to sieć spore zyski przynieść może. Ed Crane mówi w myślach do siebie, bo zdominowany przez najbliższe otoczenie funkcjonuje niemal jak niewidzialny, wycofany, pokorny, niemal bez życia, w trzech czwartych co najmniej mechanicznie - człowiek duch, człowiek przezroczysty. Żaden zapewne oczekiwany prywatny detektyw czy gangster tym bardziej moją uwagę skutecznie zaskarbił, tylko poczciwy, uczciwy przeciętniak, niezdolny według obrony do wymyślenia tak skomplikowanej intrygi jakiej padł ofiarą. Sprzedano mu ideę, która okaże się ostatnim gwoździem do życiowej trumny, w jakiej i tak od lat bez tlenu zamknięty, a pomysł na zdobycie kasy na inwestycję powzięty, nieco zbyt ryzykowny i pomiędzy startem, a finiszem implikujący kolejne jak to u Coenów fatalistyczno-satyryczne wydarzenia. Dzieje się zamieszanie, spirala kolejnych konsekwencji się nakręca, a inicjuje ją sam Ed i ona w Edzie otwiera zaskakujące pokłady odwagi, siły i niespełnionej mglistej nadziei. Trochę lirycznie, odrobinę przesadnie groteskowo, obłędnie wizualnie z bodajże Oscarem nagrodzonymi zdjęciami fenomenalnego Rogera Deakinsa i z muzycznym podkładem ascetycznym ale wyraziście swoje istnienie zaznaczającym. Z doskonałą obsadą, z kapitalnym w roli głównej Billym Bobem Thorntonem mimicznie precyzyjnym i wsparciem innych istotnych postaci znaczących, bo jak gra się u Coena lub tym bardziej Coenów, to nie ma lipy i nie możliwości by którykolwiek z braciszków przepuścił aktorską tandetę, czy szarżę zbyteczną, choć wymuszenia lekkiego przestylizowania w kwestii kreacji sobie odmówić nie potrafią. Wyszło może nie aż tak szałowo aby Człowiek, którego nie było zaznaczył się najwyraźniej w filmografii spółki coenowej, lecz pierwsze wrażenie było przednie, a każde następne przynoszące tak potwierdzenie pierwotnego, ale i coś, co do głębi treści pozwala się dokopywać. Kurtyna opada, a finał to gorycz, smutek i ironia, która ma się zawsze najlepiej w filmach Coenów.

sobota, 28 grudnia 2024

Miller's Crossing / Ścieżka strachu (1990) - Ethan Coen, Joel Coen

 

Wiadomo że Coenowie za jaki gatunek się nie zabiorą, to dodają jemu konkretnemu i skrupulatnie wybranemu, szczególny sznyt własny - zawsze zachowując jednakowoż tegoż gatunku wydestylowany idealnie płynny stylistyczny rdzeń i nie inaczej jest w przypadku Ścieżki strachu. Gangsterka tradycyjna tutaj poszła pod groteskowy filtr coenowy - kapitalny przekornie kolorowy noir, nabrał cech nieco innych niż za czasów, gdy takież gatunkowe kino święciło największe triumfy. Mafia włoska i irlandzka w policyjno-politycznej siatce układów i indywidualnych kiwek. Co kto komu zawinił i jakie w związku nastąpią ruchy na zdradzieckimi posunięciami opanowanej szachownicy, gdzie gra się niekoniecznie oczywiście czysto o wpływy, finansowe korzyści oraz namiętności. Oczywiście też o katalogu prostych gangsterskich zasad, lojalności w zasadzie w świecie teoretycznie zasad pozbawionym. O miłości ślepej, zaborczej w praktyce i w kontrze teoretycznie prawdziwie odwzajemnionej, tak jak i o zdradzie, w którą wkomponowują się te wszystkie powyższe. Wszystko podkreślone, najwyraźniej jak możliwe dookreślone poprzez przesadę, jaka nie wynika wyłącznie z groteskowego oblicza coenowskiego kina, ale jest częścią gatunkowej tradycji i ogrywania powszechnie dostępnych klisz gatunkowych. Tak więc pojazdy dziurawione są z rozmachem, trup się ścieli gęsto, pada pod gradem pocisków wystrzeliwanych z legendarnego pistoletu maszynowego marki Thompson. Jedno charakter stylu, drugie dbałość o sceniczne szczegóły, znaczy że na tej scenie gdzie wystawiany jest spektakl filmowy zwraca się mocno uwagę na scenografii detale, a trzecie umiejętność wpływania na jakość gry zatrudnionej obsady, a ona to poziom hiper i mega wyrazisty. Poetyka kreowania obrazu w Ścieżce jest obłędna, organizacja sceny ale i dla niej tła zasługująca na wszelkie entuzjastyczne uznanie, tak samo jak wyczesane kreacje hollywoodzkiej ówczesnej aktorskiej śmietanki - w tym ulubieńców braciszków. Zgadzam się że Ścieżka to kwintesencja czarnego gangsterskiego kryminału i dodaje, iż też dobrej kinowej (rozrywkowej) zabawy synonim. Bo to Coenowie przecież! 

wtorek, 4 października 2022

Raising Arizona / Arizona Junior (1987) - Ethan Coen, Joel Coen

 


Wszak maniakalnie podkreślałem że wolę Coenów bardziej poważnych niż mniej poważnych, więc jeśli teraz będę rozpływał się w pochwałach dla Arizona Junior, to mogę się wydać niewiarygodnym i niepoważnym. Z ostatnim się nie zgodzę, z drugim nie będę się kłócił i napiszę, że Arizona Junior to jedna z najlepszych i najmądrzejszych zwariowanych komedii braciszków, która ma jedno albo nawet dwa fantastyczne dna, a ja je widzę i doceniam. Jest wyrazista, a wręcz krzykliwa w kwestii formy, ale pod karykaturalną/groteskową powierzchnią jest po prostu piękna i wzruszająca, jako opowieść o macierzyństwie i ojcostwie z serca dla swojego największego skarbu. Bawi mnie nieprawdopodobnymi odlotami w scenariuszu tak samo cudownie, jak utwierdza w przekonaniu, że albo się posiada naturalny instynkt i intuicję macierzyńsko-wychowawczą/tacierzyńsko-wychowawczą, albo lepiej nigdy nie myśleć o sprowadzeniu „sobie” na świat dzieciaka. Po cholerę się miotać krzywdząc siebie i je, po cholerę skupiając na zapewnieniu najlepszych warunków, kiedy i tak całą pozostałą resztę spektakularnie się spieprzy z braku czasu i skupieniu na zawodowej karierze, bądź wprost poczucie odpowiedzialności skrepuje, czy wręcz sparaliżuje każde właściwe oddziaływanie, sprowadzając bycie do walki z własnymi osobowościowymi problemami. Chyba że się mylę i Arizona Junior to film o czymś zupełnie innym, albo co gorsza, film o niczym z kapitalnymi, popisowymi rolami Cage’a, Hunter oraz takich ikon jak McDormand czy Goodman.

P.S. Jak chcecie rozbijać dzieło Joela i Ethana na atomy, roztrząsać kogo te więzienne sceny i wizyta szwagra tfu majstra z roboty z dzieciakami zainspirowały jak i doszukiwać się czym się inspiruje i do czego nawiązuje i zamiast skoncentrować na tym co kluczowe, dokonywać filmoznawczych analiz w atmosferze intelektualnej deliberacji, to idźcie stąd na przykład tam, albo tam, bowiem jest mnóstwo miejsc zdatnych bardziej do rozkminiania i jeszcze więcej przemądrzałych dupków, którzy zamiast się uczyć pragną pouczać, popisując się swoją żałośnie ślepą elokwencją. Skończyłem! :)

piątek, 27 maja 2022

The Hudsucker Proxy (1994) - Ethan Coen, Joel Coen

 

Kąśliwa satyra na korporacyjną rzeczywistość. Bliska orwellowskim wzorcom, ale wprost nawiązująca do klasycznego hollywoodzkiego kina Franka Capry. Malowniczo zainscenizowana, tak że dla oczu przyjemności nie szczędząc, fantastycznie w ten bogato dekorowany świat wciąga. Tak nie tylko po coenowsku wszystko architektonicznie i charakterologicznie zaaranżowane, bo czuć inspiracje burtonowskie, także oczywiste skojarzenia z fantazjami gilliamowskimi - jakby forma miała dominować nad treścią pozornie, a przekornie treść tu równie istotna, bo to przecież film zacnych i szczwanych intelektualistów. Postaci intensywnie jaskrawą kreską szkicowane, więc i mocno groteskowo przerysowane, aż po skrajnie wręcz karykaturalna pozę, aby wyraziście wyciągnąć z nich ich immanentną absurdalność i poddać dosadnie prześmiewczej interpretacji. To nie jest jednak to co Kosy najbardziej u Coenów lubią, bo lepiej kiedy mniej symbolicznego szaleństwa komedyjkowego, a więcej surowego realizmu. To jest bezdyskusyjnie gites i w punkt, ale aby nie poczuć w trakcie seansu znużenia i nie doświadczyć poczucia niezrozumienia, trzeba się zawsze na taką formułę przestawić i odpowiednio do niej i od niej zdystansować. Wtedy jest fajnie i można się doskonale wyluzować wciągając w daleką od banalności satyrę oraz rozkoszować genialnym mimicznie aktorstwem. 

czwartek, 27 stycznia 2022

The Tragedy of Macbeth / Tragedia Makbeta (2021) - Joel Coen

 

Każdy aktor pragnie w swojej karierze zagrać rolę klasyczną. Każdy też szanowany reżyser czuje wewnętrzną potrzebę nakręcić klasyka i nie dziwi mnie, że starszy z braci Coen nie jest tutaj wyjątkiem. Wybaczam mu zatem tą ambicjonalną megalomanię, bo akurat on należąc do najbardziej oryginalnych twórców kinowych, na taką szansę zasłużył i trudno było zakładać, iż z niej korzystając nie wykorzysta swojego ogromnego potencjału i niezwykle głębokiego potencjału szekspirowskiej sztuki. Językiem archaicznym dramat Shakespeare'a naturalnie napisany, ale bez względu na werbalną staroświeckość, to wciąż aktualna tragedia o pokusie i żądzy. W ujęciu Joela Coena to też wytrawna teatralna inscenizacja, z którą zapoznanie, z pewnością Sir Williamowi by ogromną satysfakcję sprawiło. I może jedynie czarnoskóry bohater tytułowy, nie przez wzgląd na tą cechę akurat w użytej czarno-białej konwencji ledwie dostrzegalną, a ze względu na dość płaski dramatyczny szlif odrobinę efektowi finalnemu wartości odbiera. Mam ja bowiem po projekcji poczucie, że wybór opatrzonego Washingtona nie jego walorami warsztatowymi, a chyba możliwościami jakie za jego pozycją w środowisku hollywoodzkim stoją, był podyktowany. Poza tym ascetycznej teatralnej scenografii wykreowanej w studiu i poddanej wizualnej obróbce przez fachowców od grafiki komputerowej, nie można nic ponad pewną umowność nie do końca spójnej formy zarzucić. Miast jednak to główny bohater zdeprawowany przez pożądanie władzy i w postępującym psychicznym obłędzie pogrążony na sobie gro uwagi koncentrować, to aktorskie osobowości z tła show kradną, a prym tu wiedzie w roli wiedźm i starca zjawiskowa Kathryn Hunter. Jej głos, mimika, pantomimiczny ruch, wszystkie te najbardziej intensywne sceny akurat z jej udziałem, wisienką na tym wystarczająco by chwalić, nie ganić wyrafinowanie prezentującym się torcie.

P.S. Dodam tylko, że ostatnio Justin Kurzel rąbnął Makbeta z podobnym, choć znacząco bardziej dzikim estetycznym wdziękiem, ale akurat w kolorze, używając od groma brunatno-krwistej czerwieni w finale. Ta szarawa, o srebrzystym połysku, zatopiona we mgle i mroku wersja Coena, dzięki temu wygląda na jego tle oryginalnie i swoją drogą w bezpośrednim pojedynku się broni. Nie wygrywa jednak z adaptacją Kurzela, choć jedna warta drugiej - w znaczeniu że jeden i drugi reżyser wart by go ozłocić, lecz temu znacznie młodszemu oprócz bogactw także wyższy tytuł szlachecki nadać. Denzelowi Washingtonowi i Michelowi Fassbenderowi bić też brawa, ale w zdecydowanej jednak na korzyść tego drugiego przewadze. Tak to widzę, bo tak to myślę wygląda.

czwartek, 27 grudnia 2018

Barton Fink (1991) - Ethan Coen, Joel Coen




Jeden z najbardziej kultowych przykładów zabawy w kino made in Coen Brothers. Z doskonałą obsadą, fantastycznym duetem – świetny jajogłowy John Torturro i genialny diaboliczny John Goodman. Eklektyczny, wielogatunkowy, wystylizowany produkt wielkiej wyobraźni i pokrętnego umysłu. W nim czarny humor miesza się groteską, a filozoficzny traktat z brutalnym moralitetem itd. itp. :) Coenowie to niewątpliwie przekorni, nieszablonowi i potwornie inteligentni twórcy, których trudno nie podejrzewać o robienie sobie jaj z domorosłych krytyków. Satyry w ich autorskim wykonaniu zawsze nastręczają trudności interpretacyjnych, przez co łatwo można wpaść w pułapkę totalnego pobłądzenia, tudzież odpłynięcia w niezasadny pseudointelektualizm – pewnie dla uciechy i satysfakcji samych braciszków. Stąd aby nie prowokować chichotu tych, co wiedzą lepiej i mają ku temu argumenty, nie będę publicznie obnażał własnych, pewnie lichych merytorycznie refleksji i w akcie dezercji z pola boju spuszczę zasłonę milczenia w miejscu, w którym powinienem zasadniczo chwalić się własną błyskotliwością. Nie zaryzykuję, nie strzelę sobie w stopę czy inne kolano. Wolę mianowicie być posądzony o brak wiary w swój intelektualny potencjał, niż obśmiany, bo w swej arogancji uznałem, że wiem o co tak w 100% Coenom chodziło.

P.S. Ta anty recka to nie jest żart – nakazuje kategoryczny zakaz jej obśmiewania. ;)

poniedziałek, 3 grudnia 2018

The Ballad of Buster Scruggs / Ballada o Busterze Scruggsie (2018) - Ethan Coen, Joel Coen




Ballada o Busterze Scruggsie, to kilka nowelek zgrabnie zszytych, chociaż bez bezpośredniego fabularnego powiązania. Ot, takich sześciu historyjek, jak źródła donoszą od lat pomiędzy bardziej poważnymi projektami przez Coenów pisanych, które łączy jedynie stylistyka gatunkowa. Przyznaję że całkiem nieźle ubawiły mnie te przewrotne igraszki z konwencją westernu, z wykorzystaniem wszystkich immanentnych dla gatunku klisz i schematów. Z typowym dla Ethana i Joela groteskowym spojrzeniem i od strony technicznej z dbałością o detal wraz z błyskotliwymi obserwacjami pomiędzy wierszami, z przekorą w strukturę upchanymi. Z esencjonalnym sarkazmem, ze świetnymi zaskakującym zwrotami akcji i pomysłowym wykorzystaniem realizacyjnych sztuczek. Tak w ogólności, a w szczególe to najsilniej w pamięci mnie akurat utkwiły i największe wrażenie zrobiły twarze wszelkich, nie tylko typowych sukinkotów pochodzących z tego ironią losu przesiąkniętego dzikiego zachodu, a genialnie zagranych bez wyjątku przez całą obsadę. Twarze, z których jak z pamiętnika wyczytuje się przeszłość bohaterów i w których odbija pasja twórcza Coenów. Ich przywiązanie do tragikomicznej wizualizacji niedosłowności, genialnego wciskania w usta tych twarzy bystrych dialogów i kreowania intelektualnej zagadki. Takie kino z przymrużeniem oka podane i przez ten zabieg swawolny nie do końca poważne nie zachwyca mnie mimo wszystko całościowo, lecz wyłącznie przez pryzmat szczegółów. Bowiem zwracam uwagę na warsztatowe drobiazgi pozwalające w przypadku Coenów bez wyjątku bardzo nisko chylić czoła, zdejmując czapkę przed wyjątkowym wpływem ich osobowości na pracę wykonaną przez wybornych aktorów, doskonałych speców od charakteryzacji, scenografii i lokacji. Świetna robota warsztatowa, niekoniecznie jednak kino, które za sprawą treści stanie się legendą pośród innych, zdecydowanie bardziej rozbudowanych dzieł braterskiego teamu. Ja osobiście cierpliwie czekam z nadzieją na podobne ciosy jak Fargo, czy To nie jest kraj dla starych ludzi, chociaż seans z Balladą przy ognisku gorąco polecam.

poniedziałek, 29 maja 2017

O Brother, Where Art Thou? / Bracie, gdzie jesteś? (2000) - Joel Coen




Porcięta na szelkach królują (to chyba jednak nie to samo co ogrodniczki?), człowiecze osobliwości poczynaniami zadziwiają, przerysowany amerykański akcent z południa bawi i historyczne postaci w tle smaczku dodają. Wizualnie to jest bomba, wrażenie robi kapitalna kolorystyka nawiązująca klimatem do czarno-białej konwencji, ale nie rezygnująca z wyrazistych barw w piaskowych odcieniach. Aktorsko jest wyśmienicie, bez wyjątków, wszyscy razem i każdy z osobna popis daje. Widać, że to ręce i oczy braci Coenów za projektem stoją, bo aktorska śmietanka do najwyższych warsztatowo lotów zainspirowana, zaś w treści masa ironii i humoru, a pod rozrywkową powierzchnią skryte nawiązania do klasycznej "Odysei" Homera. Tyle, że jak kultem otaczam kino Coenów, które w tle groteskowy żart kamufluje, a w pierwszym rzędzie stawia mocną treść (Fargo, No Country for Old Men, True Grit, Barton Fink), ewentualnie w nostalgicznym tonie balladę serwuje (Inside Llewyn Davis, A Serious Man), tak w pełni nie mogę docenić tych ich tytułów, które aspirują do miana kultowych rozśmieszaczy. Zakładam, że pomimo, iż wszyscy oficjalnie przed nimi klękają to w rzeczywistości takich jak ja nieprzekonanych jest wielu.

P.S. Mimo wszystko warto, nawet jeśli wyłącznie dla dwóch odsłon Man of Constant Sorrow.

środa, 2 marca 2016

Hail, Caesar! / Ave, Cezar! (2016) - Joel Coen, Ethan Coen




W kinie dosyć niecodzienny widok, znaczy spora liczba miejsc zajęta co ostatnimi czasy rzadkością - nie pamiętam żeby nawet mocno promowane tytuły z tegorocznej rywalizacji o Oscary taką frekwencję nakręciły. Może to tylko zwykły przypadek, że akurat w tym dniu, o tej konkretnej godzinie więcej miejsc zajętych niż wolnych było lub też to wyłącznie złudzenie zagęszczenia, bo sala faktycznie do tych bardziej kameralnych należała. Trudno orzec co powodem względnego tłoku, założę może naiwnie lecz w dobrej wierze, że magia nazwiska Coen tych wszystkich miłośników dobrego kina przygnała. :) Przyszli świadomie bo pragnienie spotkania z ambitną sztuką ich skłoniło, lub hmmm... zbłądzili poszukując po omacku widowiskowej rozrywki. Tak czy inaczej zakładam, że wszyscy setnie się bawili, gdyż Hail, Caesar! to zarówno wyborne kino z mnóstwem inteligentnej pożywki dla poważnych ludzi w dużych okularach z grubymi oprawkami, jak i atrakcyjnych dla oka zagrywek pod publiczkę. Bo przecież najnowsza produkcja Coenów to w pigułce wszystko to co o magii filmu decyduje - kino o kinie, a dokładnie o branży filmowej z okresu największego rozkwitu kultowych hollywoodzkich potentatów. Z czasów kiedy siła oddziaływania Hollywood była porażająca, a kreowane ekranowe historie rozpalały wyobraźnie milionów. Problem jednak w tym, że dopieszczana iluzja schlebiająca gustom i jednocześnie kształtująca takowe rozjeżdżała się z rzeczywistością, gdy spojrzeć na motywację bossów i całej tej aktorskiej "elity". Kasa rzecz jasna była priorytetem, nabicie kabzy, staranne wypieszczenie wizerunku gwiazd, handel żywym towarem w postaci "artystów" na wyłączność. Wszystko grubo szyte pod publiczkę, politycznie poprawne (scena z przedstawicielami środowisk religijnych), łączące sprytnie triadę - rozrywka/polityka/religia. W autorskiej Coenów interpretacji cała ta szopka przepuszczona przez precyzyjny filtr subtelnej ironii, czasem bezczelnego sarkazmu z mnóstwem smaczków w znaczących epizodach obficie podlanych odniesieniami do klasyki. Sporo tutaj barwnego pajacowania, zręcznego wbijania szpil ale przede wszystkim wyśmienitej gry aktorskiej uznanych współczesnych gwiazd na czele ze "złotoustym" Clooney'em (nominacja do Oscara się należała/należy!), wytrawnym Fiennesem i uroczym Ehrenreichem (Would That It Were So Simple :)). Wyjątkową jak zwykle Johannson (ten akcent, ten tembrrrrrr), zadziorną Swinton (razy dwa) i cudem ocalałą McDormand. :) Wyrywającym się skutecznie stereotypom Tatumem (step jak się patrzy) i oczywiście stanowczym jak przystało na szefa Brolinem. Hail, Caesar! to jednocześnie specyficzny hołd dla fabryki snów ale i ostra satyra aranżowana za pomocą intelektualnych sztuczek, zrozumiała w pełni przede wszystkim dla zafiksowanych kinoholików. To też cios dla tych co w branżę filmową wpatrzeni bezkrytycznie - jak tu teraz poważnie "dzieła" ze złotego okresu Hollywood traktować. :)

czwartek, 6 sierpnia 2015

Fargo (1996) - Ethan Coen, Joel Coen




Absolutny numer jeden w dorobku tandemu braciszków Coen, może ex aequo z No Country for Old Men. To moja subiektywna opinia, jakkolwiek zapewne tożsama z przekonaniem sporego grona kinomaniaków, zapalonych w bojach miłośników kina nieszablonowego z przesłaniem pod podwójnym dnem, między wierszami ukrytym. Niesamowicie przenikliwy intelektualnie, błyskotliwy w formie - majstersztyk, klasyka absolutna, dzieło modelowe, bezspornie wzorcowe. Ile to już razy od premiery studiowane, w jak wielu okolicznościach życiowych i stadiach wiekowych spostrzegane i za każdym razem bez wyjątku ekscytujące we wszelkich segmentach właściwości warsztatowych czy merytorycznych. Dostarczające wciąż świeżej porcji materiału do analizy, bo człowiek w miejscu szczęśliwie nie zakotwiczył, rozwija się mentalnie i z dojrzalszej perspektywy rzeczywistość poznaje. Widzi to co jeszcze jakiś czas temu przed jego wzrokiem ukryte, pośród podniet małostkowych zakamuflowane. Ta ewolucja z dodawaniem kolejnych lat, przeżyć i doświadczeń związana do uznania uniwersalnych prawd prowadzi. Każe spojrzeć na ludzką egzystencje z pokorą ciesząc się z prozaicznych codziennych sukcesów, czując satysfakcje z udanych relacji z najbliższym otoczeniem. O tym Coenowie opowieść snują, a pretekstem i fundamentem zderzenie dwóch skrajnych światów, które tak wiele, na czele ze stosunkiem do kwestii materialnych różni. Bohaterowie nie są przerysowani, choć osobliwych cech odmówić im nie można. Osadzeni w sennej rzeczywistości ze specyficznymi wydarzeniami się zmagają. Pytanie co ludziom szczęście daje, jak różne priorytety ich funkcjonowaniem sterują. Pieniądze, władza, ambicja, komfort i niezależność, a może oddanie, troska i odpowiedzialność. Odpowiedzi na to i inne nurtujące pytania Coenowie dają. To prawdy uniwersalne i bezcenne!

P.S. Powyżej na poważnie, a na marginesie z przymrużeniem oka, bo Fargo to nie tylko wartościowe przesłanie, lecz także kapitalne poczucie humoru, dystans i po prostu dobra kinowa rozrywka. Innymi słowy kilogramy tłustego żarcia i cola light, bo równowaga zachowana być musi. :) 

wtorek, 29 kwietnia 2014

The Big Lebowski (1998) - Joel Coen




To ten rodzaj poczucia humoru i estetyki przez Coenów firmowany,  co mnie nie do końca pociąga, znaczy wolę więcej surowizny, mięcha w brutalnej intelektualnej oprawie. Dlatego w towarzystwie No Country for Old Men czy Fargo zdecydowanie lepiej się odnajduje, a oglądając między innymi The Hudsucker Proxy czy opowieść o "kolesiu" niezrozumiały, zagubiony wyraz twarzy mam. Nie trybie o co, po co i dlaczego taka wizualizacja! :) Zdecydowanie wolę braci w tej bardziej dusznej, twardej konwencji, niż z tym specyficznym usposobieniem na pierwszym planie. Stąd zaznaczam, że widziałem, nie zasnąłem i zdaje sobie sprawę z kontrastowego wykorzystania psychicznie niezrównoważonego weterana i odjechanego hippisa - zakamuflowania w treści wielu istotnych wątków i odniesień do amerykańskiej mentalności. Ja to wszystko widzę i aktorskim warsztatem Goodmana i Bridgesa jestem usatysfakcjonowany. Nie rozumiem jednak za cholerę takiej konwencji i myślę, że szans brak by nagły zwrot w tym temacie nastąpił. Możecie twierdzić, że jestem ograniczony, może to i prawda, ale nieszczerości i pozerki mi nie wmówicie.

P.S. Jedno mi się podobało i ekstremalnie intensywnie mi na gębę uśmiech wbiło – scena z rozsypaniem prochów Donny'ego. Rechotałem szalenie i nawet na samo wspomnienie śmieje się do łez. Jak mi cholera jednak niewiele potrzeba. ;) 

czwartek, 13 marca 2014

Inside Llewyn Davis / Co jest grane, Davis? (2013) - Ethan Coen, Joel Coen




To właśnie Coenowie - tacy co w specyficznej formie pewną idee przemycają. Ona precyzyjnie ukryta pośród symbolicznych detali i nieistotne czy środki wykorzystane do jej konstrukcji mniej lub bardziej sugestywne - zawsze finalnie trafnie ich obserwacje w intrygujące wątki dzięki tym zabiegom są przekształcane. Tym razem jednak jestem niemal całkowicie ślepy, gdyż prócz banalnej prawdy o poszukiwaniu sławy, głębszej rozpoznawalności w rozrywkowej branży czy zwyczajnie możliwości utrzymania się z pasji  nic więcej nie dostrzegłem. I tutaj może skryta kolejna gra braciszków z widzem, że poszukując skomplikowanego wyjaśnienia w obrazach zawartego w prozaicznej wartości zwykłych doświadczeń, bogactwa lekcji życia nie dostrzegamy. Tak sobie kombinuje i im więcej rozwiązań próbuje odnaleźć tym bardziej intuicja mi podpowiada, że to przecież obraz co tak pięknie trywialne prawdy maluje. Dzięki czarująco hipnotycznej balladowej strukturze, subtelnie frapującym zdjęciom, tajemniczej i niepokojącej fragmentami aurze, aktorskiej perfekcji i przede wszystkim uwrażliwiającej warstwie muzycznej ta podróż, tułaczka Llewyna z irytującej, nudnej zawiesiny w poetycką ucztę ewoluuje. Ona monotonna i piękna zarazem niczym te folkowe kompozycje, tak niszowe do niewielkiej grupy zawieszonych wrażliwców docierające, że zacytuje Buda Grossmana "Nie widzę w tym pieniędzy - jesteś dobry, ale nie zielony". Takim go czuje. 

P.S. I wieki walor tej opowieści to Carey Mulligan - z jakim ona wdziękiem się złościła, to było olśniewające!

niedziela, 1 września 2013

True Grit / Prawdziwe męstwo (2010) - Ethan Coen, Joel Coen




Western - konwencja jarmarczna, zatem z rzadka wśród w niej egzystujących produkcji jakaś robiła na mnie długotrwałe wrażenie. Kilka jednak ze współcześnie kręconych z niszy tej obrazów do mojej "ultra/ekstra/naj naj" kolekcji się wbiło. O nich wszystkich jak nasz dzisiejszy dziki zachód w środku Europy pozwoli, pewnie kiedyś tu na łamach słów kilka skreślę. Dzisiaj pierwszy z nich braciszków Coenów dziełem będący, ze scenariuszem powtórnie przetworzonym w procesie recyklingu lub tuningu bardziej. Romantyczno-brutalny, wzruszająco-bawiący, klasycznie-nowatorski, brzydko-piękny, tak finezyjnie kombinujacy skrajnościami dzięki reżyserskiej wprawie. Jak w pigułce w  nim esencja wieloletniej gatunku historii, z szacunkiem do tradycji i jednocześnie charakterystycznym dla twórców puszczeniem oczka do widza, z korzyścią ogromną dla finalnego efektu. Kapitalnie frapujące postaci skreślili, rysy im fascynujące nadając, osobowością i psychiką wyraźną hojnie obdarzając. Zacny to produkt talentu wielowymiarowego głównodowodzących, bogaty wyczuciem i obeznaniem kanonu ze zręcznością je wykorzystujący. Dwie godziny przygody - wierzchowce, preria, colty, winchestery, źli rewolwerowcy, upadli bohaterowie, twardziele o gołębich sercach, typy z zasadami, whiskey, bourbon oraz coś jeszcze. Wszystko celnie wbite w punkt - gratki!

P.S. I oczywiście ten wyborny niczym dojrzałe wino Jeff Bridges jako Rooster Cogburn.

piątek, 16 sierpnia 2013

No Country for Old Men / To nie jest kraj dla starych ludzi (2007) - Joel Coen, Ethan Coen




W skrócie rzec by można - prowincjonalny twardziej kontra konsekwentny bezkompromisowy świr, plus doświadczony szeryf weteran i kmioty z mlekiem pod nosem. Jednak sprowadzenie tej produkcji do tak lakonicznego streszczenia grzechem niewybaczalnym, zatem aby uczciwie ukazać geniusz owego obrazu, słów kilka więcej odnośnie wrażeń. Javier Bardem tu klejnotem najwyższej klasy, bowiem postać Antona Chigurha przez niego kreowana skupiła na sobie pełnie niemal mojej uwagi. Aktorski to unikat w każdym detalu, obłędne oczy, upiorne z nich płynące spojrzenie, zimny, przeszywający sposób mówienia, wystudiowana beznamiętna poza, wszystko skumulowane w jednym monolitycznym, precyzyjnym, kapitalnie odegranym profilu psychopaty. W tle natomiast, gdzieś na margines przez spektakularną postać Chigurha zepchnięte w przekonaniu moim sedno i refleksja centralna. Zakamuflowana pod postacią szeryfa, który gdzieś z boku obserwując wydarzenia, nie wpływając na nie w sposób istotny gorzką prawdę o pewnej apokaliptycznej tendencji nam przekazuje. Nic nie ma już wartości w świecie gdzie bezpodstawna przemoc codziennością, a brak szacunku dla człowieka nikogo już nie dziwi. Bracia Coen to już bez wątpienia legendy kina, markowy szlif ich filmowego dorobku absolutnie genialny bez względu na konwencje w jakiej się poruszają, jednakowoż moimi faworytami obrazy o typowo męskim tematycznie sznycie i cieszę się ogromnie, iż To nie jest kraj dla starych ludzi do owej kategorii nawiązuje. Mozolnie to rozwijana historia, wciągająca w swoją otchłań, intrygująca, wzbudzająca autentyczny podziw błyskotliwymi, precyzyjnie skonstruowanymi dialogami o celnym przesłaniu i wyrazistą narracją. W przypadku tym idealne to wbicie się w manierę Fargo z subtelnym dotykiem stylu Tarantino.

P.S. I ta obłędna fryzura Chigurha - żywcem zdjęta z głowy Jacka Żytkiewicza - kultowego stołecznego taksówkarza. :)

Drukuj