Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Answer. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Answer. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 marca 2023

The Answer – Sundowners (2023)

 

Parafrazując/trawestując dwa wersy tekstu Klausa Mitffocha "Jezu jak się cieszę z tych króciutkich wskrzeszeń" i odnosząc je akurat do zupełnie innej niż oryginalna materii, zamanifestuję swoją naturalnie radość i dam do zrozumienia, że liczę na jeszcze więcej muzycznego dobra od The Answer w przyszłości. Bowiem nie inaczej jak (oby nie chwilowego) zmartwychwstania (bez względu na to iż się kompletnie nie rozpadli), to nowego i świetnego Sundowners nie traktuję. Solas, czyli poprzednik był miałki i zupełnie nieostry, a Sundowners nie jest miałki i jest bardzo wyrazisty, a bardziej nawet nawiązuje do istoty początkowej estetyki Irlandczyków i jest tym samym rodzajem esencji retro rocka w najwyższej jakościowo formule. Jeśli kiedyś podkreślałem że The Answer w stylistyce rocka stadionowego na wzór Aerosmith mi nawet odpowiadał (okres środkowy), to najbardziej cenię ich właśnie w postaci archetypicznej, gdzie blues rządzi i dzieli, a ten fundament wzbogacony zostaje o rock'n'rollową bezpretensjonalność, unikając jakichkolwiek nieudanych wycieczek w kierunku przebodźcowania nuty zbyt rozbudowanymi pod osiągnięcie efektu wypłynięcia na szersze wody rozpoznawalności radiowej aranżacjami. Akurat krytykowany Solas udowodnił że The Answer nazbyt chwytliwy, to The Answer paradoksalnie nijaki, a na pewno pozbawiony pierwiastka ekscytującego, a to w moim przekonaniu była prosta droga do kompletnej utraty jakiejkolwiek własnej tożsamości i utknięcia na mieliźnie zapewne nigdy nieosiągalnych dzisiaj w rockowej stylistyce poziomów sprzedaży i rozczarowań związanych z relacją chcę do mogę. Dlatego też tak się cieszę, że Sundowners zrywa kontakt z powyższym kursem, bo dzięki temu bez nadymania teraz wspaniałe rockery sobie podśpiewuje i w międzyczasie gorączkowo rozglądam się po mieszkaniu za przeciwsłonecznymi okularami w grubych plastikowych oprawkach, może też za gustownym kapeluszem, lub chociaż jakimś fikuśnym beretem. Oh Yeah! :)

P.S. Oczywiście Sundowners The Answer będzie moją ulubioną bieżącą płytą z hard rockiem, ale zapewne do premiery nowego krążka Rival Sons. Bo spodziewam się - spodziewam się po ekipie Jay'a Buchanana jak zawsze wiele!

poniedziałek, 22 listopada 2021

The Answer - Revival (2011)

 

The Answer na wysokości Revival, to kwintesencja bezpretensjonalnego stadionowego rocka, przeniesionego w czasy, kiedy już niewątpliwie trudno o zapełnienie stadionu przez zespól w tych właśnie niesprzyjających dla klasycznego gitarowego grania obecnych czasach zaczynający swą karierę. Innymi słowy, The Answer, to taka formacja, która zdecydowanie spóźniła się się na to, co najsmakowitsze dla piewców rocka, więc z tego tortu już jej tylko okruchy pozostały i nawet, jeśli jakościowo nie ustępuje najlepszym twórcą z czasów złotych, to nie ma szans, aby poczuła to w kieszeni. Rock zszedł na margines i kiedy renesans w postaci trendu retro rockowego dał im akurat szansę na zwiększenie popularności, to była to tylko względna rozpoznawalność. Młodzi Irlandczycy grali na Revival kapitalnego rocka na bluesowym zawieszeniu i robili to z autentyczną pasją, a te naście numerów, plus wyróżniający się cover Free, dostarczył mi swego czasu mnóstwa czystej radości - nawet, jeśli kompozycje wiele się od siebie nie różniły i stanowiły coś na podobieństwo tego, czego także jeszcze do niedawna nieodżałowani, a jak już wiem powracający The Hellacopters mi nie żałowali. Wyjaśniam dla niezorientowanych - czyli świetną praktyczną robotę i daleko poza obecną orbitą list popularności funkcjonujący, przebój za przebojem. Przebojowość tak, ale indywidualność na jednorodnym poziomie bliźniaczego powielania schematu. Jak ktoś ten schemat lubi i on tego kogoś kręci, to ekstra? Jak nie to nie. Jest przecież tyle możliwości, aby swój na swojego trafił i swój od swojego czerpał radość. Ja lubię, ja swoją sympatię deklaruję i ja też słyszę zarówno plusy jak i minusy, które nie przesłaniają mi wad ani zalet, więc wszystko jest git na umiarkowanym poziomie. Kropka. :)

środa, 27 listopada 2019

The Answer - Everyday Demons (2009)




Przed Państwem hipisowskie inspiracje, z szacunkiem dla tradycji ubrane jednak we współczesne brzmienie. Na tapecie bowiem zestaw hiciorów, książkowo ekscytująco napisanych przez młodych miłośników klasycznych rockowych brzmień - numerów niezwykle żywiołowych, wyrosłych z pasji, zmontowanych z soczystych riffów, chwytliwych melodii, obowiązkowego groove'u i zaśpiewanych przez żywcem wyjętego ze wczesnych lat siedemdziesiątych wokalistę. Kompozycji nagranych z wielką łatwością, której mogliby im pozazdrościć starzy wyjadacze! Wówczas, a było to w roku 2009-ym, wraz z drugim krążkiem The Answer idealnie wbili się w czas renesansu gatunku i chociaż można ich było bez większych dyskusji przyporządkować do retro rockowego trendu, to trzeba też oddać głos sprawiedliwości i głośno dać do zrozumienia, iż pośród całej masy idących po sławę hard rockowych epigonów, to właśnie Irlandczycy już wtedy zasługiwali na zdecydowane wyróżnienie. Kiedy obecnie wracam do Everyday Demons, to podobnie jak w przypadku przeważającej większości kolejnych płyt grupy (i oczywiście debiutu z roku 2007-ego) odczuwam wielką satysfakcję z faktu, że w którymś momencie historia muzyki zatoczyła koło i moda na przeładowywanie rocka bitami została zastąpiona klasycznymi gitarowymi riffami. Zdaję sobie sprawę i to szczególnie teraz, kiedy hipisowski, inspirowany woodstockowym flower power rock ustępuje pomału pola kolejnym gatunkowym reminiscencjom, iż ten cykl naturalnie się powtarza i pytanie ze sobą to zjawisko niesie, jak długo ta karuzela ma zamiar się jeszcze kręcić i na ile każda jej ewentualna odsłona niosła ze sobą będzie pośród typowych naśladowców szczególnie oryginalne formacje – może ekip niezmieniających znacząco obrazu stylistyki, ale chociaż ją odświeżających. 

poniedziałek, 15 maja 2017

The Answer - Rise (2006)




Solas okazał się jednym z największych rozczarowań ubiegłego roku, co było zaskoczeniem sporym, bowiem wcześniejszy Raise a Little Hell prezentował zespół w zwyżkowej formie. Czysty siarczysty rock krążek wypełniał i albo ze względu na bardzo intensywne, systematyczne publikowanie płyt pomysłów zabrakło, albo Irlandczycy postanowili zamieszać w stylistyce by nieco formułę odświeżyć. Niestety pobłądzili biedacy i miałki materiał sprokurowali - nudę i marazm do swojej żywiołowej muzycznej macierzy wtłoczyli. Stąd, aby przepracować rozczarowanie i smutek z takiego obrotu spraw przezwyciężyć należało powrócić do tych albumów, które kilka lat temu w orbicie moich zainteresowań The Answer ustawiły i przypomnieć sobie, czym ekipa Cormaca Neesona mnie do siebie przekonała. Rise, czyli debiut z wczesnego lata 2006 roku tym krążkiem, który w optymalnych proporcjach zawiera w sobie wszelkie zalety muzyki The Answer. W pierwszym rzędzie rockowy pazur i energię, dalej kapitalny groove wraz z nieprzesadzoną chwytliwością i fantastyczne wokalne możliwości frontmana. W zasadniczo melodyjnej muzyce sporo szorstkości, która chroni przed banalną poprawnością. Jest odpowiednio rasowo, a chwilami nawet dziko, przekrój inspiracji w szlachetnych klasycznych brzmieniach osadzony, więc i ryzykownych eksperymentów wyspiarze oszczędzają. Grają na Rise może mało oryginalnie, lecz absolutnie nie wtórnie - ich spojrzenie na blues (Memphis Water), soul/gospel (Preachin'), zerkanie w stronę Stonesów, czasem Aerosmith, plumknięcie dobrej ckliwej ballady (Always), poszukiwanie swojego miejsca na przecięciu tradycji brytyjskiej i amerykańskiej posiada swoje uroki i potrafi ich magnetyzm skutecznie spożytkować. Ciesząc się wszystkim sprzed Solas nie porzucam nadziei, że ten band nie jest jeszcze stracony.

poniedziałek, 7 listopada 2016

The Answer - Solas (2016)




Stało się! Z The Answer powietrze zeszło, a przynajmniej stopień jego sprężenia jest już zdecydowanie niższy. Zaplątali się goście w wątpliwej jakości zmiany stylistyczne, a ja pamiętam i teraz nieco żałuję, że przy okazji poprzednich krążków, będąc mimo wszystko bardzo zadowolonym z jakości domagałem się ruchów modyfikacyjnych. Tyle że nie przypuszczałem, iż jeśli nawet umiarkowanej wolty dokonają, to ona tak bezbarwny efekt będzie miała. Żałuję, że potęga bezpośredniego, soczystego riffu, została zastąpiona poszukiwaniami w obrębie stonowanego aranżu, budowanego niestety na fundamencie nijakich brzmień. Czuć to szczególnie, gdy poprzedni krążek z Solas się skonfrontuje. Kiedy ten manewr uczyniłem wyraźnie niewesołe wnioski mi się nasunęły. Nie chcę teraz gdybać, gdzie ten kurs The Answer w przyszłości zaprowadzi, czy to tylko jednorazowa ucieczka od prezentowanego dotychczas oblicza, czy pierwszy zwiastun nowej jakości w ich twórczości. Mam nadzieję, że nie pójdą w ślady szwedzkiego Mustasch, którego albumy od kilku lat przynoszą mi rozczarowanie, gdy równocześnie pierwsze cztery wydawnictwa z dumą stawiam u szczytu osiągnięć całego gatunku. Wiem tylko tyle, że Solas mnie nudzi i nawet, gdy przez chwilę z sukcesem odnalazłem w nim kilka zalet, to uświadomiłem też sobie, iż zrobiłem to na siłę, by desperacko próbować zmniejszyć odczucie zawodu. Podoba mi się poniekąd ten blues i stoner w Beign Begotten, klasyczny klawisz zmieniający w połowie miałki charakter Tunnel i pomysł na „Led Answer” w numerze tytułowym, ale jednocześnie straszliwie żenuje mnie tak prostacko piosenkowy Untrue Colour, Real Life Dreamers z irytującym popiskiwaniem na wzór Dolly Parton jakiejś bliżej niezidentyfikowanej niewiasty, czy rockiem dla nastolatków spod znaku tych wszystkich klonów Nickelback i 3 Doors Down lub strasznie lichym folkiem. Na dzisiaj spore rozczarowanie bez perspektywy na zmianę w postrzeganiu – mówi się trudno, odrzuca album w kąt i czeka na kolejny ruch Irlandczyków.

niedziela, 15 marca 2015

The Answer - Raise a Little Hell (2015)




Nie muszę chyba zbyt długo najnowszej produkcji Irlandczyków z The Answer przerabiać, wystarczy tylko nastokrotne intensywne przepuszczenie tych dźwięków przez aparat słuchowy, by dojść do wniosków oczywistych - do jakich już od kilku płyt mnie przyzwyczaili. Mianowicie po raz kolejny nagrali album, który niczego nader nowego do ich dorobku nie wnosi, ale jest tak kapitalnie w ogranym im stylu skrojony, że ograniczenie się wyłącznie do powielania pewnych wzorców akurat w ich przypadku absolutnie w moim odczuciu nie odbiera ich muzyce waloru świeżości. Album aż kipi klasyczną szlachetną rockową energią w tych dynamicznych fragmentach i kołysze miarowo tam gdzie nieco bardziej nostalgicznie się robi - jednak nie w takim banalnym balladowym ujęciu. To rezygnując z wyszukanych opisów zwyczajnie bardzo dobre rockowe numery, bez napinki i desperackich prób zawojowania list przebojów. Coś na kształt Aerosmith, ale bez tej całej stadionowej, spektakularnej oprawy, kolorowych szmatek i tapirowanych włosów, czyli innymi słowy ekipa Tylera bardziej z lat siedemdziesiątych niż spandeksowych osiemdziesiątych. To takie luźne, niezobowiązujące subiektywne porównanie, zatem proszę daleko idących wniosków nie produkować, czy silić się na potępiające ten skrót myślowy osądy. :) Ja wiem, bo wyraźnie słyszę, że pop rock czy blues rock nie jest The Answer obcy, tak jak amerykańszczyzną zacinają, tak i wyspiarskie pochodzenie też do głosu dochodzi. Najistotniejsze, że świetnie się tego słucha i jako miłośnik rockowej ikry w dźwiękach zawartej poddaje się presji rytmu i podryguje sobie bioderkami, przytupuje nóżką, podśpiewuje z Cormaciem i po prostu kapitalną mam z tego radochę. Nie zawsze trzeba nakreślać nowe standardy, przecierać szlaki, być przełomowym ansamblem czy ambitną nawiedzoną fuzją, takim konglomeratem zjawisk, by swoje miejsce pośród zacnych kapel odnaleźć. Chociaż będąc tak w pełni szczerym, to przez ten brak w kompozycjach The Answer sznytu oryginalności na ich albumy nie czekam z takim napięciem jak na płyty bardziej odkrywczych artystów. To nie jest fiksacja, lecz nie znaczy, iż radości finalnie nie mam na poziomie zbliżonym - tak właśnie jest z Raise a Little Hell. Oczekując przewidywalności, ją bez najmniejszego rozczarowania otrzymałem. Jakimś jednak sposobem mają ci goście umiejętność wyciskania esencji z tego co do tej pory stworzyli, cieszą swoim graniem ucho i nie dają powodów do czepialstwa. To chyba talentem do rzeźbienia chwytliwej, energetycznej i wdzięcznej formy w podatnym muzycznym materiale się nazywa. Wszystko jest w odpowiednich proporcjach i jakości zestawione. Brzmienie tłuste i odpowiednio czyste, instrumentalne popisy bez nadętej megalomanii, bardzo zgrabnie i ze smakiem podane, a wokalne popisy dodają całości kolorytu i stanowią niezaprzeczalnie silny punkt. Słucham w domu, słucham w aucie, słucham w pracy (czasem!) i na razie zmęczenia tym materiałem nie odczuwam, a to już wystarczająca rekomendacja.

środa, 30 października 2013

The Answer - New Horizon (2013)




Tytuł jak i okładka zanim jeszcze pierwszych efektów najnowszej studyjnej roboty tych Irlandczyków dane było mi zakosztować, podpowiadały skręt w progresywne rejony. Jakoś sobie tych pretensjonalnych wywijasów podobnych Dream Theater w muzycznej propozycji The Answer wyobrazić nie potrafiłem. I na szczęście ci goście też nie popadli w samouwielbienie i pod wpływem megalomani wynikającej ze wzrastającej popularności do wniosku nie doszli, że teraz do nadętych pseudowizjonerów będą aspirować. Pomimo pozorów niewiele się w ich rześkiej rockowej stylistyce zmieniło. Po bardziej stadionowym (w znaczeniu przebojowości Revival), w pierwszych kontakcie monolityczna bryła nowego krążka poczucie zagubienia w zbitej formule mi przyniosła. Kłopot miałem by kompozycje z osobna czymś wyjątkowych co pozwalałoby je odróżnić, do siebie mnie przekonały. Jednak już po kilku odsłuchach zdecydowanie wrażenie odmienne odniosłem. Każdy kawałek ma w sobie nośny motyw, wyróżniający go spośród całości. Trzeba tylko by New Horizon w głowie się zakorzeniło i odpowiednio systematycznie pielęgnowane efekt spektakularny przyniosło. Bez zbędnej filozofii, napuszonej aury The Answer przynosi kawał kapitalnego rocka, fundamentem którego szlachetna pożywka w postaci ikon gatunku, od nieokiełznanych Led Zeppelin, galopujących Thin Lizzy poprzez funkujących w pewnym okresie swojej kariery Aerosmith - po czystą moc surowego, bezpośredniego hard rockowego riffu. Nie ma się co oszukiwać czego po albumach ekipy wokalnego stróża klasyki w postaci Cormaca Neesona oczekuje. Świetnej zabawy przy porywających zwartych kawałkach, energii sączącej się z głośników, czasem odrobiny tradycyjnej melancholii wylewającej się ze świetnie skrojonych ballad no i może jeszcze drobnych jedynie kosmetycznych udoskonaleń tej formuły. Czego sobie życzyłem to dostałem i szanuje niezmiernie tą moją złota rybkę z wysp. Mam nadzieję, że nie ograniczy ona mnie jedynie do trzech życzeń - czwarty ich album w karierze i mityczny limit już wyczerpałem.

Drukuj